Archive for the ‘Annick Goutal’ Category

Annick Goutal: Nuit Étoilée

poniedziałek, Maj 14th, 2012

Wyczekiwałam, powąchałam, wzruszyłam ramionami. Zauważam, że to u mnie coraz powszechniejsza praktyka ;]
Tu wyjątkowo wróciłam, ze względu na jeden zgrzyt. A nawet zgrzyt niejeden.

 

Jest źle od samego otwarcia – niby typowe i klasyczne, jak sztuka perfumeryjna przykazuje, a więc hello, cytrusy, ale jakby tak… nie tylko cytrusy? Wąchając Nuit Étoilée mam dziwne wrażenie, że coś jest nie w porządku, chociaż wszystko pozornie wygląda pięknie i właściwie…

Jak w horrorach!
Wystarczy więc, że nie będę oglądać się za siebie i powinnam przeżyć.

 

Tymczasem nocą.


Gdzieś pod stertą kwaśnych cytryn, rześkiej werbeny [takie moje artystyczne założenie] i gorzkiej bergamotki [patrz wcześniejszy nawias] coś się psuje. Dosłownie. Kisi się. Kwaśnieje ciut za bardzo. Robaczywieje. Ta goryczka nie jest normalna, jest w niej coś fizjologicznego i niekoniecznie przyjemnego [podróżni bywający często na Dworcu Centralnym wiedzą zapewne, co mam na myśli]. Tak, właśnie „tak” fizjologicznego. Mięta nie poprawia sytuacji, wręcz ją pogarsza, dodając nutkę nachalnego odświeżacza, w myśl teorii „nieważne, co jadłem i piłem, po miętówce na pewno nikt nic nie zauważy”.

A potem następuje najgorsze – jodła syberyjska.

 

Jeżeli nie mieliście okazji wąchać esencji z gat. Abies sibirica, jesteście ludźmi szczęśliwymi. Jakże byłam naiwna, rzucając się na buteleczkę tego olejku i jakież było moje zdziwienie, kiedy sygnał od nosa dotarł w końcu do mózgu…
Jak pachnie? Hm. Wyobraźcie sobie solidnej postury robotnika w swoim klasycznym ubiorze na każdą okazję: podkoszulku, po całym dniu pracy w pełnym słońcu. Wyekstrahujcie z tej wizji podkoszulek. Nie, to jeszcze nie koniec. Podkoszulek rzućcie na fotel przed telewizorem, a następnie połóżcie na nim psa, po całym dniu zabawy w pełnym słońcu. Tak, sądzę, że już wystarczy. Jodła syberyjska w czystej formie pachnie jak przepocona, zmiętolona i zleżała [pod psem] koszulka. Sorry, naprawdę chciałabym żeby było inaczej, ale limit cudów na to stulecie wyczerpałam, zdając egzamin na prawo jazdy.

Mamy więc w efekcie końcowym nadpsute cytryny [chociaż jakby na to popatrzeć z drugiej strony, może to już limonki?] i fazę traumatycznego podkoszulka. Na szczęście jak wspominałam, gorzej już nie jest – nawet się nieznacznie poprawia. Upiorne nutki bledną, zostawiając całkiem przyjemny piernikowo-mleczny akord.
Coś jak mocno rozwodnione Le Feu albo połowa Etry. Miło, ale niewystarczająco miło żeby zatrzeć wcześniejsze wizje ;]

Strasznie niecierpliwie czekałam na ten zapach, a tu taka wtopa. Może na kimś innym będzie ładnie się układać… Ja niestety do iglaków szczęścia nie mam.

 

Nuty: cytryna, słodka pomarańcza, mięta pieprzowa, jodła syberyjska, absolut z nasion dzięgla
Data powstania: 2012
Twórca: Isabelle Doyen i Camille Goutal
Koncentracja: woda toaletowa

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.alzd.de

Annick Goutal: Mon Parfum Cheri

środa, Maj 2nd, 2012

Oto nadciąga zło pierwotne; zło tak okrutne i mroczne, że nawet najtwardsze i najodważniejsze jednostki uciekają w popłochu.
I niech was nie zwiedzie ta słodka kokardka na flakonie. Staruszki w „Arszenik i Stare Koronki” też były słodkie.
I co z tego wyszło…

 

Pamiętam, że pierwsze chwile z MPC upłynęły mi całkiem… miło. Cieszyłam się naiwnie, że oto Annick Goutal [wiem że Camille, ale chodzi mi o markę ogółem] stworzyła prawdziwie niszowy zapach, coś zupełnie dla siebie nietypowego i zaskakującego… Coś, co wstrząśnie przemysłem perfumeryjnym i przegoni ten marazm, w którym znalazły się ostatnio szyprowe klimaty.
Paczulowe, mocne otwarcie, apteczne i ostre, świdrujące, koniakowe i wciskające gałki oczne w czaszkę. Hell yeah! Paczula dla twardzieli, zmysłowa i drapieżna. Jest dobrze, jest świetnie!

A potem pojawił się on.

Nie, ty później.

Najpierw pojawił się mój wróg publiczny numer jeden, w najbardziej odjechanie morderczym, szpetnym i traumatycznym wydaniu.

Wytoczył się, dokładniej rzecz ujmując, z jakiejś obmierzłej piwnicy, zakurzony i oplątany pajęczynami, z nadgniłym ziemniakiem w kieszeni i zdechłym fiołkiem w butonierce. Chwiejnym acz nonszalanckim krokiem światowca po przejściach, międląc w gębie resztkę zdobycznego petka, na widok przerażonej paczuli wykonał kilka niedwuznacznych gestów, po czym rechocząc wtoczył się do najbliższej knajpy.

 

Powiedziałam coś, jeszcze nie teraz!

Irys.
Cóż, wiele można o nim powiedzieć, ale niewiele dobrego. Miał kiedyś potencjał, miał warunki, ale nie poradził sobie najwidoczniej z oczekiwaniami i presją społeczeństwa. Wielu to spotyka.
W MPC jest nieokrzesany, brudny i wypudrzony dla zachowania pozorów przyzwoitości. Śmierdzi kilkudniową „rozgrywką szachową”, w trakcie której w akcie desperacji osuszono nawet Mamrota i stadionową wariację na temat śliwowicy. I ta jego obsesja na punkcie lukrecjowych cukierków.

Tak, już możecie.


Nie wiem, co on w nich widzi. Fakt, maskują nieco mamrotowe wyziewy, ale na boga, od tych czarnych mordoklejów język staje kołkiem od samego patrzenia na zdjęcie! A on je wsuwa jak żuk biedronkę.

Stary, miej litość, popatrz na siebie i ogarnij się wreszcie. Jeszcze kilka miesięcy na tym żelkowym ciągu i w twoich żelkach żyłach popłynie czarna, anyżkowa krew. A wtedy to już grób/mogiła, zapomnij o ambitnych rolach; tylko pajęczyny i Mamrot ci pozostaną…

 

Nuty: indonezyjska paczula, śliwka, heliotrop, włoski irys, przyprawy
Data powstania: 2011
Twórca: Camille Goutal
Koncentracja: woda toaletowa

 

Zdjęcie razy dwa pochodzi ze strony www.lolcandy.com
Drugie zdjęcie – www.thesweetiestop.co.uk


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates