Archive for the ‘M. Micallef’ Category

M. Micallef: Mon Parfum Cristal

czwartek, Listopad 7th, 2013

Jestem :)
Nie żebym przez ten miesiąc próżnowała. Zaliczyłam kilka migren, dwa stany okołokatarowe i jedną utratę motywacji, której jak widać na szczęście nie jestem w stanie się do końca pozbyć. Uszczupliłam kolekcję flakonów, potem ją znowu przytyłam, a potem się zakochałam.
Strasznie bardzo i nienishowo.

Ale, jak by to wyjaśnić…

Osoby które mnie znają, wiedzą że daleko mi do hmm „typowej” kobiety. Owszem, jestem sroką [szczególnie jeśli chodzi o biżuterię w czaszki] i piszczę na widok słodkich zwierzątek [do których zaliczam przede wszystkim szczury], ale jednocześnie noszę wiecznie czymś uwalone Martensy, klnę jak szewc i chyba nigdy nie nauczę się śmiać bez absurdalnego pochrząkiwania jak świnka morska. Wiem, brzmi bardzo zachęcająco. Eteryczności i kobiecej subtelności raczej próżno u mnie szukać.
Z perfumami podobnie: ma być drzewnie, kadzidlanie, czasem morderczo kwiatowo lub słodko, ale dla przeciętnego śmiertelnika prawie nigdy normalnie albo standardowo. Ani ładnie. Niee, to nie wchodzi w ogóle w grę ;]

wednesday

.
Kiedy więc Nisha, istota wiecznie walcząca ze spódnicami i wszystkim co ładne, przeczytała o jakże ładnym, „przepełnionym zmysłowością” Mon Parfum Cristal, uśmiechnęła się, jak zwykle uśmiecha się do spotkanych w komunikacji miejskiej świrów, i nawet nie tknęła flakonu. Flakonu, dodam dla zwiększenia efektu, upstrzonego kryształkami i z błyszczącym korkiem z różowego złota. No. Just no.

W końcu jednak poczucie obowiązku „znania” wygrało i Mon Parfum Cristal w ilości jednego niechętnie zaaplikowanego psiknięcia trafił na skórę… 3… 2… 1… I z dzikim amokiem w oczach oblałam się jeszcze sześcioma psikami. Gdyby nie fakt, że ludzie patrzyli, pewnie utłukłabym temu flakonu główkę jak żul butelce wina w parku i wylała na siebie całe 100ml.

Prosto w serce, Martine!

 

Nie przepadam za klasykiem, Mon Parfum. Jest zbyt zimny, wymagający. Ma w sobie chłodną, wykalkulowaną elegancję, która powoduje u mnie podobny dyskomfort i drganie oka, co garsonki, bereciki i beżowe buty na obcasie. Tak, jest ładny, ale może właśnie tutaj tkwi mój problem z tym zapachem? Ładny. Poprawny. Typowy.
Ale mniejsza z tym.

Po wersji Cristal spodziewałam się czegoś bardzo podobnego. No bo ileż to razy marki wypuszczały na rynek flankery, przez które miałam ochotę usiąść w kącie i zapłakać, zastanawiając się za jakie grzechy spotykają mnie takie rozczarowania? Ileż to razy czytałam o nowych, wspaniałych wersjach, wzbogaconych i udoskonalonych, które pachniały po prostu… marnie? Otóż więcej, niż bym sobie tego życzyła. Odgrzewane kotlety rzadko kiedy dobrze smakują, odświeżanie perfum i kolejne wariacje nt. klasyków również.
Na szczęście zdarzają się też wyjątki: perfumowany Idole de Lubin jest jeszcze lepszy niż jego toaletowy pierwowzór, kolejnym odsłonom klasyków Muglera też ciężko coś zarzucić. Więc można? Można.

Tu też można było. Cristal nie ma nic ze swojego poważnego i sztywnego protoplasty.
Jest ciepły. Miękki. Kobiecy w ten nienarzucający się, naturalnie zmysłowy sposób, bez zbędnej pretensjonalności i wyszukanych poz. Od razu otula waniliowymi kwiatami i kwiatową wanilią. Cynamon z toffi tworzy bardzo apetyczną mieszankę, całkowicie bezpieczną i ugładzoną, bez nawet cienia zwierzęcości. Przepyszność potęguje domowa nuta jabłek w bursztynowym karmelu i klasyczne ujęcie róży: głębokiej, aksamitnej, powiedziałabym – pudrowej i zielonej – ale to tylko dwie jej fasetki. Pięknie oszlifowana róża ma ich tutaj znacznie więcej. Jest miodowa, syropowa, owocowa, wilgotna i mięsista. Słodka i kwaskowa. Skrajna, a jednocześnie spójna.

Ale najwspanialsze jest to, jak w tym zapachu się czuję.
Jest mi niezwykle wygodnie, czego nie spodziewałabym się po tak klasycznie „kobiecych” i naprawdę zmysłowych perfumach. Ba, czuję jakbym nagle była w stanie chodzić w najwyższych obcasach i najbardziej plączącej się pod nogami sukience. Mogę założyć kolię z diamentami. Mogę być śliczna i eteryczna. Mogę być nawet miła dla ludzi!

Marilyn-Monroe

Ok, to ostatnie jeszcze przemyślę.

Mimo wszystko Mon Parfum Cristal naprawdę jest niezwykły. Nie jest oczywiście pierwszym zapachem, który coś we mnie budzi i do czegoś inspiruje [bo to u mnie podstawowe kryterium zakochiwania się, kupowania i używania], ale jako pierwszy poruszył tę część, której istnienia nie do końca się w sobie spodziewałam ;]

Jest apetyczny, ale nie dosłownie jadalny. Kobiecy i zmysłowy, ale jednocześnie… wyluzowany. Naturalny.
Nie chrząka z zażenowaniem, kiedy jesz sernik wsiorbywując galaretkę bez łyżeczki, tylko robi to samo co ty, nie tracąc przy tym ani grama swojej gracji.

I w sumie to różowe złoto też wygląda ślicznie.
Nie obraziłabym się, gdyby błyskało do mnie z mojej prywatnej szafki z flakonami. Jestem pewna, że będzie tam idealnie pasować.

.

Nuty:
głowy: cynamon, różowy pieprz
serca: bułgarska róża, wanilia z Madagaskaru
bazy: toffi, ambra, piżmo
Data powstania: 2013
Twórca: Geoffrey Nejman i Jean-Claude Astier
Koncentracja: woda perfumowana

.

Gif pierwszy: rebloggy.com
Gif drugi: www.fanpop.com

M.Micallef: Vanille Orient

środa, Kwiecień 25th, 2012

Jestem [czy raczej – byłam] w trakcie wyjątkowo zjadliwej recenzji, kiedy pojawiło się coś, co zwaliło mnie z nóg.
Wizualizując, szłam jak taran, z czerwoną mgłą na oczach i pianą toczoną z pyska, aż nagle na drodze stanął mi mały, biały, puchaty króliczek z maślanymi oczkami, który tylko dzięki cudowi boskiemu nie zaliczył kopa w swój biały, puchaty króliczy tyłek. Rzuciłam maczugę, podrapałam słodziaka za uchem.

I tak poznałam Vanille Orient.

 


Uroczo, nieprawdaż? ;]

Vanille Orient należy do nowej [i limitowanej niestety] serii M.Micallef, która nie wiedzieć czemu została zaplanowana na sezon wiosenno-letni. Raczej kiepski wybór dla wanilii, ale może wzorem domów mody, które pokazują kostiumy kąpielowe w środku odkruszającej nosy zimy, postanowili wejść z sezonowym wyprzedzeniem?
Cóż, nie wiem, nie znam się, po Politechnice jestem.

 

Wracając do puchatego króliczka.

Rozpoczyna się mocno owaniliowaną paczulą. Jeżeli ktoś kojarzy Mysterieuse? Vanille Patchouli z sephorowej linii sprzed kilku lat, to tak – ten właśnie akord otwiera Vanille Orient. Paczula ta wcale nie jest ugładzona i nijaka, o nie, ma w sobie sporo ziemi, chropowatego kakaowca i owocowo-winne podbicie. Jest intrygująca i bardzo, hm, gourmand. A potem przeżywam szok i wzruszam się jak na Upiorze w Operze.

 

Glorio, czy to Ty?

Bo kiedy paczula wymości się już w czekoladowo-waniliowym puszku, do głosu dochodzą akordy tak charakterystyczne i wytęsknione, że w zasadzie gdyby nie iście studencki obecnie stan mojego konta, kupiłabym litr zapasu Vanille Orient i to natychmiast. Gloria! Ukochana i wycofana Gloria Cacharel, z wszystkimi swoimi bajecznymi akordami i idealnie zmieszanymi sprzecznościami. To właśnie kłębi się w sercu Vanille Orient.
Kremowa, balsamiczna i niebiańska ambra, dopieszczona słodkimi orzechami; przełamująca tę ekstremalną słodycz kwaskowa nuta suszonych owoców [bardzo koniakowych], rozgrzewające przyprawy [kardamon i trochę szafranu] i ta niebywała delikatnie zielona leśność, która sprawia że mimo zabójczego stężenia słodu, kompozycja pozostaje lekka i świetlista.
Ma zachwycającą trwałość i zdolność do wtapiania się w skórę, jakby ta była dla V.O. wprost stworzona.

C U D O.

Mam nadzieję, że Micallefowie podejmą słuszną decyzję i pozostawią chociaż tę jedną, orientalną wanilię na stałe w ofercie. Będę pierwsza do podpisania się pod taką petycją. Krwią nawet ;]

Gloria odzyskana!

 

Nuty:
głowy: wanilia
serca: drzewo sandałowe, kwiat wanilii
bazy: piżmo, ambra
Data powstania: 2012
Twórca: Geoffrey Nejman
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi z portalu www.fragrantica.com


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates