Wyczekiwałam, powąchałam, wzruszyłam ramionami. Zauważam, że to u mnie coraz powszechniejsza praktyka ;]
Tu wyjątkowo wróciłam, ze względu na jeden zgrzyt. A nawet zgrzyt niejeden.
Jest źle od samego otwarcia – niby typowe i klasyczne, jak sztuka perfumeryjna przykazuje, a więc hello, cytrusy, ale jakby tak… nie tylko cytrusy? Wąchając Nuit Étoilée mam dziwne wrażenie, że coś jest nie w porządku, chociaż wszystko pozornie wygląda pięknie i właściwie…
Jak w horrorach!
Wystarczy więc, że nie będę oglądać się za siebie i powinnam przeżyć.
Tymczasem nocą.

Gdzieś pod stertą kwaśnych cytryn, rześkiej werbeny [takie moje artystyczne założenie] i gorzkiej bergamotki [patrz wcześniejszy nawias] coś się psuje. Dosłownie. Kisi się. Kwaśnieje ciut za bardzo. Robaczywieje. Ta goryczka nie jest normalna, jest w niej coś fizjologicznego i niekoniecznie przyjemnego [podróżni bywający często na Dworcu Centralnym wiedzą zapewne, co mam na myśli]. Tak, właśnie „tak” fizjologicznego. Mięta nie poprawia sytuacji, wręcz ją pogarsza, dodając nutkę nachalnego odświeżacza, w myśl teorii „nieważne, co jadłem i piłem, po miętówce na pewno nikt nic nie zauważy”.
A potem następuje najgorsze – jodła syberyjska.
Jeżeli nie mieliście okazji wąchać esencji z gat. Abies sibirica, jesteście ludźmi szczęśliwymi. Jakże byłam naiwna, rzucając się na buteleczkę tego olejku i jakież było moje zdziwienie, kiedy sygnał od nosa dotarł w końcu do mózgu…
Jak pachnie? Hm. Wyobraźcie sobie solidnej postury robotnika w swoim klasycznym ubiorze na każdą okazję: podkoszulku, po całym dniu pracy w pełnym słońcu. Wyekstrahujcie z tej wizji podkoszulek. Nie, to jeszcze nie koniec. Podkoszulek rzućcie na fotel przed telewizorem, a następnie połóżcie na nim psa, po całym dniu zabawy w pełnym słońcu. Tak, sądzę, że już wystarczy. Jodła syberyjska w czystej formie pachnie jak przepocona, zmiętolona i zleżała [pod psem] koszulka. Sorry, naprawdę chciałabym żeby było inaczej, ale limit cudów na to stulecie wyczerpałam, zdając egzamin na prawo jazdy.
Mamy więc w efekcie końcowym nadpsute cytryny [chociaż jakby na to popatrzeć z drugiej strony, może to już limonki?] i fazę traumatycznego podkoszulka. Na szczęście jak wspominałam, gorzej już nie jest – nawet się nieznacznie poprawia. Upiorne nutki bledną, zostawiając całkiem przyjemny piernikowo-mleczny akord.
Coś jak mocno rozwodnione Le Feu albo połowa Etry. Miło, ale niewystarczająco miło żeby zatrzeć wcześniejsze wizje ;]
Strasznie niecierpliwie czekałam na ten zapach, a tu taka wtopa. Może na kimś innym będzie ładnie się układać… Ja niestety do iglaków szczęścia nie mam.
Nuty: cytryna, słodka pomarańcza, mięta pieprzowa, jodła syberyjska, absolut z nasion dzięgla
Data powstania: 2012
Twórca: Isabelle Doyen i Camille Goutal
Koncentracja: woda toaletowa
Zdjęcie pochodzi ze strony www.alzd.de








