Orto Parisi: Boccanera

Styczeń 12th, 2016

Nadal istnieję! I nadal wącham. Tylko za dużo się działo i w sumie nadal dzieje się więcej, niż potrzeba ;] Więc jeszcze zanim mi odbije i zacznę kisnąć z zachwytu nad tym, jak to cudownie pachnie moje własne dziecko oraz wszystko, co z siebie wyprodukuje – postaram się napisać coś o perfumach.

A właśnie, są tu jacyś fani Gualtieri? Tak? O, to sory ^^

boccanera

Ogólnie z perfumami Alessandro mam trudne relacje.
Jego pierwsza marka – Nasomatto, jej szata graficzna [drewniane korki wielkości samego szklanego flakonu ♥] i gęste, zaskakujące zapachy – bardzo mi się podobają. W szczególności uwielbiam narkotyczny i seksualny Narcotic Venus vel Narcotic V., drzewno-pyszny Pardon i zielony od piołunu Absinth. Potem zaczęły się cyrki z dostępnością Black Afgano [którego szału do tej pory nie rozumiem], potem jeszcze większe cyrki z dostępnością próbek; zmienianie filozofii i otoczki wokół zapachów, a dokładnie zakaz mówienia o składnikach; no telenowela!

A potem pojawiło się Orto Parisi i cały czar prysł. To znaczy, sama nie wiem. [Uwaga, będzie rozkmina.]

Już od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy perfumiarza [w szczególności niszowego] na pewno można nazywać artystą? No bo zobaczcie, każdy artysta ma swój styl. Szczególnie ci najwięksi i najbardziej rozpoznawalni mają tak charakterystyczną kreskę, że nie pomyli się ich z nikim innym. Ich obrazy mogą przedstawiać różne miejsca, postacie, przedmioty… Każdy jest inny, a jednak – no właśnie, jednak od razu wiadomo, że każdy wyszedł spod tego czy tamtego pędzla.

A perfumiarz? Pomijając wyjątkowość Jean-Claude Elleny, ciężko znaleźć nosa, który tworzyłby wyjątkowe i wybitne zapachy, mimo wszystko zachowując swój unikalny styl. Perfumiarz, który się powtarza, staje się nudny i przewidywalny – wąchając trzeci podobny-do-już-istniejącego zapach ma się wrażenie, że albo odwala manianę albo stara się łatwo i szybko zarobić.
Gdzie jest ta cienka perfumowa granica pomiędzy „charakterystycznym czymś” a „powtarzalnością”?

Ok, to może teraz – uśpiwszy wszystkie dwie osoby, które weszły na mojego bloga i wytrwały do połowy wpisu – przejdę do rzeczy. Nie bez powodu zrobiłam tak długi wstęp, albowiem ponieważ bo – mam właśnie taki problem z Alessandro Gualtierim.
Wąchając i oglądając materiały prasowe do Orto Parisi, odnoszę wrażenie że oto oryginalny i czasem szokujący artysta-perfumiarz zmienił się w kota, który naćpał się kocimiętką i świruje. Zachłysnął się własną sławą i przestał tak naprawdę tworzyć, a zaczął odtwarzać. Ja wiem że seks, wszelkie dwuznaczności, etc. się dobrze sprzedają; ale to już staje się zbyt nachalne i oczywiste w swojej podtekstowości.
No wiecie, jak w tym skeczu Monty Pythona

.

A więc, Boccanera. Spodobała mi się nazwa – skojarzyła mi się z habanerą, dopiero później doszukałam się tego bardzo hm, oczywistego tłumaczenia.
No więc, Boccanera. Mroczna dziurka. Pardon, ciemne usta. Choć biorąc pod uwagę zdjęcie do zapachu, to jednak moje pierwsza tłumaczenie bardziej tu pasuje. A to i tak lepsze, niż znaczenie łacińskiego słowa stercus
Boccanera, czyli zróbmy sobie drugie Black Afgano.

philadelphia story gif

Szałłłowo.
Aż zastanawiam się, czy na tym nie zakończyć recenzji.

Boccanera nie jest zapachem złym. To dymny, słodko-gorzki eliksir, gęsty i charakterny. Ma w sobie chropowatość opalonych nad ogniem kawałków drewna i masochistyczną słodycz cierpko-gorzkiego kakao. Oblepia skórę na wiele godzin, choć w dość jednostajny sposób. Jest piękny, ale nadal… to klon Black Afgano.
Tego się nie da nazwać „charakterystycznym stylem”, tak jak obecnej władzy nie można nazwać dorosłą demokracją. To raczej przeniesienie zabawek do nowej piaskownicy i czekanie na piniąszki, które niedługo wpłyną na konto za nowe dzieło.

Więcej energii z siebie nie wykrzeszę, a jad na bieżąco staram się odsączać. Nie wypada tak po długim powrocie brutalnie po kimś jechać; bo widz odzwyczajony szoku dostanie i ucieknie. I stracę tych dwóch czytelników na zawsze ;D

.

Nuty: tajemna tajemnica!
Data powstania: 2014
Twórca: Alessandro Gualtieri
Koncentracja: perfumy

Zdjęcie pochodzi ze strony ortoparisi.com
A gif z filmu Filadelfijska Opowieść z 1940 roku [Katharine Hepburn, Cary Grant i James Stewart, aaa! ♥]

Frapin: Nevermore

Lipiec 21st, 2015

Czasem zdarza się, że w coś się wpadnie i choć zachwyca to i emocjonalnie poniewiera, to brakuje słów, żeby wszystkie emocje opisać. W ciągu ostatnich kilku miesięcy zdarzyło mi się trzykrotnie wpaść po uszy i planuję wszystkie te obsesyjne miłości dzielnie spisać… Choć wszyscy wiemy, jak się u mnie kończą wszelkie obietnice dotyczące częstotliwości dodawania wpisów :3

 

dark-brown-flourish-border-line-hi.

Nie pamiętam już, kiedy po raz pierwszy przeczytałam o Nevermore, ale dokładnie pamiętam to uczucie: wiedziałam że będzie mój. Składu nie musiałam nawet czytać [i co właśnie z zaskoczeniem sobie uświadomiłam, nie pamiętam go do dziś] – nazwa, jak przystało na osobę od kilkunastu lat zakochaną w Edgarze Allanie Poe i jego dziełach, przesądziła sprawę i mój los. Przepadłam, zanim go jeszcze powąchałam.

Zastanawiam się, z której strony podejść do Nevermore, bo aż kusi, żeby zanurzyć się w „Kruku” E.A. Poe, ba, zanurzyć się w całej jego poezji i jak Vincent z filmiku Tima Burtona, już z niej nie wypływać. Ale ten zapach, choć melancholijny, nie jest wcale mroczny. Nie ma w nim horroru ani fantastyki, żadnych romantycznych i tragicznych tajemnic… Jest za to senne przemijanie i zapomnienie.

.
dach2

Nevermore pachnie jak stary, zapomniany kościółek gdzieś na skraju równie starej i zapomnianej drogi. Próchniejące stropy powoli, ale nieubłaganie tracą swoje cenne malowidła, ściany pokrywają się wilgocią i zieloną tapetą z mchów i porostów. Zniszczenia są wszechobecne, ale nadal wyglądają i pachną pięknie…

Pachną starym – przez lata okadzonym i zabalsamowanym palonymi żywicami oraz pastami konserwującymi – drewnem. Ciepłym, miękkim drewnem, przetykanym świeżo kiełkującą zielenią nieubłaganej natury, która koniec końców zawsze zwycięży. Przesyconym kadzidlanym dymem i przykurzonym drewnem, w którym tli się jeszcze aromat świeżo ściętych i oheblowanych desek, na których perliła się kiedyś żywica.
Starym drewnem, który pamięta jeszcze swoją młodość i siłę.

To najpiękniejszy drewniany [nie drzewny] zapach, jaki kiedykolwiek wąchałam i miałam przyjemność nosić. Ciepły i pylisty, a jednocześnie balsamiczny. Stary i zielony, smutny i napawający radosnym wzruszeniem. Ma w sobie coś z dzieciństwa, i to sądzę że dzieciństwa każdego z nas. Przytulny i kojący, wzbudza szacunek i zachwyt.

I tu chyba mogę wrócić do melancholijnego kruka, który uparcie wypowiadał tylko jedno słowo. Jest jak Nevermore: nieubłagany, dostojny, piękny, idealnie spojony z naturą. I już na zawsze, dzięki wierszom E.A. Poe – melancholijny.

 crow1

Nuty: aldehydy, czarny pieprz, gałka muszkatołowa, szafran, róża, ambra, cedr
Data powstania: 2014
Twórca: Anne-Sophie Behaghel
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie pochodzi z bloga liskamonet.blogspot.com
Gif – z serwisu tumblr.com

Lorenzo Villoresi: Piper Nigrum

Marzec 10th, 2015

Ten pieprz, och ten pieprz! *-*

Kiedy biorę do ręki [wreszcie własny!] flakon Piper Nigrum, kończy się zawsze tak samo. Jak kot z kocimiętką, jak pies z ekhm, truchłem królika w trawie… Bez umiaru, niczym człowiek pierwotny, z amokiem w oczach mam ochotę się w tych perfumach wytarzać, wykąpać, wypić duszkiem i strzelić w krwioobieg.

.

requiem

 

Piper Nigrum to najkrócej mówiąc zioła doprowadzone do perfumeryjnej perfekcji.

Choć tytułowy pieprz obecny jest stale i na każdym etapie trwania fazy kompozycji, nie powiedziałabym że to on jest tu najważniejszy i najciekawszy… Zdecydowanie największe drżenie serca i tzw. opad majtów powodują u mnie anyż i goździki. Słodkie, balsamiczne i bezkresne. Kiedy raz zapadną w nos, zmysły bezwiednie będą za nimi podążać, nieczułe na inne nuty, piętrzące się w tej ziołowej masie.

Tutaj goździki to kremowa słodycz o barwie ciepłego mahoniu, gładka i apetyczna. Kobieca i zmysłowa.
Goździkowy epos.

.

No ale, ponieważ wypadałoby napisać coś więcej…

Rozgryzając ambitnie pieprzną głębię PN, zachwyca w niej przede wszystkim łagodny i kojący akord suszonych ziół. Mięta, lawenda, lebiodka – wszystkie te przyprawy są same w sobie dość ostre i bardzo łatwe do odróżnienia, ale po wysuszeniu nabierają charakterystycznie miękkiej, przykurzonej słodyczy. Takie właśnie jest serce PN. Kwiaty lawendy schną w dłoniach w ciągu kilku chwil, kruszejąc do popielatego pyłu. Gałka muszkatołowa i drzewny kardamon [tam musi być kardamon!] dodają starodawnej, kuchennej i orientalnej pikanterii. Takie kuchenne retro w wersji drapieżnej; jak kucharz-kochanek, uwijający się po kuchni w fartuszku. Wyłącznie w fartuszku ;]

.

Piszę o sercu zapachu, ale tak naprawdę w przypadku PN to określenie bardzo względne. Piper Nigrum to jednolita, pieczołowicie ukręcona w moździerzu mieszanka ziół i przypraw, w której [poza nokautującym wejściem smoka pieprzem i kardamonem] wszystkie nuty tworzą spójną, bogatą ale niezmienną w czasie kompozycję, w której na dodatek… przykro mówić – zabrakło miejsca na nuty bazy.

Możemy się kłócić i pojedynkować, zdania nie zmienię. W gęstym morzu goździków nie jestem w stanie dosięgnąć do dna tego zapachu. Żadnego cedru, żadnej ambry, żadnych kadzidlanych bobków. Możliwe, że wzburzone morze roztarło miękkie żywice w pył i ślad na zawsze po nich zaginął. Jak kiedyś po jednym neonku w moim akwarium.

 

clove-spice

Nuty:
głowy: dziki anyż, dziki koper, mięta pieprzowa, cytrusy, akordy zielone i iglaste
serca: czarny pieprz, oregano, gałka muszkatołowa, elemi, olibanum, petitgrain, liście goździka, morski rozmaryn, przyprawy
bazy: ambra, styraks, benzoes, balsam peru, mirra, cedr atlaski, nuty drzewne
Data powstania: 1999
Twórca: Lorenzo Villoresi
Koncentracja: woda toaletowa (o mocy wody perfumowanej, nawiasem mówiąc)

 

Gif pochodzi z filmu Requiem dla Snu.
Zdjęcie ze strony pipetea.com

 

P.S. Ciągle podejrzewam skalara.

Olympic Orchids: Blackbird

Styczeń 30th, 2015

Truizmem byłoby napisanie, jak niesamowite emocje potrafią wywołać lub wzbudzić perfumy. Spotykałam już zapachy smutne, melancholijne, złośliwe, prowokujące… Znowu truizm. Ale wiecie, o co mi chodzi.

Nie w każdym jest taka magia, nie każdy do mnie przemawia; niektóre prześlizgują się między myślami i rozpływają w powietrzu, niezapamiętane. A niektóre zapadają tak głęboko, że czuję, jak ciągną mnie w dół.

Na samo dno.

.

kojima

.

Nic nie zapowiadało tak efektownego upadku w ciemność.

Iglaste otwarcie jest zielone, miękkie i wilgotne, jak mech w poszyciu, jak rozpadająca się ze starości kora na drzewie. Dzikie, buchające drzewnością, kuszące. Słodycz sosnowych szpilek i leśnych owoców ustępuje po jakimś czasie kwaśnej, tak charakterystycznej nucie jodły syberyjskiej, ale w tym połączeniu – nie traci ona swojego piękna. Jest soczyście, zielono, leśnie do granic wytrzymałości i poczytalności.
Przekraczasz granicę drzew, wchodzisz głębiej w gęstą zieleń i nawet nie zauważasz, że światła jest coraz mniej, a z koron drzew nie dobiega żaden ptasi śpiew…

I przepadasz.
Nie ma drzew. Nie ma miękkiej zieleni ani orzeźwiającej, sosnowej żywicy.
Jest za to czerń, gęsty mrok, tak obezwładniający, że nawet nie myślisz o strachu. Czerń, która niczym najgęstsza melasa oblepia ciało i myśli, unieruchamiając je. Wspomnienie zielonego lasu ledwo zdąży się pojawić, już znika – delikatna, przestrzenna kadzidlana smużka rozpływa się w idealnej ciemności. Lepki, słodki mrok otula i ciągnie coraz głębiej. Zapadasz się.

Nie ma morału, nie ma epilogu. Przestajesz istnieć. Czerń trwa wiecznie.

Dawno już żaden zapach nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Jest prosty i tak ostry/intensywny, że za każdym razem doprowadza mnie do migreny, ale masochistycznie nie jestem w stanie się od niego oderwać. Jest prosty i jednostajny, ale w tym właśnie tkwi jego geniusz. Zapadam się w nim, znikam, jak w transie uciekam ze swojego ciała i dryfuję w ciemności. Bez myśli, bez uczuć, bez słów. Ja, Blackbird i moje demony.

 

Nuty: jeżyny, siano, liście, elemi, drewno i żywica cedrowa, ambra, absolut balsamu jodłowego, piżmo
Data powstania: 2013
Twórca: Ellen Covey
Koncentracja: perfumy (25%)

Grafika autorstwa boskiej Ayami Kojima.

Maison Francis Kurkdjian: Absolue pour le Soir

Listopad 18th, 2014

Spodziewałam się naprawdę strasznych, traumatycznych przeżyć, po których będę się budzić w nocy z krzykiem i już nigdy nie zagram na skrzypcach. Miało być brudno, cieleśnie, zwierzęco – ba, miało być fizjologicznie i odpychająco. Spodziewałam się dzikiej bestii, która mnie zgubi i pożre.

dracula
Nie wiem, może pomyliła adresy czy co, może ja jeszcze poczekam?
.

Ten zapach ma w sieci absolutnie skrajne opinie; tyle samo osób go kocha, co nienawidzi. W moim otoczeniu zdecydowanie przeważa druga opinia, której zwykle towarzyszą niezwykle plastyczne torsje…

Pamiętam, że kiedy MFK pojawił się w Polsce, testowałam wszystkie kompozycje i zapachowi na wieczór – ani w wersji kolońskiej, ani absolutnej – nie miałam nic do zarzucenia. Apetyczny, gęsty miód podbity benzoesem [benzoes – i wszystko jasne] w absolucie co prawda trochę mnie przytłaczał i potrafił wykształcić własny, acz bardzo źle wychowany byt [to on pierwszy właził do pomieszczenia, dopiero potem wchodziłam ja] – ale jednak „było ok”.

Niedawno uparłam się na powtórkę, trochę zdezorientowana, o co tyle szumu i ostrzenia kołków. I niestety, jak to u mnie zwykle bywa, przepadłam.

.

Najbardziej zachwycające jest otwarcie: to najczystszy dym palącego się kadzidła frankońskiego. Ciepły i słodko-drzewny, ale z taką charakterystyczną gorzko-słoną nutą; orzeźwiający, a jednocześnie… apetyczny [wiadomo – benzoes]. Zagubionych w moim opisie odsyłam do najbliższego kościoła. Tu nie ma żadnej cytruskowej gry wstępnej – mirra, olibanum, benzoes atakują od pierwszych sekund, wpijając swoje narkotyczne zęby w miękkie ciało.

Gęsta, balsamiczna mieszanka powoli roztapia się na skórze, by po chwili ściekać z niej strugami złocistego miodu. Jest słodko, tak słodko, że włącza mi się bezwarunkowy odruch parzenia earl greya, a jednak ani na moment – nie mdląco czy nieprzyjemnie. W lepkich kroplach miodu można wyczuć odrobinę kadzidła oraz różę w wydaniu „konfiturowym”. Po dłuższej chwili znów wybija się żarzące się kadzidło, ale nie na długo – przygasa, oblane miodem… I tak tętni na skórze, nieśmiertelne w swojej mocy i uporze. Miód – kadzidło – miód z różą – kadzidło – miód – miód. Powtarzają się akordy falują, przenikają, pulsują, w idealnej harmonii.

Leżę, uwalona miodem i otumaniona kadzidłem, i czekam na tę obiecaną bestię…
… która okazuje się być nie krwiożerczą bestią z najgorszych horrorów klasy B, ale bestią baśniową. Samotną bestią z magiczną różą. I piękną miłością :)

belle-et-la-bete-1946-002-josette-day-jean-marais-faces-sideways

.
Nic na to nie poradzę, uwielbiam happy endy.

Nuty: benzoes syjamski, absolut kadzidła, miód różany, ylang ylang, kminek, cedr atlaski, sandałowiec
Data powstania: 2010
Twórca: Francis Kurkdjian
Koncentracja: woda perfumowana

 

Pierwsze zdjęcie to kadr z filmu „Bram Stoker’s Dracula” reż. Francisa Forda Copolli z 1992 roku.
Drugie – kadr z „La Belle et la Bête” Jeana Cocteau z 1946 roku.

I fink u freeky

Listopad 17th, 2014

Jedna z tych creepy-as-hell rzeczy, za które oddałabym nerkę.

swan

Oto… flakon na perfumy w kształcie głowy łabędzia. Yup.
Stworzony przez firmę Thomas Webb&Sons, datowany na rok 1884.

 

Cytując krótką rozmowę o flakonie ze strony pbs.org:

GUEST: I brought a goose head. It’s a perfume bottle. It used to belong to my great-grandmother. She collected all sorts of glass, and this sort of made its way down the family. I was told it was cameo.  (…) It was appraised in 1984, and they said it was about $900 at that point in time. So I’ve been keeping it sort of hid away so it doesn’t get any damage.
(…)
APPRAISER: It’s produced in England, and it does have a sterling silver lid. And if we go in, we can see a set of hallmarks here, which track us back into London in 1884. It’s a very, very important English glassmaker, and it was made by a company called Thomas Webb & Sons. And they produced these swan’s head. (…) Ruby is one of the better colors and probably the best color. This is the 5 1/4-inch size, which is a little bit smaller than a large one. And it’s great that it’s in its original box. Any clue what you think it might be worth today?
GUEST: I figured it was worth probably more than $900, but I’ve been told that collectible glass, people don’t collect it as much as they used to. So I don’t know what the value would be.
APPRAISER: Well, there are certain things that perform still. This particular piece, if you brought it into an auction today, conservatively would be estimated between $5,000 and $7,000. 
(…)

GAAAAAAAAH.
Nie mogę przestać myśleć o tym flakonie.

 

Cała rozmowa tutaj: http://www.pbs.org/wgbh/roadshow/archive/201201A54.html

[Dziękuję Kasieńce z Fragrantiki za znalezienie tego cuda! Choć może z nie tak entuzjastycznym zamysłem ;]

Yves Rocher: Rose Absolue EdP

Listopad 12th, 2014

Jaka piękna! Słodka jak cukierek, świeża i apetyczna.

Idealna.

Perfekcyjna.

Nierealna.

ririko

Czy to w ogóle możliwe?  Żadne perfumy nie mogą być aż tak różane. Tak dosłowne. Słodkie jak konfitury, a jednocześnie kwaskowe, herbaciano-chłodne. Aksamitne, miękkie, szlachetne. Lekko przyprawione, a jednak nadal do bólu, czysto i pięknie – różane. Nie mogą być prawdziwe, a jednak… przecież nimi do cholery pachnę.

 

Rose Absolue to jeden z tych zapachów, za którymi będę bardzo tęsknić… Choć niedobitki można jeszcze kupić w internecie, nie ma co się oszukiwać – to różane źródełko wysycha. Jego piękno powoli odchodzi w zapomnienie, płatki usychają i za kilka lat, podobnie jak o nierealnie perfekcyjnej Ririko, nikt nie będzie o nim pamiętać.

Uczcijmy go minutą ciszy.

 

Ja wiem, różanych perfum jest na pączki pęczki. Ale nie takich. Przysięgam, żadna esencja czy attar, różane masło, absolut, akord, naturalny czy syntetyczny, NIC TAK NIE PACHNIE. Wszystkie inne perfumy (uch, powiało pogardą ;) pachną jak „róża z czymś”: śliwką, pudrem, kawą, szafranem, do woli – ale tak czystej, upajającej róży jeszcze nie spotkałam.
Nie żebym tego nie mogła przewidzieć: Christine Nagel wielokrotnie udowadniała, że soczyste, lekko kwaskowe i wielowymiarowe róże to dla niej żadne wyzwanie (2000 et Une Rose, Madness, In Black, Encre Noire pour Elle – czy ktoś ma jeszcze wątpliwości?). Ale w tym zapachu przeszła samą różaną siebie.

 

I wiecie co? To smutne, że choćby nie wiem jak piękny był zapach, jeśli firma zdecyduje o wycofaniu/zaprzestaniu produkcji, nic tego nie zmieni. Doskonały układ nut, pieczołowicie tworzona kompozycja? To nic nie znaczy. Genialny nos i genialny zapach? Whatever. Najpiękniejsza róża w perfumach?! Naaah. Wywalamy, bo nam słupki opadli.
Możesz być perfekcyjna, piękna, idealna, ale i tak wkrótce wszyscy o tobie zapomną.

 

ririko2

Jeśli polujecie na Rose Absolue, uważajcie – ta różana diva szybko się zmienia. Nie mówię nawet o kolorze płynu, bo to jeszcze nie jest powodem do niepokoju (wiele esencji i olejków naturalnych: wanilia, cynamon czy jaśmin, z czasem ciemnieje), chodzi mi o sam zapach. Przyznaję, oba moje flakony RA przez ostatnie miesiące stały w ciemnej szufladzie i czekały na swój moment, więc może to moja wina (choć przechowywałam je prawidłowo, ale jak śmiałam schować je do szuflady?! ;). Bo kiedy niedawno wyciągnęłam obie flachy i nałożyłam na skórę, początek doprowadził mnie do ataku serca.

 

ririko3

Mówiąc krótko: śmierdział. A w zasadzie nadal śmierdzi, więc pierwsze 10 sekund z RA spędzam na wdechu. Na szczęście plastikowo-podgniłe otwarcie szybko ucieka i pozostaje samo rrróżane piękno, którym od kilku dni ponownie nie mogę przestać się zachwycać. Już wiem, dlaczego schowałam oba flakony tak głęboko; tak, z czarnego dna uzależnienia od Rose Absolue patrzę na to i już rozumiem – ale nie żałuję ;]

.

Dla mnie zawsze będziesz najpiękniejszą różą. Choćby nie wiem, jak zwichrowaną.

helter skelter

.


Tak, wiem, mało nishowa ta recenzja, ale naprawdę bardzo chciałam napisać coś o tym zapachu, a ponieważ od wczoraj nastrój mam morderczy, wyszło jak wyszło… Wkurza mnie ten kosmetyczno-perfumowy przemysł. Wkurza mnie, że znowu znika coś (niepokojąco) pięknego, co zostanie zastąpione przewidywalnie nudną ładnością. Każdemu się w końcu ulewa.

P.S. Gdyby ktoś się zastanawiał – słowo róża w tym wpisie odmieniłam przez przypadki i części mowy dokładnie trzynaście razy, więc nie musicie mi już tego wypominać ;]

 

Nuty:
głowy: cytrusy i przyprawy
serca: absolut róży tureckiej, bułgarskiej i marokańskiej
bazy: paczula, bób tonka
Data powstania: 2006
Twórca: Christine Nagel
Koncentracja: woda perfumowana (żałuję, że w moje lepkie rączki nie wpadł nigdy ekstrakt perfum…)

 

Wszystkie gify i zdjęcie pochodzą z ekranizacji mangi Kyoko Okazaki pt. „Helter Skelter”. Postać Ririko idealnie pasowała mi do tej absolutnej róży [ha, czternaście!].
Jeśli nie znacie, gorąco polecam: http://mangafox.me/manga/helter_skelter/


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates