Parfumerie Generale: Aomassaï

Zaczęło się niewinnie: postanowiłam coś zmienić. Wywalić połowę flakonów ze zbioru, niedobitki poprzestawiać w szafce, znaleźć coś nowego… Jako że nie należę do osób w jakikolwiek sposób ‚umiarowych’, wszystko poszło lawinowo. Lubię zmiany.

Lubię też, jak coś za mną chodzi. Czasem budzę się rano z nazwą perfum w głowie i wiem, że póki nie zdobędę – nie zaznam spokoju. Tym razem od tygodnia ponad chodziło za mną Parfumerie Generale. Wiedziałam, że skończy się na flakonie. Wizyta w perfumerii zaowocowała lekką wścieklizną, bo albo coś „już gdzieś kiedyś było” [Bois Blonds, Coze] albo czegoś zwyczajnie na mnie NIE BYŁO [Cadjmere, jak mogłeś?]. Aż nagle – nokaut.

Aomassai.

Jest.
Dziwny.
Nieznośny.
Zmienny do szaleństwa.
W mojej szafce, bo musiałam go mieć.

W pozostałych zapachach PG irytowało mnie to, że – owszem, były naprawdę świetne, o ile [tu znaczące spojrzenie na Cadjmere] je na sobie czułam – już te akordy znałam, z innych kompozycji, z zapachów które mam. Aomassai natomiast wymyka się wszelkim próbom postawienia go obok innego zapachu. Nie i już. Nonkonformista się znalazł. Na dodatek niezdecydowany, bo sam nie wie czy ma być ładny czy brzydki.

Otwarcie… no, jest. Nie do przeoczenia. Tak przytłaczająco słodkie i chemiczne, że aż odrażające. Sztucznie barwione cukierki pudrowe, bardzo stary syrop do bardzo tłustych naleśników… bogowie, idę po herbatę, bo zemdlę.
Już z herbatą, kontynuuję. Jest słodko, oblepiająco, aż gorzko, drapie w gardło i wystawia uwielbienie do słodyczy na ciężką próbę. A jednak trwam w tym masochistycznym stanie, bo od samego początku, od pierwszego mordu na moich zmysłach – pod warstwą zakurzonego słodu jest to coś. Zapowiedź geniuszu: tętniące nuty drewna i oleistych przypraw, które sukcesywnie zaczynają pojawiać się na trzecim, drugim i w końcu pierwszym planie. Wenge, wreszcie wenge tak piękne jak u Donny Karan! Jest lukrecja, którą kocham w Mechant Loup i której pożądałam w wersji słodszej-ale-nie-loliciej! Jaki piękny, dosłowny karmel, słodko-słony, zestalony, szklisty! Niekończący się zachwyt, niekończący karnawał nut, które mienią się, wiją, przenikają.
Czytałam mnóstwo recenzji tego zapachu, ale ŻADNA go nie oddaje w pełni, z żadną bym się nie mogła zgodzić. Aomassai jest genialny; w swoim przepychu i przesadzie, niemożliwym połączeniu składników, skłonności do popadania w irytujące skrajności. Jest teatralny i nieokrzesany, krzykliwy i tandetny, przez co z jednej strony wywołuje lekki uśmiech zażenowania, z drugiej zwraca na siebie uwagę, której nie chce mu się odbierać. Fascynuje. Wciąga.

Dobrze, że wzięłam 100ml.
I kubek czarnej herbaty.

 

Nuty: karmel, prażone orzechy laskowe, lukrecja, gorzka pomarańcza, przyprawy, drewno wenge, wetiwer, drewno balsamiczne, kadzidło, suche trawy, żywice
Data powstania: 2006
Twórca: Pierre Guillaume.

 

Tags: , ,

3 komentarze to “Parfumerie Generale: Aomassaï”

  1. Magda napisał(a):

    Bardzo chciałabym spróbować :)

  2. Magda napisał(a):

    piękny, niestety ulotny na mojej skórze :(

  3. nisha napisał(a):

    W sumie to woda toaletowa [tak, powinnam przy danych o zapachu podawać koncentracje], więc ma prawo być nietrwała – choć [dla] mnie jest naprawdę mocna. Wszystkie szale, nawet kołnierz płaszcza pachnie Aomassai!

Leave a Reply


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates