Archive for the ‘Comme des Garçons’ Category

Comme des Garçons Play Series: Black

wtorek, Październik 23rd, 2012

Jeśli chodzi o testowanie nowości, jestem fatalna. F A T A L N A. Nie mylić z femme fatale. Choć to może również…

W pudełku z próbkami nic się nie zmienia, wszystko jak leżało kilka miesięcy temu – tak leży i teraz, czasem może tylko coś przybędzie. I nawet nie dlatego, że nie mam czasu, po prostu jakoś nie potrafię się za te próbki zabrać. Podobny problem mam z filmami – muszę mieć odpowiedni nastrój, żeby zdecydować się na obejrzenie czegoś nowego, inaczej kończy się na zdzieraniu po raz setny płyty Sleepy Hollow albo szóstej części Pottera. Mamonioza straszna!
I tak jest zawsze, że siedzę nad tym pudłem z próbkami, grzebię i „nie, to nie dzisiaj”, „a może coś innego”, „nie, to wymaga cierpliwości”, „tego mogę nie przeżyć”, „to mi się chyba nie spodoba”. Ooo właśnie – chyba za bardzo boję się zawodu, że coś na co się nakręcałam okaże się porażką stulecia.
Efekt jest taki, że albo ktoś mnie postawi przed faktem dokonanym i wsadzi zapach prosto w nos, albo odwalam takie kilkumiesięczne podchody bez żadnych efektów.

Ale dość tego wstępu.

 

Dzisiaj postanowiłam być bardzo dzielna. Wzięłam się i próbkę w garść i chlapnęłam na skórę wyczekiwany Play: Black, który… o bogowie. Mogłam zostać w łóżku otoczona zużytymi chusteczkami i zbierać kłujo-kulki w Monster World, albowiem ponieważ…


… Black jest wstrętny. Jak mało co na tym pachnącym świecie.

Miało być tak pięknie! Tak commedesgarconowo, z ich suchą pieprznością, dosłownością bel drewna, genialnymi kadzidłami, ludzie co się stało? Gdzie to jest i dlaczego nie na mojej skórze?

Ale po kolei, udając że wcale nie mam torsji i nie czuję się, jakby ktoś mnie walił kijem w żołądek.


Popatrz na mnie, siedzę na wdechu.

Jest niedobrze od samego początku i choć oczywiście początek o niczym nie świadczy, to jest pewne stężenie „niedobrości”, przy którym wiadomo, że lepiej już nie będzie. Po pierwsze, mamy tu klasyczny efekt yuzu. Może to lekko sfermentowana herbata, wetiwer, który usycha z tęsknoty za fiordami albo zbyt długo stojący w wazonie fiołek… Dość, że coś gnije.
Hm, śliska sprawa.

Po drugie, ktoś w tej kompozycji popełnił podstawowy błąd kawalera, czyli zamiast towarzystwo sprzątnąć i wywalić, to ten wyziew zapach zamaskował innym zapachem. Pieprzu. Niestety, znowu wtopa, bo choć w składzie widnieje pieprz czarny i czerwony, ja czuję jedynie jakieś zwietrzałe okruszki, których nie dałoby się nazwać pieprzem, nawet gdybym przepuściła przez nie 4 tysiące woltów.
Przekichane.

Roniąc łzy nad własnym masochizmem, bo wąchanie tego czarnego straszydła tylko masochizmem nazwać można, usiłuję wydobyć z tego zapachu coś… cokolwiek… godnego ciepłego słowa? Może chociaż dziegieć się pojawi? No to czekam.
Godzinę.
Drugą.
Koło trzeciej, zielona i obolała, kapituluję.

Ten zapach bezwarunkowo nie żyje.

Wszystko w nim pływa jak w kiszonce, zielenieje w sposób bardzo niezdrowy i jest galaretowato-zatęchłe. Nie wierzę, że z tak boskich składników można było zrobić taką marność. Wroga bym tym nie wysmarowała, a wierzcie że jestem z natury bardzo pamiętliwa i mściwa…
Koniec, kurtyna. Pora spuścić na tę nędzę zasłonę milczenia i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku obciąć umyć rękę.

 

Nuty: czarny pieprz, czerwony pieprz, pepperwood, fiołek, tymianek, czarna herbata, dziegieć, kadzidło, mech drzewny
Data powstania: 2012
Twórca: Antoine Maisondieu
Koncentracja: woda toaletowa

 

Zdjęcie pochodzi ze strony 10magazine.com
A kilka cytatów… wiadomo skąd ;]


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates