By Kilian: In The Garden of Good and Evil, część III

W mieście grzechu jest… znajomo.
Podobieństwo rzuciło mi się w nos od razu. Po chwili dopadło mnie drugie.

Róża, śliwka, kardamon… Jakieś skojarzenia?
Zamiast kardamonu dodajcie kadzidło – a teraz?

 

inoui

Ok, a teraz?

Nie?
Czyli jednak jestem freekiem.

Więc już tłumaczę. Zdjęcie pochodzi z szalonej reklamy kosmetyków INOUI Serge’a Lutensa, a In The City of Sin pachnie na mnie jak Feminite du Bois post mortem.
There. In your face.


Duch FdB
naciera od samego otwarcia, bez żadnej gry wstępnej, pytania „pieniądze albo życie” czy choćby subtelnego chrząknięcia. Po prostu jest i kropka.
Nasączone olejkami drewna, gęste i ciemne, polane owocowym sokiem i jasnym miodem wydają się być jadalne i przepysznie chrupkie – jak schłodzona czekolada. Trwam w niemym zachwycie, tym bardziej że śliwkowo-różane otwarcie ma w sobie również coś z boskiej Poison… Charakterystyczna zawiesistość obu duchów dość szybko jednak znika.
W sercu, In the City of Sin nabiera miękkości i świetlistości. Przepiękny kardamon, delikatne płatki róż, suche acz słodkie kadzidło… Nie da się ukryć, że na tym etapie dominuje kardamon, dzielnie trwając na szczycie mimo ciągłych ataków ze strony odzianego w lukrowy płaszczyk kadzidlanego dymku.

I tu podobieństwo do FdB ponownie daje się we znaki, jednak tym razem w sposób, za który dzieło Lutensa dawno już pożegnałam – robi się mdląco. I tak niestety zostaje, na wieki wieków, amen.
Jest mlecznie, cieleśnie, ciepło, mechato-morelowo. Brzmi całkiem nieźle, owszem, taka mleczność Etry zmieszana z Yvresse: jest retro-puder, jest błyszczący i soczysty miąższ owoców, są urocze drewienka… Ale wszystko to jest zbyt namacalne i natarczywe. Szczególnie puder z czasem zaczyna przyduszać, stając się irytującym, niemożliwym do usunięcia ze skóry upiorem z szafy. Przeperfumowanym futrem, zostawioną w szufladzie na miesiąc brzoskwinią, kiepskiej jakości wilgotnym pudrem do twarzy… Czy wyraziłam się dość jasno?

To świetnie.
Zatem w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku oraz w stanie lekkiej zieleni, opuszczam Miasto Grzechu.
Tęsknić nie będę.

 

Nuty:
głowy: bergamotka, różowy pieprz, gwatemalski kardamon
serca: brzoskwinia, śliwka, róża turecka, kadzidło
bazy: cedr atlaski, paczula, białe piżmo
Data powstania: 2012
Twórca: Calice Becker
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie znalazłam w serwisie www.tumblr.com

Tags: , , ,

6 komentarzy to “By Kilian: In The Garden of Good and Evil, część III”

  1. Nat napisał(a):

    „Post mortem” to akurat dla mnie najlepsza reklama :D

  2. escritora napisał(a):

    Czyli jednak muszę się zmobilizować do kolejnych testów :)

  3. nisha napisał(a):

    Przerażacie mnie ;]
    Ja chwilowo wymagam odpoczynku od Kiliana. Ewentualnie hojnego leczenia za pomocą Forbidden Games i Caligna – którą muszę zrecenzować, bo jest aaach <3

  4. Nat napisał(a):

    Eeee… forbidden games? Pasują Ci te owocki? Caligna owszem – you had me at ‚wood’. A femenite kocham mocno, więc nawet popłuczyny przejmę.

    • nisha napisał(a):

      Pasują, bo nie są jednoznaczne i infantylnie słodkie. Ale powiem Ci w sekrecie, że mam słabość do owocków; Anandę mogłabym pić codziennie rano na śniadanie; a Sweet Pea z B&BW to już w ogóle szał i uzależnienie. Durnieję z wiekiem ;)

      Caligna jest boska, tylko strasznie delikatna.
      A Feminite niestety na mnie nie leży… Na szczęście znalazłam swoją wersję – Ramyatę. Za którą muszę się wreszcie odwdzięczyć Daff <3

      • Nat napisał(a):

        No tak, u mnie owocki to pleśń i rozkład. Nawet jeśli wyjściowo są subtelne i nie są infantylne. Ramyaty nie znam. Sweet Pea też nie :(

Leave a Reply


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates