Annick Goutal: Mon Parfum Cheri

Oto nadciąga zło pierwotne; zło tak okrutne i mroczne, że nawet najtwardsze i najodważniejsze jednostki uciekają w popłochu.
I niech was nie zwiedzie ta słodka kokardka na flakonie. Staruszki w „Arszenik i Stare Koronki” też były słodkie.
I co z tego wyszło…

 

Pamiętam, że pierwsze chwile z MPC upłynęły mi całkiem… miło. Cieszyłam się naiwnie, że oto Annick Goutal [wiem że Camille, ale chodzi mi o markę ogółem] stworzyła prawdziwie niszowy zapach, coś zupełnie dla siebie nietypowego i zaskakującego… Coś, co wstrząśnie przemysłem perfumeryjnym i przegoni ten marazm, w którym znalazły się ostatnio szyprowe klimaty.
Paczulowe, mocne otwarcie, apteczne i ostre, świdrujące, koniakowe i wciskające gałki oczne w czaszkę. Hell yeah! Paczula dla twardzieli, zmysłowa i drapieżna. Jest dobrze, jest świetnie!

A potem pojawił się on.

Nie, ty później.

Najpierw pojawił się mój wróg publiczny numer jeden, w najbardziej odjechanie morderczym, szpetnym i traumatycznym wydaniu.

Wytoczył się, dokładniej rzecz ujmując, z jakiejś obmierzłej piwnicy, zakurzony i oplątany pajęczynami, z nadgniłym ziemniakiem w kieszeni i zdechłym fiołkiem w butonierce. Chwiejnym acz nonszalanckim krokiem światowca po przejściach, międląc w gębie resztkę zdobycznego petka, na widok przerażonej paczuli wykonał kilka niedwuznacznych gestów, po czym rechocząc wtoczył się do najbliższej knajpy.

 

Powiedziałam coś, jeszcze nie teraz!

Irys.
Cóż, wiele można o nim powiedzieć, ale niewiele dobrego. Miał kiedyś potencjał, miał warunki, ale nie poradził sobie najwidoczniej z oczekiwaniami i presją społeczeństwa. Wielu to spotyka.
W MPC jest nieokrzesany, brudny i wypudrzony dla zachowania pozorów przyzwoitości. Śmierdzi kilkudniową „rozgrywką szachową”, w trakcie której w akcie desperacji osuszono nawet Mamrota i stadionową wariację na temat śliwowicy. I ta jego obsesja na punkcie lukrecjowych cukierków.

Tak, już możecie.


Nie wiem, co on w nich widzi. Fakt, maskują nieco mamrotowe wyziewy, ale na boga, od tych czarnych mordoklejów język staje kołkiem od samego patrzenia na zdjęcie! A on je wsuwa jak żuk biedronkę.

Stary, miej litość, popatrz na siebie i ogarnij się wreszcie. Jeszcze kilka miesięcy na tym żelkowym ciągu i w twoich żelkach żyłach popłynie czarna, anyżkowa krew. A wtedy to już grób/mogiła, zapomnij o ambitnych rolach; tylko pajęczyny i Mamrot ci pozostaną…

 

Nuty: indonezyjska paczula, śliwka, heliotrop, włoski irys, przyprawy
Data powstania: 2011
Twórca: Camille Goutal
Koncentracja: woda toaletowa

 

Zdjęcie razy dwa pochodzi ze strony www.lolcandy.com
Drugie zdjęcie – www.thesweetiestop.co.uk

Tags: , , ,

9 komentarzy to “Annick Goutal: Mon Parfum Cheri”

  1. Nat napisał(a):

    Brawo za recenzję. Brawo za tę obrzydliwą, słoną lukrecję. Wyjątkowo trafione porównanie. I wiesz co – gdyby ten zapach był anyżowy to pewnie bym jakoś zniosła, ale naprawdę jeb… jedzie lukrecją. I to taką w najgorszym wydaniu – traumogenne, szwedzkie, słone „cukierki” z lukrecji. Brrr… powiało złem.

    • nisha napisał(a):

      Od samego wąchania Mon Parfum Cheri czuję w żołądku mdlący, słony kwas.

      Mnie też przed oczami stają te słone żelki. Kupiłam raz w Ikei, spróbowałam i wyplułam dalej, niż szympans rzuca… aaa, nieważne. I ten zatęchły do granic zatęchłości irys. Brr.

      • Nat napisał(a):

        A propos „Arszeniku i starych koronek”, przypomniał mi się cytat:
        „Insanity runs in my family… It practically gallops.”

  2. pirath napisał(a):

    uwielbiam anyżek, lubię irysa i nie przepadam za paczulą w formie ortodoksyjnej, ale strasznie mnie zaintrygowałaś… czy irys może wypaść jak menel? a może to dlatego, że kimnął się na stercie zatęchłych paczulowych płyt paździerzowych, gdzieś na magazynie drzewnym w Casto?

    koronki i arszenik – genialne :)
    ściskam mocno pirath

    • nisha napisał(a):

      Paczula choćby najgorzej wychowana, sama z siebie nie jest w stanie osiągnąć aż tak strasznego stanu zatęchłości, nawet w najgłębszych kątach wilgotnej kartonowni, także… to ciągle wina menela. Irys to zuo. Pierwotne.

  3. Magda napisał(a):

    to może w ramach serii „ulubieńców” … love in black ? :)

    • nisha napisał(a):

      Love in Black, Pauline i Aurorę mogłabym opisać tak samo.
      Zostawiając puste miejsca na wpisanie wybranej nazwy.

      No coś bym zjechała chętnie, nie powiem. Może Musk Ubar? ;]

  4. Mysza napisał(a):

    Ależ świetna, cięta recenzja! Chyba powinnam tu częściej zaglądać.

Leave a Reply


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates