Archive for the ‘L’Artisan Parfumeur’ Category

L’Artisan Parfumeur: Aedes de Venustas

czwartek, Marzec 6th, 2014

Załóżmy roboczo, że [podobnie jak Muminki] Nisha zapadła w sen zimowy i obudziła się dopiero wiosną…

willy wonka

… żeby od razu popaść w egzystencjonalne zwątpienie, spowodowane rosnącą zawartością perfumowej kolekcji [co nie uwalnia wbrew pozorom od codziennych dylematów pt. „nie mam czym pachnieeeeć”] i również rosnącym poziomem absurdu na świecie. Ale nie o tym miałam.

Wróćmy do szafy.

narnia

Perfumowej szafy!

.
.

Jak pewnie zauważyliście, miewam różne zapachowe ześwirowania. Lista chciejstw zmienia się jak w kalejdoskopie, choć przeważnie, jak przystało na nosicielkę wirusu mamoniozy, są to rzeczy które już znam i lubię. I oczywiście – mam.
Ale na tej liście są też pozycje od wielu lat niezmienne, w wielu przypadkach nie-do-zdobycia albo zwyczajnie poza moim finansowym zasięgiem. Jednym z takich zapachów był, jak sądziłam, Aedes de Venustas – limitowany l’artisanowy kadzidlak, stworzony dla tytułowego butiku. Naczytałam się o nim, ooo, ileż się naczytałam i ileż to razy brodę ocierałam, bo mi pociekło. Potem w końcu AdV poznałam i oczywiście było jeszcze gorzej.

A teraz, od dwóch dni, mam własny flakon.

Choć w ręce moje wpadł we wtorek koło południa [Escritoro, będę Ci wdzięczna do śmierci!], dopiero przed chwilą zebrałam się na odwagę porwania folii i wyjęcia mojego skarbu z pudełka.

wonka2

Yup.

 

Przypomnijcie sobie wszystko, co przeczytaliście o Aedes de Venustas i dodajcie do tego „Nisha czuje, że”. Ten zapach jest bardzo prosty w odbiorze; nuty są wyraziste i tak zgrabnie wykaligrafowane, że każdy je rozpozna i odczyta bez problemu. Tu nie ma miejsca na teoretyzowanie i kombinowanie.

Dużo pomarańczy, delikatne kyotowe kadzidło, przestrzeń. Słodycz [męskiego] Jubilation XXV, pieprzność Cristal de Roche, soczystość Seville a l’Aube. Otwarcie może nieco odrzucić lub zmigrenić [lub zastosować atak podwójny], ze względu na dość intensywne i gryzące połączenie mdlącego opoponaksu i słodkiego kardamonu. Na szczęście szybko łagodnieje, przechodząc w uroczy, „noszalny” i wygodny dymek. Dymek z pomarańczowym soczkiem i ciepłą, przytulną słodyczą gładkich lśniących żywic.

AdV jest łagodny i przyjemny. Nieprzekombinowany.
Kadzidlany, ale nie gryzący tak, że aż oczy łzawią.
Słodki, ale nie oblepiający gęstymi sokami albo morderczymi kwiatami.
Ciepły, jak tlące się żywice.
Leniwy.

 

Trochę jestem zaskoczona, że wcześniej nie zauważyłam podobieństwa do Jubilation XXV, skupiona na skojarzeniu z Kyoto. Tymczasem na skórze to połączenie obu powyższych kadzideł [które nawiasem mówiąc, jak przystało na nosicielkę wirusu mamoniozy, oczywiście że już mam -.-].

Nie zmienia to faktu, że jestem przeszczęśliwa. Marzyłam o własnym flakonie AdV, pięknym, fioletowo-dymnym i matowym, z apetycznie kadzidlaną zawartością… Marzenia się czasem spełniają! Czego i Wam życzę :)

 

aedes de venustas

Nuty:
głowy: pomarańcza, różowy pieprz, kardamon, kadzidło
serca: pieprz, róża, irys, cedr
bazy: paczula, kawa, opoponaks, benzoes [kocham benzoes!], mech dębowy
Data powstania: 2008
Twórca: Bertrand Duchaufour
Koncentracja: woda perfumowana

.

Gify z odmętów internetu, a piękne zdjęcie flakonu – z Fragrantiki.

L’Artisan Parfumeur: Caligna

czwartek, Kwiecień 11th, 2013

Chodzę koło niej od kilku tygodni. Noszę, a raczej ponosiwuję [pardon, przedawkowałam kabaret Hrabi], ciągle planuję opisać i ciągle z tych planów nic nie wychodzi. Może przez jej delikatną naturę czy przyjemną ładność, która choć ładna jest i przyjemna, to mimo wszystko dość trudna do opisania? :)

Caligna… To ten typ zapachu, w którym siedzi się wygodnie na kanapie, z kopytami wyciągniętymi przed sobą i z myślą w głowie „cholera, jakie ja mam zajebiste hobby”. Zapach, który chce się nosić aż do śmierci dna we flakonie. Który niczym nie szokuje, po prostu jest wygodny od początku do końca i nie potrzebuje żadnych fajerwerków, krzyków i ekscesów, żeby zwrócić na siebie uwagę. Jest skromny i leniwy, słoneczny i ciepły, gładki, spójny, idealny… I nie mogę się doczekać, aż napiszę że „jest” w moim perfumowym zbiorze.

 clary sage

 

Początek soczyście – wręcz gorzko – cytrusowy [stawiam na werbenę, od niej zawsze ślinka mi cieknie] i intensywnie zielony. To zieleń mięsista, świeża i pełna słońca: dużo rozgniecionych liści, może figi, może porzeczki… Efekt – genialny. I bardzo apetyczny. I bardzo ulotny.
Soczystość i mięsistość dość szybko w tym pełnym słońcu niknie i choć nutka cytrusów ciągle jest gdzieś w tle wyczuwalna, to całe serce należy do wyczekiwanej gwiazdy wieczoru: szałwii.

Pisałam już, że szałwię kocham i wielbię? Daje w perfumach charakterystyczną nutkę ziołowego suszu vel sianka – łatwo ją wychwycić m.in. w Ambar del Pozo, Mandragore Annick Goutal czy mojej starej miłości, Kenzo pour Homme. Z początku lekko wodnista i yuzowa [niestety], szybko [na szczęście] się ociepla i nabiera tych cudownie słodkich, kruchych nut typowych dla suszonych ziół. Działa na mnie jak kocimiętka na futrzaki. No, może wyłączając głośne miauczenie.

 

A więc szałwia. W towarzystwie bardzo bladej, już zleżałej i wysłodzonej lawendy i coraz bardziej apetycznego, złocistego kwasku, który kojarzy mi się z dojrzałymi, mięsistymi [tak, kwiecień sponsoruje literka M jak mięsisty] owocami. Nuty sugerują co prawda skład zupełnie inny, ale kto by tam wieeerzył ;] Że marmolada jaśminowa? Marmolada byłaby słodsza i cięższa, a tu siedzi kwasek o konsystencji piórka zaledwie, subtelne białe lśnienie, pyłek kwiatowy w spokojnym morzu szałwii. Taką marmoladę to szałwia zjada na śniadanie.

Dalej w zasadzie nie mam już co pisać, bo widzę że jestem o krok od niebiańskiej ekstazy i pompatycznego pitolenia, czego chyba nikt by nie przeżył. Poza tym po raz kolejny skóra postanowiła się na mnie wypiąć i zatrzymuje Calignę na nutach serca. Dosłownie, szałwia+kwasek+marmoladowe tchnienie anielskie i tyle.
Ok, czasowy wzrost stężenia kwasku na upartego, aczkolwiek niechętnie, mogę wytłumaczyć odrobiną jodły czy innego iglaka [z naciskiem na innego iglaka, bo ciągle mam traumę po syberyjskim podkoszulku]. Poza tym: szałwia, szałwia, szałwia.

Napisałabym „do znudzenia”, ale to niemożliwe. Szałwii nie da się przedawkować.

 

Nuty:
głowy: figa
serca: szałwia muszkatołowa, marmolada jaśminowa
bazy: mastyks, szpilki sosnowe, mech
Data powstania: 2013
Twórca: Dora Baghriche-Arnaud
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.flowerspictures.org

L’Artisan Parfumeur: Séville à L’Aube

niedziela, Listopad 4th, 2012

Długo na ten zapach czekałam… może nawet zbyt długo? Odkąd przeczytałam o nim pierwsze wzmianki do momentu, kiedy wreszcie powąchałam i zdobyłam próbkę, minęło kilka dobrych miesięcy. Zdążyłam w ciągu nich zapomnieć, że czekam, ponownie się zapalić, wiedząc że zbliża się do granic Polski i ostudzić po ostatniej bombie, jaka wybuchła z panem D. w roli głównej (odsyłam do wpisu Sabb). Ale, to już przemilczę.

Bo oto wreszcie…

 

Ha! Wachlarze. Wiedzieli, jak mnie podejść!
Śrubkowaty korek, prosty, typowy dla marki flakon, mały zgrzyt przez dopisek „edition limitée”, o czym by tu jeszcze napisać, odwlekając jak się da przejście do opisu zapachu?… ;]

 

Po pierwszym teście byłam na absolutne nie. W sumie po drugim i trzecim również.
Kwiat pomarańczy [mam uraz po Kurkdjianie, a przede wszystkim po Beyond Love Kiliana, który to rozlał mi się w kosmetyczce, przez co pędzel, mimo nawet kilkukrotnego prania i codziennego użytku twarzowego, CIĄGLE PACHNIE KWIATEM POMARAŃCZY] trzymający za gardło kremowo-białe kwiatki jaśminu. A kadzidło? Wosk pszczeli? Umiar?
Ale byłam uparta. Każde poznane l’artisanowe dzieło Duchaufoura – każde! – mnie zachwyciło, dziewięć zachwytów zakończyło się flakonem, więc do diabła, tym razem nie może być inaczej. Wdech, wydech, pora się wgryźć.

 

Prawda jest taka, że z kwiatem pomarańczy niewiele da się zrobić. Jeśli już jest, to morduje lub przynajmniej terroryzuje wszystkie inne składniki, dominuje, rozstawia po kątach, nie zejdzie z tronu nawet za potrzebą, no po prostu nic go nie rusza ani nie wzrusza. Także w Séville à L’Aube nie daje o sobie zapomnieć, ale… ma konkurencję. Jaśmin też ciężko nazwać składnikiem subtelnym i towarzyskim – zachowuje się podobnie do kwiatu pomarańczy, choć może nie aż tak ostentacyjnie… Więc owszem, kwiat pomarańczy trzyma za gardło jaśmin, ale cóż to za zwycięstwo, jeśli przeciwnik trzyma przy twoich el grande cojones całkiem porządnej wielkości nóż? Impas.

Coś mnie drapie w gardle, ale boję się odchrząknąć, bo jeszcze zwrócę ich uwagę. Wyglądają dość groteskowo – jednemu od tego duszenia bieleją knykcie, drugiemu ręka zaczyna niebezpiecznie drżeć… Na szczęście do niczego nie dochodzi i – po chwili trwającej wieczność – nasi bohaterowie pierwszoplanowi rozchodzą się w znaczącym milczeniu, leczyć urażone dumy i szukać rękawiczek do chlaśnięcia się po gębach w celu wyzwania na kolejny groteskowy pojedynek.

I wtedy zauważam drzewko mandarynkowe. Nie żeby nagle pojawiło się w obłoku magicznego dymu – cały czas tam stało, skromne i urocze, zasłonięte przez tych dwóch pieniaczy, uginając się pod ciężarem własnych owoców.
O tak, serce Séville à L’Aube należy do soczystych, słonecznych i słodkich mandarynek. To niesamowite, że kwiaty prawie całkowicie znikają, gdzieś w tle zostaje może delikatna zielona smużka jaśminu, ale to cytrus gra teraz pierwszą rolę. Znacznie ciekawszą, bardziej wielowymiarową i „prawdziwą” niż w l’artisanowej Mandarine. Brawa również dla subtelnej lawendy, która potęguje wytrawną, niedojrzałą zieloność jaśminu i sprawia, że drzewko mandarynkowe daje taki przyjemny cień.
Okolica skąpana jest w promieniach słońca, wokół panuje cisza, którą przerywa jedynie szum traw i cykanie świerszczy, czuję się jakbym znowu była w moim greckim raju, tym razem bez ciążącego jak chmura gradowa terminu wylotu… *Zzzz*.

Budzę się o zachodzie słońca. Ciągle jest przyjemnie ciepło, trawy nabrały złocistej barwy, moja skóra pachnie słońcem, a mandarynki są wprost przepyszne. Moszczę się w trawie czekając na coś nowego, na godne zwieńczenie dnia: powiew dymu z okolicznych domów, smużkę kadzidła z drewnianego kościółka, no może chociaż na jedną miodną pszczołę?
Niestety. Z zapowiadanych hucznie żywicznych składników, w bazie mamy tylko trochę śmietankowego,  magnolio-benzoesowego puchu, nic więcej. Zapach dość szybko niknie, trzy godziny i po mandarynkowo-kremowym akordzie nie ma ani śladu, co dziwi mnie niezmiennie od tygodnia – przecież to woda perfumowana! Nawet toaletowe trzymają się na mnie cały dzień, a tu taka skucha!

 

I nie wiem, co o nim myśleć. Nie potrafię się określić.
Z jednej strony to klasyczne rozczarowanie, bo SaLA pachnie kompletnie inaczej niż go sobie wyobrażałam: połowa nut jest tylko „na papierze”, a druga połowa na skórze odstawia jakieś cyrki. Z drugiej strony – to jest naprawdę niezły zapach, bardzo słoneczny i śródziemnomorski [uprzedzając pytania, wiem gdzie leży Sewilla], typowo cytrusowo-zielony, z upajającą kremowo-biało-płatkową bazą…
Póki jest. Bo znika naprawdę szybko.

 

Nuty:
głowy: pieprz, liście drzewa cytrynowego, petitgrain
serca: kwiat pomarańczy, jaśmin, magnolia, lawenda
bazy: wosk pszczeli, benzoes, olibanum
Data powstania: 2012
Twórca: Bertrand Duchaufour
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony achat-dijon.com


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates