Carner Barcelona: Palo Santo

palo santo

Wąchając i nosząc Palo Santo mam wizję perfumowego zakalca. Jakby ktoś chciał zgodnie ze sprawdzonym przepisem i sztuką kulinarną upiec apetycznego gwajakowca, ale albo mu ręka przy dodawaniu składników zadrżała albo przespał dodawanie drożdży… Nie wiem, nie znam się.
W każdym razie nie wyszedł micallefowy Gaiac, tylko gaiacowy zakalec. Słodki i ciężki, gęsty i lepiący się do skóry. Zbyt rozleniwiony i nażarty cukrem, żeby się z niej choćby na centymetr unieść.

Nie twierdzę, że to zły zapach. Jeśli ktoś szuka drzewno-ciastowego i słodkiego jak mój uśmiech na widok króliczków, otulacza na zimę; o kolosalnej trwałości i ciekawym dymnym [ale ledwo zauważalnym i całkowicie nieniszowym] podbiciu, powinien się w Palo Santo zakochać.
Ja chyba po prostu spodziewałam się czegoś z większymi jajami. Ostatnie zapachy Carner Barcelona są słodkie do [pardon my french] porzygu, i o ile Rimę i El Born jeszcze jakoś przetrawiłam, to przy Palo Santo w końcu się buntuję. Gwajakowiec jest na tyle rzadkim głównym bohaterem perfum, że aż kusi żeby pokazać jego chimeryczną, dymną naturę…
Może kiedyś się doczekam. Albo sama zrobię ;)


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates