Annick Goutal: Nuit Étoilée

Maj 14th, 2012

Wyczekiwałam, powąchałam, wzruszyłam ramionami. Zauważam, że to u mnie coraz powszechniejsza praktyka ;]
Tu wyjątkowo wróciłam, ze względu na jeden zgrzyt. A nawet zgrzyt niejeden.

 

Jest źle od samego otwarcia – niby typowe i klasyczne, jak sztuka perfumeryjna przykazuje, a więc hello, cytrusy, ale jakby tak… nie tylko cytrusy? Wąchając Nuit Étoilée mam dziwne wrażenie, że coś jest nie w porządku, chociaż wszystko pozornie wygląda pięknie i właściwie…

Jak w horrorach!
Wystarczy więc, że nie będę oglądać się za siebie i powinnam przeżyć.

 

Tymczasem nocą.


Gdzieś pod stertą kwaśnych cytryn, rześkiej werbeny [takie moje artystyczne założenie] i gorzkiej bergamotki [patrz wcześniejszy nawias] coś się psuje. Dosłownie. Kisi się. Kwaśnieje ciut za bardzo. Robaczywieje. Ta goryczka nie jest normalna, jest w niej coś fizjologicznego i niekoniecznie przyjemnego [podróżni bywający często na Dworcu Centralnym wiedzą zapewne, co mam na myśli]. Tak, właśnie „tak” fizjologicznego. Mięta nie poprawia sytuacji, wręcz ją pogarsza, dodając nutkę nachalnego odświeżacza, w myśl teorii „nieważne, co jadłem i piłem, po miętówce na pewno nikt nic nie zauważy”.

A potem następuje najgorsze – jodła syberyjska.

 

Jeżeli nie mieliście okazji wąchać esencji z gat. Abies sibirica, jesteście ludźmi szczęśliwymi. Jakże byłam naiwna, rzucając się na buteleczkę tego olejku i jakież było moje zdziwienie, kiedy sygnał od nosa dotarł w końcu do mózgu…
Jak pachnie? Hm. Wyobraźcie sobie solidnej postury robotnika w swoim klasycznym ubiorze na każdą okazję: podkoszulku, po całym dniu pracy w pełnym słońcu. Wyekstrahujcie z tej wizji podkoszulek. Nie, to jeszcze nie koniec. Podkoszulek rzućcie na fotel przed telewizorem, a następnie połóżcie na nim psa, po całym dniu zabawy w pełnym słońcu. Tak, sądzę, że już wystarczy. Jodła syberyjska w czystej formie pachnie jak przepocona, zmiętolona i zleżała [pod psem] koszulka. Sorry, naprawdę chciałabym żeby było inaczej, ale limit cudów na to stulecie wyczerpałam, zdając egzamin na prawo jazdy.

Mamy więc w efekcie końcowym nadpsute cytryny [chociaż jakby na to popatrzeć z drugiej strony, może to już limonki?] i fazę traumatycznego podkoszulka. Na szczęście jak wspominałam, gorzej już nie jest – nawet się nieznacznie poprawia. Upiorne nutki bledną, zostawiając całkiem przyjemny piernikowo-mleczny akord.
Coś jak mocno rozwodnione Le Feu albo połowa Etry. Miło, ale niewystarczająco miło żeby zatrzeć wcześniejsze wizje ;]

Strasznie niecierpliwie czekałam na ten zapach, a tu taka wtopa. Może na kimś innym będzie ładnie się układać… Ja niestety do iglaków szczęścia nie mam.

 

Nuty: cytryna, słodka pomarańcza, mięta pieprzowa, jodła syberyjska, absolut z nasion dzięgla
Data powstania: 2012
Twórca: Isabelle Doyen i Camille Goutal
Koncentracja: woda toaletowa

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.alzd.de

Annick Goutal: Mon Parfum Cheri

Maj 2nd, 2012

Oto nadciąga zło pierwotne; zło tak okrutne i mroczne, że nawet najtwardsze i najodważniejsze jednostki uciekają w popłochu.
I niech was nie zwiedzie ta słodka kokardka na flakonie. Staruszki w „Arszenik i Stare Koronki” też były słodkie.
I co z tego wyszło…

 

Pamiętam, że pierwsze chwile z MPC upłynęły mi całkiem… miło. Cieszyłam się naiwnie, że oto Annick Goutal [wiem że Camille, ale chodzi mi o markę ogółem] stworzyła prawdziwie niszowy zapach, coś zupełnie dla siebie nietypowego i zaskakującego… Coś, co wstrząśnie przemysłem perfumeryjnym i przegoni ten marazm, w którym znalazły się ostatnio szyprowe klimaty.
Paczulowe, mocne otwarcie, apteczne i ostre, świdrujące, koniakowe i wciskające gałki oczne w czaszkę. Hell yeah! Paczula dla twardzieli, zmysłowa i drapieżna. Jest dobrze, jest świetnie!

A potem pojawił się on.

Nie, ty później.

Najpierw pojawił się mój wróg publiczny numer jeden, w najbardziej odjechanie morderczym, szpetnym i traumatycznym wydaniu.

Wytoczył się, dokładniej rzecz ujmując, z jakiejś obmierzłej piwnicy, zakurzony i oplątany pajęczynami, z nadgniłym ziemniakiem w kieszeni i zdechłym fiołkiem w butonierce. Chwiejnym acz nonszalanckim krokiem światowca po przejściach, międląc w gębie resztkę zdobycznego petka, na widok przerażonej paczuli wykonał kilka niedwuznacznych gestów, po czym rechocząc wtoczył się do najbliższej knajpy.

 

Powiedziałam coś, jeszcze nie teraz!

Irys.
Cóż, wiele można o nim powiedzieć, ale niewiele dobrego. Miał kiedyś potencjał, miał warunki, ale nie poradził sobie najwidoczniej z oczekiwaniami i presją społeczeństwa. Wielu to spotyka.
W MPC jest nieokrzesany, brudny i wypudrzony dla zachowania pozorów przyzwoitości. Śmierdzi kilkudniową „rozgrywką szachową”, w trakcie której w akcie desperacji osuszono nawet Mamrota i stadionową wariację na temat śliwowicy. I ta jego obsesja na punkcie lukrecjowych cukierków.

Tak, już możecie.


Nie wiem, co on w nich widzi. Fakt, maskują nieco mamrotowe wyziewy, ale na boga, od tych czarnych mordoklejów język staje kołkiem od samego patrzenia na zdjęcie! A on je wsuwa jak żuk biedronkę.

Stary, miej litość, popatrz na siebie i ogarnij się wreszcie. Jeszcze kilka miesięcy na tym żelkowym ciągu i w twoich żelkach żyłach popłynie czarna, anyżkowa krew. A wtedy to już grób/mogiła, zapomnij o ambitnych rolach; tylko pajęczyny i Mamrot ci pozostaną…

 

Nuty: indonezyjska paczula, śliwka, heliotrop, włoski irys, przyprawy
Data powstania: 2011
Twórca: Camille Goutal
Koncentracja: woda toaletowa

 

Zdjęcie razy dwa pochodzi ze strony www.lolcandy.com
Drugie zdjęcie – www.thesweetiestop.co.uk

M.Micallef: Vanille Orient

Kwiecień 25th, 2012

Jestem [czy raczej - byłam] w trakcie wyjątkowo zjadliwej recenzji, kiedy pojawiło się coś, co zwaliło mnie z nóg.
Wizualizując, szłam jak taran, z czerwoną mgłą na oczach i pianą toczoną z pyska, aż nagle na drodze stanął mi mały, biały, puchaty króliczek z maślanymi oczkami, który tylko dzięki cudowi boskiemu nie zaliczył kopa w swój biały, puchaty króliczy tyłek. Rzuciłam maczugę, podrapałam słodziaka za uchem.

I tak poznałam Vanille Orient.

 


Uroczo, nieprawdaż? ;]

Vanille Orient należy do nowej [i limitowanej niestety] serii M.Micallef, która nie wiedzieć czemu została zaplanowana na sezon wiosenno-letni. Raczej kiepski wybór dla wanilii, ale może wzorem domów mody, które pokazują kostiumy kąpielowe w środku odkruszającej nosy zimy, postanowili wejść z sezonowym wyprzedzeniem?
Cóż, nie wiem, nie znam się, po Politechnice jestem.

 

Wracając do puchatego króliczka.

Rozpoczyna się mocno owaniliowaną paczulą. Jeżeli ktoś kojarzy Mysterieuse? Vanille Patchouli z sephorowej linii sprzed kilku lat, to tak – ten właśnie akord otwiera Vanille Orient. Paczula ta wcale nie jest ugładzona i nijaka, o nie, ma w sobie sporo ziemi, chropowatego kakaowca i owocowo-winne podbicie. Jest intrygująca i bardzo, hm, gourmand. A potem przeżywam szok i wzruszam się jak na Upiorze w Operze.

 

Glorio, czy to Ty?

Bo kiedy paczula wymości się już w czekoladowo-waniliowym puszku, do głosu dochodzą akordy tak charakterystyczne i wytęsknione, że w zasadzie gdyby nie iście studencki obecnie stan mojego konta, kupiłabym litr zapasu Vanille Orient i to natychmiast. Gloria! Ukochana i wycofana Gloria Cacharel, z wszystkimi swoimi bajecznymi akordami i idealnie zmieszanymi sprzecznościami. To właśnie kłębi się w sercu Vanille Orient.
Kremowa, balsamiczna i niebiańska ambra, dopieszczona słodkimi orzechami; przełamująca tę ekstremalną słodycz kwaskowa nuta suszonych owoców [bardzo koniakowych], rozgrzewające przyprawy [kardamon i trochę szafranu] i ta niebywała delikatnie zielona leśność, która sprawia że mimo zabójczego stężenia słodu, kompozycja pozostaje lekka i świetlista.
Ma zachwycającą trwałość i zdolność do wtapiania się w skórę, jakby ta była dla V.O. wprost stworzona.

C U D O.

Mam nadzieję, że Micallefowie podejmą słuszną decyzję i pozostawią chociaż tę jedną, orientalną wanilię na stałe w ofercie. Będę pierwsza do podpisania się pod taką petycją. Krwią nawet ;]

Gloria odzyskana!

 

Nuty:
głowy: wanilia
serca: drzewo sandałowe, kwiat wanilii
bazy: piżmo, ambra
Data powstania: 2012
Twórca: Geoffrey Nejman
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi z portalu www.fragrantica.com

Humiecki & Graef: Skarb

Kwiecień 21st, 2012

Wprowadzona w nastrój liryczny odrobiną znaczącą ilością Martini Rosso i ścieżką dźwiękową Vampire Hunter D, postanowiłam coś nielirycznie zjechać. Niestety, w pudełku same obiecujące sample: Sonoma Scent Studio, Molvizar, Le Labo… Do diabła, nagle się skubańce pochowały, jestem pewna że miałam coś, co mi się nie spodobało i co postanowiłam usmażyć we własnym jadzie. W desperacji sięgnęłam po moją ostatnią nieudaną randkową parę.

Pora złożyć Skarb w ofierze.

No i tak siedzimy razem, w niezręcznej ciszy. Żałuję, że widziałam plakaty reklamowe, przez co zamiast intrygującego, tajemniczego faceta widzę naprzeciwko siebie rozdziamdzianego i załzawionego chłopaczka, którego coś kłujnęło w usta [pewnie stąd te łzy]. Choć to i tak lepszy obraz niż plakat do Askew [no ja bym to zdjęcie inaczej skadrowała].
A myślałam, że po Tomie Fordzie i Manfredzie w białych skarpetkach i klapkach nic mnie bardziej nie zżenuje. Same niespodzianki.

O czym to ja?… A, Skarb.

Siedzę, wącham i stwierdzam, że to się nam nigdy nie uda. Nie nadajemy na tych samych falach, nie rozumiemy się kompletnie, nic nie iskrzy. Ja potrzebuję trzęsienia ziemi i rzucenia na łóżko jeeezu wróć, trzęsienia ziemi i zapachowego szału składników, a nie anemicznego liźnięcia po skórze wodnistą nutką i wzruszonego tchnienia kadzidłem. Mnie to nie bierze. To nie jest płaczący mężczyzna. Widziałam raz, dwa razy może, widok jest fascynujący i jednocześnie rozdzierający serce. To są emocje i sytuacje, do których nie chce się wracać.
Wysoko mierzyli, próbując coś takiego zamknąć w zapachu, ale niestety – zamiast zapowiadanych łez mężczyzny widzę teatralne łzy nieszczęśliwie zakochanego, acz perfekcyjnie wystylizowanego głównego bohatera opery mydlanej.

Od strony technicznej: kompozycja zaskakująco i rozczarowująco podobna do Candour. Jest podobnie fizjologicznie, mleczno-zielono, mdląco, niby drzewnie, zbyt przejrzyście. I płasko. Rozważałam możliwość zamienienia próbek, ale nie, Skarb czcionką nie do niezauważenia – czyli mimo Martini wzrok mam bez zarzutów. Nos też, od wczoraj karmię go Amouage’ami.
Planowałam bliżej poznać Blask, ale straciłam cierpliwość do tworów H&G, więc chyba pożegnam je chłodno i tęsknić nie będę.

 

Nuty: absynt, mirt, lubczyk, ekstrakt z jęczmienia, piżmo, akordy wodne, nasiona marchwi, kadzidło, mirra, paczula, irys, rumianek, suszona śliwka
Data powstania: 2007
Twórca: Christophe Laudamiel
Koncentracja: woda toaletowa skoncentrowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.thelabelfinder.de

Donna Karan: Black Cashmere

Kwiecień 10th, 2012

Oczy same mi się zamykają. Ciążą okrutnie i niekontrolowanie, drzemię z nosem rozpłaszczonym o dłonie, umieram prawie, a tu jeszcze powkuwać trzeba i ogarnąć się. I zastanowić, dlaczego właśnie kupiłam flakon Sale 01, znając go tylko z opowieści o bliźniaczym podobieństwie do Black Cashmere… Tym bardziej, że flakon BC już mam i…

Właściwie, dlaczego ja nie używam Black Cashmere?!
Kultowego obiektu westchnień i gorączek allegrowych.


Co jest nie tak z moją głową, że kiedyś usychając z pożądania wypijałam każdą możliwą próbkę i odlewkę, zachwycając się czymś co kilka lat wcześniej [młoda byłam, głupia, to wina społeczeństwa!] odrzuciło mnie pod ścianę perfumerii; ale kiedy tylko zdobyłam Kaszmir w boskim czarnym kamyku o pojemności 50ml, szał uniesień minął i flakon zajął zaszczytne pierwsze miejsce na liście Najintensywniej Łapiących Kurz?
I tak od kilku lat, przekładam go z miejsca na miejsce, przestawiam, odkładam, noszę w torebce, wykorzystuję jako przycisk do papieru albo moździerz do mielenia szarej glinki na maseczkę [tak, wiem, profanacja, ale ma świetny kształt]. Użyję raz w roku i ponownie zapominam. A przecież to taki piękny zapach. Był. Teoretycznie jest nadal, ale wersja w kształcie walca jakoś mnie nie przekonuje. Mojego nosa również.

Odbieram go z każdym rokiem zupełnie inaczej – nie dlatego, że się psuje, ale ponieważ mój nos stale zarzucany nowymi kompozycjami i nutami – z czarnego kamyczka potrafi wychwycić coraz więcej. Za pierwszym razem i odrzutem przypominał mi zapach [ach, te eufemizmy!] dziegciu. Później czułam w nim cień ówczas ukochanego i jedynego – Feminite du Bois. Jakiś czas później – kompot z suszonych/wędzonych śliwek, którego nienawidziłam pasjami i torsjami. I niby zapach ciągle ten sam, ale zawsze niedosłowny i nieuchwytny. I ciągle na „nie”.

Co czuję dziś?
Brzozową korę, tak, cały czas, z tą różnicą że bez odrzutu. Miód, goździki, słonawy sandałowiec, suszone węgierki, czyli ciągle Feminite, ale lepsze – z pazurem. Podwędzana, słonawa ambra [Eau du Fier, ktokolwiek?], kremowe wenge w tle, kompot z suszonych owoców jak żywy i kuszący smakiem. Jak to się jednak percepcja zmienia…

 

Pora odkurzyć flakon na stałe, nawet nie dlatego że leci do mnie jego biały brat-bliźniak; ale ponieważ Black Cashmere jest piękny i niepowtarzalny, na wskroś melancholijny i w jesiennym nastroju. Szkoda go marnować, nie-nosząc, trzymając na dokiszenie się w szufladzie i opłakiwać zapach, kiedy nie wszystko jeszcze zużyte.


Carpe fūmum!

Jak sądzę.

 

Nuty: szafran, goździki, biały pieprz, gałka muszkatołowa, róża Marechai, miód, wanilia, ambra, kadzidło guggul, singapurska paczula, drewno wenge, labdanum
Data powstania: 2002
Twórca: Rodrigo Flores-Roux
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi z bloga fragrantica.blox.pl

Profvmvm Roma: Eccelso

Kwiecień 8th, 2012

Po niezbyt szczęśliwej pierwszej randce z duetem Humiecki & Graef, postanowiłam dać tym panom chwilę przerwy i w obroty wzięłam najnowszy zapach Profvmvm Roma. Oj, warto było dopuścić się tej małej zdrady ;]

Dawno nie wąchałam tak udanego drewna sandałowego.

Dotychczas moim absolutnym numerem jeden był Tam Dao Diptyque, ale… było to bardziej drewienko niż drewno. Gładkie, kremowe, delikatne.
Robiłam wiele podejść do sandałowców bardziej zdecydowanych – gęstych, mocnych, zawiesistych, ale wszystkie dobijały mnie słoną nutą – największym skrytobójcą w ten dziedzinie okazał się Dark Aoud Montale. Także Santalvm, w którym pokładałam wielkie nadzieje, był dla mnie na dłuższą metę niestrawny. Dusił i męczył, oblepiał.

Tymczasem od kilku dobrych chwil siedzę w Chmurze Absolutnej pięknego, wyważonego, nieprzesłodzonego, nie przeprawionego sandałowca i nic złego się nie dzieje. Kwiatowe tylko w otwarciu, przez chwilę. Słone tylko odrobinkę, dla zaostrzenia smaku. Suche, zabalsamowane olejkami i wygładzone dotykiem. Nawet piżmo nie działa mi na nerwy – nie przypomina w ogóle mydlanego upiora z Royal Muska, prędzej lekko pikantne piżmo Etro lub korzenną bazę Encens Flamboyant.

Tak, jakby się nad tym mocniej zastanowić, Eccelso ma wiele z Musk Etro. Podobna tonacja, czystość i klarowność nut, uniwersalność i pokusa do zmieszania z czymś mocniejszym i słodszym. Po drodze co prawda, dam sobie głowę uciąć – czułam smużkę Black Afgano [oud, czyżby, i ty, Profvmvm, przeciwko mnie?], na szczęście dla mnie i dla E. smużka wytrwała moment i szybko rozpierzchła się między drewnianymi wiórami.

Podsumowując: bardzo wiernie oddane, inspirujące drewno sandałowe. Ma w sobie wręcz coś apetycznego. Będzie hit.

 

Nuty: bergamotka, gałka muszkatołowa, magnolia, drewno sandałowe, paczula, labdanum, piżmo
Data powstania: 2011
Twórca: rodzina Durante
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie zostało wykonane przez użytkownika zeon7 i pochodzi z serwisu www.flickr.com

Humiecki & Graef: Candour

Kwiecień 5th, 2012

Tak, padło na Candour. Mam zacięcie do zaczynania od końca i sporą dawkę niecierpliwości we krwi.

Kiedy testowałam wszystkie zapachy na szybko, na blotterze i niekoniecznie w odpowiednich warunkach zewnętrznych [perfumeria = zapachowa sieczka w powietrzu], ten właśnie złapał mię za serce najmocniej. W warunkach pokojowych i poprysznicowych natomiast, Candour chwyta, owszem – ale za żołądek.
I ścina z nóg z zaskoczenia, widać tylko błysk ostrza.

 

Nie odmawiam mu urody. Potrafi być piękny, o ile akurat nie jest brzydki ;]

Za piękną nutę głowy odpowiada w dużej mierze trawiasty, mokry i soczysty tatarak, którego akord zachwycił mnie dawno temu w Calamus Comme des Garcons. Ta urocza, tutaj dodatkowo ufiołkowiona i obtoczona w zielonym galbanum zieleninka przełamana jest niestety czymś mniej już pięknym – plastikowo brzmiącą konwalią i mlekiem. Wyjątkowo – nie kokosowym, ale podobnie jak znienawidzony przeze mnie kokos – dającym na skórze lepki, „fizjologiczny” akord.

Uczepili się tej nuty potwornie, straszy mnie z coraz bardziej niepozornych zapachów i doprowadza do fobii, skutkiem czego boję się otworzyć lodówkę, w której na drzwiach stoi karton mleka. Błagam, dajcie sobie spokój z tymi mlecznymi nutami, bo są, nie owijając w karton, ohydne.

 

Wracając do niezdecydowanego w odbiorze siebie Candour – baza ponownie pięknieje. Wysładza się, nabiera kwiatowo-korzennych nut i zaskakująco zbliża się do Platine J.Ch.Brosseau. Już bez Kokosa-Barbarzyńcy [wystarczy jedno straszydło na flakon...], za to z mnóstwem ulepnych kwiatowych pyłków, które dosłownie zatykają i podduszają swoją mocą. Nuta jednocześnie straszna i fascynująca, o ile pod ręką ma się gorzką herbatę i bieżącą wodę w razie przedawkowania.

Naprawdę chciałam, żeby mi się podobał i żeby był tak boski, jak go początkowo widziałam wąchając blotter.
Niestety – nazwa zapachu zobowiązuje, nie ma zmiłuj.

 

Nuty: nuty zielone, tatarak, irys, imbir, galbanum, liście fiołka, liście drzewa oliwnego, szałwia, lawenda, migdał, kardamon, mleko, wanilia, drzewo sandałowe, konwalia.
Data powstania: 2012
Twórca: Christoph Hornetz oraz Christophe Laudamiel
Koncentracja: woda toaletowa

 

Zdjęcie pochodzi ze strony plantsgallery.blogspot.com

zapowiedź – Humiecki & Graef

Kwiecień 5th, 2012

Tymczasem w Mediolanie…

Powietrze zapewne nadal dochodzi do siebie po targach Esxence. Zazdroszczę każdemu, kto miał okazję tam być i dostać szału na widok i zapach tych wszystkich wonnych cudów. Mnie pozostaje tzw. „lizanie przez szybkę”, czyli czytanie relacji i opisów nowości. Dobre i to, choć zazdrość mnie nie opuszcza.

Ale tak naprawdę narzekać nie powinnam, ponieważ w Blasku biurowej lampki grzeje się kilka Skarbów… Tak, mam przed sobą set próbek Humiecki&Graef i aż nie wiem, na co rzucić się w pierwszej kolejności.
Kolejność rzuceń i efekty – niebawem!

Olympic Orchids: Kyphi

Kwiecień 5th, 2012

W pudełku z próbkami zrobiłam małe porządki, po których ten drewniany dupek jeszcze bardziej się nie domyka. I znów zaległości, tony zaległości! Chyba jesteśmy dla siebie stworzeni. Mam mnóstwo ponapoczynanych wpisów, które zostawiłam nie wiedzieć na kiedy i po co – ale dość tego lenistwa.

Dzisiejszy wpis powstał z dwóch powodów: bo się należy i ponieważ bardzo bardzo chciałabym już tę próbkę zamknąć szczelnie w jakiejś większej fiolce, zalać czymś trwałym [BETON?] i na wszelki wypadek dodatkowo zapieczętować. Jednocześnie mnie zadziwia i powoduje tzw. odruch.

Dzisiaj słodko nie będzie. Ani uroczo, ani ekstatycznie [chyba że odruch uznamy za przejaw ekstazy], ani flakonem się ten romans nie skończy. Chyba.
Zostałam jakiś czas temu obdarowana najbardziej dziwacznym, szkaradnym i porażającym zapachem z jakim kiedykolwiek miałam styczność. Przebił nawet cywetę, a to już jest coś.

 

Kyphi ma być „repliką” perfum starożytnego Egiptu, w pełni naturalną mieszanką żywic, olejków i absolutów, jakie noszono te… kilka tysięcy lat temu. Wierzę, że tak jest. Zapach jest grubo ciosany, roślinno-fizjologiczny aż do bólu, głośny i wgryzający się w skórę.

Pachnie mumią. MUMIĄ, właśnie tak. Choć mumii nigdy nie miałam okazji wąchać, tak właśnie by pachniała, gdyby stanęła teraz przede mną [choć mam nadzieję że nie stanie, jestem wyjątkowo nieodporna na wszelkie horror-klimaty i nie lubię jak mi piasek rysuje parkiety].
Początek Kyphi zabija mdlącą nutą zakurzonych, zapiaszczonych bandaży, starego olejku paczulowego i henny. Każdy wdech powietrza z tym zapachem powoduje u mnie ból istnienia i łzy w oczach. Po kilku chwilach przetrwanych na wdechu coś się zaczyna dziać. Nuta mdląco-mordercza blednie, zwalniając miejsce drewnom [słodkawy cedr? zwietrzały cynamon?], żywicom [labdanum, zdecydowanie] i wysuszonym, kruchym ziołom [wyczuwam szałwię, ale zanim moje zmysły zdążą ją pochwycić w sidła, paczula atakuje i z powrotem chowa domniemaną szałwię w głąb kompozycji]. Jest lepiej. Sucho, słodkawo, łagodnie. Mumia już niegroźna, wygląda i pachnie bardziej jak opatulony drewniany badylek niż czyjeś zmumifikowane zwłoki. Na tym etapie Kyphi mnie zachwyca i wprowadza w błogi stan zamyślenia i marzeń. Zawsze pasjonowały mnie konstrukcje piramid, wynalazki i życie codzienne Egipcjan… Kyphi świetnie wpasowuje się w aurę tajemnic i mistycyzmu starożytnego Egiptu i z archeologiczną dokładnością pozwala zajrzeć w głąb ukrytego przed światem grobowca. Jestem pod wrażeniem.

 

Nuty: kadzidło frankońskie, mirra, labdanum, wosk pszczeli, nard*, henna, trawa cytrynowa, pomarańcza, tatarak [kalamus], kasja**, turzyca***, szafran, jagody jałowca, przyprawy
Data powstania: 2012
Twórca: Ellen Covey
Koncentracja: ekstrakt oraz woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony: www.nytimes.com
Oficjalna strona marki: www.orchidscents.com

 

———
* – in. szpikanard [Nardostachys jatamansi], znany z Jatamansi L’Artisana
** – zakładam, że chodzi o gorzką korę cynamonowca cassia, choć może autorka użyła strączyńca? [jakież te polskie nazwy są szpetne...]
*** – i znowu moje założenie, że tym razem mowa o roślince z rodziny ciborowatych [turzycowatych]

Maison Francis Kurkdjian: Oud

Marzec 14th, 2012

Mam duże zaległości. Miarą zaległości jest stopień nie-domykania się pudełka z próbkami, a ponieważ obecnie się z niego wysypuje… najwyższy czas coś skonsumować. Coś, co zajmuje w pudełku najwięcej miejsca. Wręcz się w nim rozpycha.

 

Moja reakcja na zapowiedź nowego zapachu Francisa Kurkdjiana kolejnego zapachu oudowego nie odbiegała od reakcji innych blogerów. Nie, wróć, źle – nie wywróciłam oczami, bom migrenowiec i wymachiwanie gałkami ocznymi źle się dla mnie kończy; ale mentalnie się na ten zapach zziewałam. Oud. Znowu. ZNOWU. Miejcie litość! Próbka wylądowała na dnie w/w pudełka i świat oraz Nisha o niej zapomnieli.

Dzisiaj, zmusiwszy się do przeczytania [wreszcie!] składu nut, stwierdziłam że może warto dać mu szansę? Może tym razem nie zabiją mnie słodko-mdlące opary cierpiącego drzewa [vide Pure Oud Kilian], nie podduszą żadne bandaże [Aoud M.Micallef], nic nie oblepi ani nie zatruje? Może zdarzy się cud?

Guess what. Się zdarzył. Cud nad Nishą!
Czy raczej dookoła niej, bo Oud zaaplikowałam hojnie i bezrozumnie, jak zawsze kiedy coś mnie zachwyci.

 

Można? Można.
Żadnych odrzucających akordów. Gładkość żywic i kremowych drewien, skromna suchość paczuli. Żadnej duszącej goryczki, irytującej nuty smaru czy tych przeklętych bandaży. Nie ma nawet róży, którą zawsze do oudu dowalają; ani kwiatu pomarańczy, który – po przetestowaniu kilku zapachów MFK – miałam wrażenie że prześladuje mnie i czyha z siekierą w gałązce za najbliższym zakrętem.

Jest pięknie! Środek lata, ciepła noc, świetlisty oud. Transparentny niemal, migoczący. Słodkawe, jakby wypolerowane drewienka [czyli cedr plus kwiatek - o fiołki Francisa nie posądzam, czyżby więc jednak przemycił pod oudem trochę pomarańczowych płatków?...], polane bursztynowo-złotą żywicą, posypane słodkawymi ziółkami [z szafranem wszystko lepiej smakuje pachnie!] i doprawione szczyptą bardzo szlachetnego, tylko lekko dymnego, oudu. Bon appétit!

 

Moje odczucia nie są osamotnione. Co z jednej strony oznacza że niepotrzebnie się tak produkowałam, skoro nic odkrywczego nie napisałam, z drugiej – dowodzi niezwykłości i unikatowości tego zapachu. Maniaków oudów nie muszę przekonywać, żeby go przetestowali, za to zachęcam tych, którzy tej żywicy nie cierpią – zdziwicie się.

 

Nuty: oud z Laosu, paczula, drewno cedrowe, szafran, elemi
Data powstania: 2012
Twórca: Francis Kurkdjian
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi z bloga scentsentiments.wordpress.com


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates