Lorenzo Villoresi: Kamasurabhi

Marzec 15th, 2019

Mam wrażenie, że kolejne nowości tej marki przechodzą zupełnie po cichu i bez echa, a to przecież absolutnie cudowne i piękne zapachy! Zarówno Kamasurabhi sprzed kilku lat, jak i zeszłoroczny Atman Xaman to bogate, przyprawowo-drzewne kompozycje, które mimo że wg etykietek są wodami toaletowymi, mają moc i ekspansywność wód perfumowanych.

Atman Xaman ciągle oswajam, bo jego tabakowo-kocankowa słodycz zbacza niebezpiecznie w stronę Aziyade, a to już jedna z moich największych traum… Staram się nie sugerować i nie wyrabiać opinii, póki nie ponoszę tego szamana co najmniej kilka dni. Przyciąga i pociąga mnie w nim to uczucie „drugiej skóry” – chłodno-przestrzennej, dzięki nutom herbaty i drewna, ale też – ciepłej, nawet nieco owocowej – za sprawą miękkiej, wiśniowej tabaki, słodko-skórzanego labdanum i pylistej kocanki.
Jest moc. Warto poznać.

Ale do rzeczy, bo miało być o Kamasurabhi, a popłynęłam jak zwykle gdzie indziej.

Pamiętam, że mocno się zdziwiłam, tłumacząc materiały prasowe do Kamasurabhi, bo skład znałam doskonale z innego zapachu LV – Alamuta (którego z resztą miałam w kolekcji i kochałam za bardzo eleganckie nawiązanie do Samsary). Jednak podobnie jak Samsarę, Alamuta miałam wyłącznie do wąchania i podziwiania – noszony na skórze zbytnio mnie osaczał pudrowym sandałowcem i ciężką, ulepną słodyczą żywic.

W Kamasurabhi zachowując praktycznie taką samą piramidę zapachową, przywrócono kompozycji przestrzeń. Strzepnięto nadmiar pudru, wygładzono drewno, zmiękczono kwiatowe bukiety i, jak zapewniał mnie znajomy Hindus, wiernie odtworzono zapach indyjskiej świątyni.
I to mnie właśnie kupiło.


Gorzkie od sandałowca otwarcie szybko rozgrzewa się na skórze, wciągając w kwiatową otchłań. Kwiat pomarańczy, narcyz, róża, ylang-ylang, tuberoza… Nazwij dowolne kwiaty, pewnie tu są. Pojedynczo mogą wywołać zawroty głowy, a co dopiero w tej gęstej masie?

Słodka, miodowa, zmysłowa kakofonia oszałamia, ale już po chwili stapia się ze skórą, otulając ją miękką i subtelną woalką. Lorenzo, what kind of sorcery be this? Jakim cudem ta mieszanka morderczych, białych kwiatów tak delikatnie układa się na skórze i nie przytłacza nawet takiego migrenowca jak ja? Jakim alchemicznym trikiem spod morza kwiatów wyłania się z powrotem sandałowiec, już nie tak surowy jak w otwarciu, ale zmiękczony kremowymi kwiatami?

Tu drewno sandałowe jest dojrzałe, łagodne, lekko mleczne, wygładzone dotykiem tysiąca odwiedzających świątynię dłoni.

Flower Show in Lalbagh, Bangalore, Karnataka, India, Asia


Kompozycję zamyka zapach palonego kadzidełka. Nie kadzidła, tylko właśnie kadzidełka – nag champa (kto zna zapach patyczków w niebieskim pudełku, ten szybko zrozumie mój zachwyt – jest niepowtarzalny i najpiękniejszy na świecie). Słodkie, paczulowo-balsamiczne, ponownie (słowo klucz) – kremowe.


Kwiaty otulają sandałowca, sandałowiec otula skórę, jest spójnie, miękko i przytulnie, harmonijnie, pięknie. Komfortowe piękno i wewnętrzny spokój. Jestem indyjską świątynią – dosłownie.



Nuty:
głowy: egzotyczne kwiaty, jaśmin Sambac, róża, kwiaty pomarańczy
serca: tuberoza, ylang-ylang, narcyz, sandałowiec
bazy: sandałowiec, piżmo, ambra, skóra, paczula
Data powstania: 2015
Twórca: Lorenzo Villoresi
Koncentracja: woda toaletowa

Zdjęcie z jelonkiem z http://picdeer.com/, dom Lorenzo z uomogroup.com.
Kwiaty w misie z https://theblacknarcissus.com, a morze indyjskich kwiatów ze strony https://www.123rf.com.
Gif z profilu https://rudescience.tumblr.com

„trzynastozgłoskowiec”

Marzec 15th, 2019

Przeglądając dzisiaj wszystkie swoje wpisy, trafiłam na kilka nigdy nie dokończonych szkiców… W tym to oto „dzieło”, stworzone sześć lat temu chyba pod wpływem. Ekhm, silnym wpływem.

Nie mam pojęcia, co mnie tak wtedy zainspirowało, ale publikuję, bo chyba to najlepiej dowodzi tego, że zawsze byłam i będę stuknięta.

O dumna nuto! Co dawnymi czasy
Zachwyt we mnie wzbudzałaś i trwogę,
Gdybym cię dziś znowu spotkać musiała,
Chyba bym trupem padła na podłogę.

Mierzi mnie twój widok! Żołądek w supeł ściska.
Mdli mnie myśl o tobie, naiwnie przesłodzonej,
W pudrach, piórkach, kwiatach, modnych arabeskach…
Nie patrz więcej na mnie. Lepiej wina polej.

Kurtyna.

Hello, can you hear me?

Styczeń 28th, 2019

Jak to mówią – long time no see, huh.

Ostatnio złapałam się na tym, że wchodzę na własnego bloga i…

Gdzie wpisy?
Gdzie zachwyty i zapasy w błocie?

Otóż powiem Wam gdzie. W *autocenzura* niebycie.
Pomysły są, zachwytów cała masa, ale brakuje ciągle jednego, najważniejszego – czasu. Małe dziecko i praca na pełen etat to w zasadzie dwie pełne prace 24/7 i kiedy po uśpieniu huraganu Janina, mam do wyboru zajęcie się garowym Mount Everestem w zlewie, sprzątnięciem jesieni średniowiecza zabawek w salonie lub kąpiel w wannie w samotności (W SAMOTNOŚCI), stukanie w klawiaturę przy lapku przegrywa. Za. Każdym. Razem.

Ale dzisiaj się zaparłam. Dość wymówek, bo wygląda jakby nic się w moim życiu perfumowo nie działo. A dzieje się. Dzieje! Że zachwyty i zakupy, to wiadomo. Ale było też w 2018 roku kilka wydarzeń naprawdę nietypowych i niezwykłych.

Zacznijmy od tego, że ponad rok temu (trwało to, na raty, kilka miesięcy) sprzedałam grubo ponad połowę swojej kolekcji perfum. Unikaty, zapasiki, flakony kochane, chomikowane, a jednak nieużywane.
Bez wyrzutów sumienia, bez przydługiego debatowania i rozmyślania, wywalałam jak leci. Od tego czasu staram się zwalczać impulsy i pokusy zakupów w ciemno, mając w pamięci ten… ciężki i drogi nadmiar.

Wydarzenie numer dwa to wymarzone, kwietniowe targi Esxence w Mediolanie. Targi perfum! Ja! Na! Targach! Perfum!
Choć każdy dzień kończyłam migreną i długim prysznicem, to były niesamowicie pachnące (tyle nowych zachwytów), przepyszne (pizzaaaa, kawaaaa) i przepiękne (Mediolan!) dni. Nawiązały się nowe kontakty, nowe marki zostały odkryte i pokochane, nowe cuda trafiły do Quality.

Mission accomplished.
Kilograms gained (pizzaaaa).


Trzecie, najbardziej magiczne w moim życiu wydarzenie, to majowe warsztaty Perris Monte Carlo w zamku Gian Luca Perrisa w Pozzol Groppo. Które doczekały się wpisu w Forum o Perfumach na fb, a następnie przewędrowały na bloga Quality. Długo nie mogłam zejść na ziemię i, choć już wcześniej uwielbiałam zapachy PMC, teraz kocham je miłością szaloną i mnożę w kolekcji, również nieco szalenie.

Zdjęcia z wyjazdu, zachomikowane w telefonie, często oglądam, szczególnie porobione na szczycie zamku filmy, na których widać jedynie przetaczające się leniwie chmury nad szczytami drzew i słychać świergot ptaków…

O rany, ile bym dała żeby tam wrócić 💔


Niezwykle miłym popasem dla oczu był również Festiwal Róż w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Warszawskiego. Nasyciłam się różami na cały rok.
Wyglądały zjawiskowo, pachniały obłędnie.

Największe zachwyty perfumowe? Było ich trochę.
Nie żebym miała tak fenomenalną pamięć, mam za to profil na polskiej i angielskiej Fragrantice ;] (Na obu nick zielona, i nawet coś czasem recenzuję.)

Jak można było przewidzieć, na liście zachwytów tłum Perrisów.
Zaczęło się niewinnie od Patchouli Nosy Be, który jest tak idealnie labdanumowo-paczulowy, że aż mam gęsią skórkę. Doczekał się trzech flakonów edp i travel setu ekstraktów. Santal du Pacifique – kremowy, ale wytrawny dzięki dodatkowi irysa sandałowiec. Czysty i piękny. Dwa flakony edp, flakon ekstraktu i travel set ekstraktu. Cacao Azteque – pierwszy test podczas targów i mega rozczarowanie, bo gdzie to kakao, same kfiotki. Kolejne, uparte testy po powrocie z Pozzol Groppo i nagłe olśnienie: utopiona w gorzkim rumie i jeszcze bardziej gorzkim kakao, cukierkowo-słodka tuberoza. Wow. Flakon edp i travel set ekstraktów.
Ostatnio z przyjemnością wróciłam do Oud Imperial i ostrzę zęby na Ambre Gris, Essence de Patchouli i Rose de Taif.
Czy to już się leczy?


Dając spokój mojej obsesji do Perrisa, prawie-chronologicznie:
Rose Omeyyade Atelier des Ors – welurowa, gęsta, orientalna róża. Flakon.
Galop d’Hermes – przestrzenna, (druga) skóra. Flakon.
Kismet Lubin – czyli jak powinien pachnieć shalimarowy orient. Flakon.
Black Calamus Carner Barcelona – Black Cashmere powstał ze zmarłych i pachnie jeszcze lepiej. Flakon.
Woody Mood Olfactive Studio – świetliste, słodkie i wypolerowane drewienka, z nutą Palisandra CdG. Duży flakon.
A właśnie. • Palisander CdG – piękny powrót po latach. Doskonała, gładka słodycz. Flakon.
Molecule 04 – czyli, jak twierdzi Mąż, „znowu walisz Tybetem”. Flakon.
Palindrome I Santi Burgas – żywiczno-drzewna doskonałość, porównywalna z Patchouli Nosy Be zmieszanym z Miyako lub Ambre Fetiche, jak kto woli. Bogaty, płonący żywicami orient. Dwa flakony.
Untold Absolu Elizabeth Arden – najlepszy strzał w ciemno w moim życiu. Idealnie wyważona cierpko-pudrowo-słodka, gęsta, przepyszna śliwka. Cztery flakony 100ml i dwie trzydziestki – i nie powiedziałam w tym temacie ostatniego słowa, bo tanie to jak barszcz.
Ambre Imperial Van Cleef & Arpels – czyli jeszcze lepsze L’Ambre des Merveilles Hermes. Serio. Dwa flakony.
Participe Passe Serge Lutens – wszystko, co z Lutensa najlepsze, zmieszane w jednej butelce z genialną nazwą. Nie wiedzieć czemu, flakonu ciągle brak.
Selfie Olfactive Studio – długo chorowałam, wreszcie tydzień temu dopadłam mały flakonik. Kompozycja na mnie bardzo podobna do Silver Factory Bond no.9, taka trochę krzywa i dziwaczna, ale w tym swoim braku idealności – idealnie oryginalna.
Tuxedo Yves Saint Laurent. Tu długo pewnie flakonu nie będzie, bo to grzmot przestraszliwy (125ml, seriously?!), ale kompozycja piękna i taka… wygodna.


To z tych największych trzęsień ziemi. Bo było jeszcze dużo mniejszych, jak na przykład ostatni zachwyt marką Jovoy, dzięki upolowanemu flakonikowi Ambre Premier (ambrowy ideał!), nowemu w rodzinie Pavillon Rouge (ta skóra i rum) i ponownie odkrytemu Psychedelique (tak, leciałam na nazwę jeszcze przed poznaniem zapachu).


Więc – jestem, żyję, wącham, niezmiennie zbyt często się zakochuję i za dużo chcę. Nie wiem, kiedy pojawi się jakaś normalna recenzja. Naprawdę chcę, ale wygrywa proza życia ;]

Na osłodę wrzucam link do mojego Instagrama, na którym trochę natury i sporo perfum. Tam najlepiej można sprawdzić moje aktualne obsesje i miłości. No i ten…

I’ll be back.

Olfactive Studio: Close up

Marzec 29th, 2017

Nieczęsto dodaję nowe wpisy, bo choć często mnie coś zachwyca [albo obrzydza ;], to nie zawsze mam czas i pomysł jak to opisać. A nie umiem na siłę, wszelkie próby zmuszania się [na każdym polu] do czegokolwiek kończą się spektakularną porażką.

Zapach musi sam do mnie przemówić.

A wtedy najczęściej, bez zbędnej kultury osobistej, wrzeszczy „kup mnie!!!”.

.

Uwaga, tradycyjny akapit samoumartwiania.
Jakoś w okolicach Ombre Indigo straciłam zapał do Olfactive Studio. Panorama (brr, kiszonka) i Selfie (brr, nazwa) dobiły temat szpadlem. Na śmierć. Potem na czas jakiś wypadłam z obiegu, raz tylko wywracając oczami na wieść, że marka będzie zmieniać flakony (po co, skoro miała tak spójną wizję: że klisza, że obiektyw, że stary papier do opisywania zdjęć, po co?!) – a więc dalsze dobijanie martwego szpadlem… No bo naprawdę, nie wiem na co spuścić grubszą kurtynę milczenia, na ten klekoczący metal przy korku czy wypukłe koła z tyłu flakonu?
Ale już, miej litość kobieto, koniec tego sadystycznego kopania leżącego, tym bardziej że zawartość czeka na swoją kolej.

A zawartość to już inna bajka. Taka z happy endem i tańcem przy świetle księżyca.

.

Close up kojarzy mi się ze starymi, amerykańskimi komediami. Czarno-biały klimat Pół żartem, pół serio czy Filadelfijskiej opowieści. Lekko, inteligentnie (co obecnie w komediach jest rzadkością), z perfekcyjną grą aktorską i dykcją, z gracją i czarem. Te filmy pachną mi Close up.

Zapach oczarowuje od pierwszego spotkania i pierwszych sekund na skórze.
Dojrzałe wiśnie otoczone w pudrze z tonki i upaćkane miodem, nie tracą swojej rześkiej kwaskowości przez całą, trwającą w nieskończoność, kompozycję. Jak w filmie, po wiśniowym otwarciu pojawia się główny bohater. Popijając poranną kawę, wyperfumowany swoją korzenną wodą kolońską, z różą w butonierce, nienagannymi manierami i uśmiechem łobuza… pozornie nic nie robiąc, rzuca na kolana. Jest słodki i kochany, ale też chłodny i surowy.

Bo niby słodko-cierpkie, deserowe wiśnie wyczuwalne są cały czas, ale nie dominują ani nie „ubanalniają” kompozycji: kawa, róża, przyprawy i nuty tabakowo-skórzane pojawiają się i umykają. Jak u Heisenberga. Wyczuwasz jedną, gubisz pozostałe, i znowu musisz je wyławiać z wiśniowego sosu, podjadając po trochu.

Same dobre (żeby nie powiedzieć pyszne) nuty. Świetnie leży, świetnie się nosi, ma zabójczą trwałość i moc, zwraca uwagę i się podoba się, na tyle mocno, że muszę się odganiać od zainteresowanych bliższym spotkaniem z Close up.


Ten zapach coś w sobie ma. Nie tylko genialny skład w genialnych proporcjach.
On genialnie mnie uzależnia… Wrzeszcząc, bez śladu zażenowania, „kup mnie!!!”.

.

Nuty:
głowy: kawa, przyprawy, wiśnia
serca: róża, biały tytoń, paczula, cedr atlaski
bazy: ambra, piżmo, bób tonka
Data powstania: 2016
Twórca: Annick Menardo
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie pochodzi z materiałów reklamowych Olfactive Studio.
A gif jak mi ktoś powie, skąd, to ma u mnie dużą próbkę Close up!

Montale: So Iris Intense

Marzec 5th, 2017

Są takie zapachy, po poznaniu których ma się ochotę zapalić papierosa.


If you know what I mean.

.

Przyznam się Wam, że już od dłuższego czasu nie spodziewa(ła)m się po Montale niczego. Brak oczekiwań = brak rozczarowań, co w przypadku coraz większej ilości niszowych perfum okazuje się wychodzić na zdrowie dla moich nerwów i ambicji. Montale zaczął iść w ilość, pakując zapachy do coraz bardziej szkaradnych kolorystycznie flakonów (spodziewałam się, że po gradientowym złoto-różusiu nie może być nic gorszego, ale wtedy pojawił się gradientowy złoto-majtowy turkusik…), więc straciłam do niego serce i trochę porzuciłam (nie powiem, z ulgą dla moich oczu i wyczucia gustu).

Widząc kolejną baterię blaszanych nowości od Montale (niespodzianka, gradienciki!), już, już miałam z pogardą je ominąć… kiedy zobaczyłam w nazwie jednego „iris”.
Nie żebym była irysową fetyszystką. Irys to jeden z bardziej traumatycznych składników jakie znam, szczególnie w – przerażająco przeważająco stosowanej – wersji pudrowo-szminkowo-tłustej (przysięgam, że na samą myśl mi niedobrze). A jednak do irysa mam jakąś dziwną słabość i sentyment, chyba ze względu na Hiris Hermesa. Możliwe że podświadomie szukam dla niego jakiegoś godnego, pięknego zamiennika, który nie przenicuje mi żołądka, ale rozkocha i uzależni… Było kilka całkiem udanych irysowych spotkań (znacząco strzela oczami w stronę Iris des Champs), ale brakowało motyli w brzuchu (nie mylić z motylami w żołądku).
Poza tym, orientalny, oudowy i mocarny Montale i iryski? To jakby My Dying Bride wydał album z bajkami dla dzieci. No helooł!

.

So Iris Intense jest piękny, czysty, irysowy i drewniany.

Zero ociężałej pudrowości. Lekko soczysta, melancholijna zieloność (klimat Zagorsk) łagodnie, kremowo rozlewa się na skórze i wysycha do przepięknych, równie łagodnych i szlachetnych nut drzewnych, nie gubiąc przy tym ani płateczka z irysowego bukietu.
Czysto, prosto, naturalnie. Żadnego obskurnego buduaru i zleżałych czerwonych szminek.

To nie jest zapach skomplikowany i zmienny – i być może to jest jego największa zaleta, bo nic tu irysa nie przytłacza i nie ujmuje jego piękna. Bazowa nuta drewienek przypomina mi nieco klasyka He Wood Dsquared2, z tą różnicą że w HW drewienka są bardziej wypolerowane i słodsze (w końcu połączono je z fiołkiem).

Można na upartego przyczepić się, że niewiele się dzieje, ale powiedzmy sobie szczerze – czasem fajnie jest dla odmiany pachnieć czymś nieskomplikowanym i „czystym”.

Ja jestem całkowicie kupiona. I chrzanić złoto-majtowy turkusik, chcę cały flakon!
(Najwyżej przemaluję go farbą w spray’u.)
(W sumie już ją nawet mam.)

Nuty: irys, sandałowiec, piżmo
Data powstania: 2017
Twórca: b.d.
Koncentracja: ekstrakt perfum

.

Gif pochodzi z filmu „Marzyciele”, a macro-pornowe zdjęcie irysa z portfolio Silvii Spedicato (https://500px.com/silviaspedicato)

Nasomatto: Baraonda

Grudzień 16th, 2016

Mam wątpliwości.

Od godziny siedzę z laptopem na kolanach. Zdążyłam zeżreć dużą tabliczkę wedlowskiej Jedynej, wypić całą szałwię [nooo, oczywiście że wolałabym jakiś alkohol] i nadal nic nie napisać, choć tak bardzo chciałam.

Bo mam wątpliwości.
.

.

Zwykle nie czytam recenzji zapachu, który zamierzam opisać, co w zasadzie nie jest skomplikowane, bo ostatnio nie czytam niczego [poza mangami]. Tak się jednak złożyło, że jestem chwilowo mocno [perfumowo!!!] wyposzczona, więc jak tylko coś wpadnie mi w oko, to to hipnotyzuję w sieci – i na opisy Baraondy nie sposób było się nie natknąć.

I stąd te wątpliwości.
Bo mam wrażenie, że odczuwam ten zapach zupełnie inaczej.

Tak, nuta alkoholowa jest zauważalna, ale na mnie wyparowuje równie szybko jak z kieliszka. Przypomina mi koniak albo brandy – w wyraźną nutą suszonych owoców i słodyczą gorzkiej czekolady. Jest jednocześnie chropowata i gładka – zupełnie jak mocny alkohol, drapiący w gardło i pozostawiający pyszne nuty na języku. Na tym etapie bardzo, ale to BARDZO przypomina mi 1697 Frapin, w obu koncentracjach.

Ale to, co w Baraondzie najlepsze, przychodzi dopiero w dojrzałym sercu. Kiedy ostatnie promile znikną jak kamfora – na pierwszy plan wyłania się owocowy susz. Słodki, cierpki, rozkoszny, kwaskowo-pudrowy, głęboki i bogaty. Śliwki, jabłka, winogrona i cudowne, dojrzałe wiśnie posypane cukrem pudrem.

Widzicie to? Micha pełna wydrylowanych, kwaskowych, ciemnych wiśni.
Wiśśśśśśnie. Kwaśśśśne wiśśśśnie i pudrowy puch.
Gaaaaaah.

<Ociera ślinę.>
<Poprawia spódniczkę.>

Na tym – trwającym aż do końca – etapie Baraonda przypomina mi moje ukochane kompozycje od Christine Nagel (w szczególności In Black), o której wspominałam już w poprzednim wpisie. Przy czym jest jeszcze pyszniejsza, bardziej wyrazista, kwaskowa i w tej swojej pysznej (ile razy już to napisałam?) kwaskowości – prawdziwa. Podobnie jak w Sleeping with Ghosts, nie ma tu żadnego plastiku, żadnych zgrzytów. Jest za to prawdziwe, oblane brandy i zanurzone w kakao, sour-fruits-porn.

Rany, jakie to cudowne.

.

Nuty: brak informacji
Data powstania: 2016
Twórca: Alessandro Gualtieri
Koncentracja: perfumy

.

Zdjęcie pochodzi z twittera MASC – https://twitter.com/shopmasc
A gif (David Tennant w Fright Night [2011]) znalazłam w zasobach photobucket.com

Mark Buxton: Sleeping with Ghosts

Wrzesień 26th, 2016

Z przykrością stwierdzam, że nie trzeba się namęczyć, żeby mnie czymś skusić. Wystarczy dobra nazwa, piękny flakon albo intrygująca piramida zapachowa, żebym przepadła i pożądała natychmiast i już. W przypadku kolekcji Marka Buxtona diabeł tkwi w nazwach, przez które szaleję jak kot po kocimiętce: Sexual Heeling, Devil in Disguise czy właśnie Sleeping with Ghosts… Pójdźcie w me ramiona!

Niestety nie wszystkie kompozycje dorównują nazwom, co stwierdzam z ogromnym smutkiem, ale robak na haczyk został już nadziany, dorodny i tłuściutki.
No to chlup.

sleeping_with_ghosts

Sleeping with Ghosts nie ma w sobie tajemniczej magii, ale ma coś jeszcze lepszego – jest cudownie dziwny.

Przepyszne, kwaśne, owocowe otwarcie zmusza do sięgnięcia po chusteczkę i zatamowania ślinotoku. Uwielbiam takie nuty w perfumach! Do tej pory moją osobistą mistrzynią kwasku była Christine Nagel [Madness, In Black J. del Pozo, Delices, Hypnose Senses, ściera kałużę śliny z laptopa, Encre Noire pour Elle, a ostatnio Eau de Rhubarbe Ecarlate], ale Buxton tym jednym zapachem pokazał, że też potrafi.

Jego kwaskowata pigwa jest perfekcyjna. Nie ma w tym owocowym kwasku ani grama sztuczności, plastiku czy proszkowej chemii. Lekkie kwiaty nadają cierpkim nutom chłodu i zieleni, a wanilia zmiękcza wszystko i utrwala, nie dominując – nawet po wielu godzinach. Niewielka zmienność nut jest tutaj zdecydowanym plusem: pigwa trwa przez całe serce, dopiero w bazie lekko się wysładzając i przejrzewając [to zasługa lekko bagiennego wetiweru].
Mam wrażenie, że jest tu również sporo pieprzu, może nawet różowego [nie przepadam za nim, ale pasowałby do pigwy]. Niestety, sieć o pieprzu milczy, wiec uznajmy że to znowu zasługa wetiweru.

nightmare-before-christmas-pumpkinsZałóżmy roboczo, że te dynie to pigwy.

Brzmi banalnie: kwaskowe owoce i wanilia, ale pomijając fakt że w prostocie nie widzę nic złego, ten zapach wcale nie jest banalny. Wyraźna, długotrwała cierpkość oznacza, że trzeba takie klimaty naprawdę lubić, żeby nie dostać szału po godzinie; a kontrastowa baza słodkiej, puchatej wanilii i surowego, zielono-pieprznego wetiweru nie daje się zaszufladkować żadnej kategorii.

.

I w końcu w bazie rozumiem, skąd ta nazwa.
Sleeping with Ghosts jest jak zwiewna, mleczna mgła, której nie ma, a która jednocześnie jest w dotyku miękka i ciepła. Wydaje się owocowo pyszna i miła, ale gdzieś pod tą komfortową puchatością siedzi coś nieuchwytnie gorzkiego i… melancholijnego. Jest perfumową martwą naturą, w której na półmisku pełnym dojrzałych, słonecznych owoców w oko kłuje ten jeden, już gnijący.

Uwielbiam dziwność i kwaśny charakter Sleeping with Ghosts.
I jak się można po nazwie spodziewać, uwielbiam w nim spać.

But you sleep like a ghost with me
It’s as simple as that
So tell me I’m mad
Roll me up and breathe me in
Come to my madness
My opium den

.

Nuty:
głowy: pigwa, nagietek
serca: piwonia, skóra
bazy: wetiwer, wanilia
Data powstania: 2012
Twórca: Mark Buxton
Koncentracja: woda perfumowana

.

Gif pochodzi ze strony www.tenor.co, z filmu „The Nightmare Before Christmas” Tima Burtona [zbieżność nazwisk całkowicie przypadkowa ;]
Zdjęcie z oficjalnej strony Mark Buxton Perfumes
A cytat z „Goodbye to all that” Marillion <3


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates