Archive for the ‘^ okołoperfumowo’ Category

o żywicach nieco inaczej

sobota, Wrzesień 21st, 2013

Powrócona na ojczyzny łono, strzaskana na heban jak nigdy i sił pełna (NOT!)… już tęsknię za słonecznym Korfu. Niestety codzienność wzywa. Planowałam zacząć od nowości L’Artisana, niestety w połowie dnia do mojej czaszki zapukała taka migrena, że aktualnie jedyne co mam ochotę planować, to z której strony zacząć odrąbywać sobie głowę. Witaj, o szara rzeczywistości! Witaj, migreno!

go away

Nie działa. To może inaczej.

Jak myślicie, czym pachnie Grecja?

Mała dygresja [wiem, nic nowego], bo co najmniej kilka osób czytając to może się zastanawiać co do diabła chłodolubna Nisha, dla której optymalna pogoda to złota-deszczowa-jesień, a wymarzona lokalizacja – Islandia, chce od Grecji? Ano sama Nisha nie wie, ale za musakę i smażone kalmary oraz tzatziki z czarnymi oliwkami da się pokroić.

Wracając do pytania, które jest porażająco ogólne i na które odpowiadać można godzinami, stronami i trzynastozgłoskowcami – chciałam wspomnieć o dwóch pachnących sprawach, a konkretnie o dwóch żywicach kadzidlanych, które w Grecji są cudownie powszechne i dostępne czasem w dość zaskakującej formie.

Czym jest żywica, pisać nie muszę. A jeśli muszę, to odsyłam do skryptu; tym bardziej, że wyjątkowo nie chodzi mi o teorię, ale codzienną praktykę.

.

Po pierwsze, mastyks vel „łzy Chios”.

mastyks2

To zielonkawa, z czasem coraz bardziej blada, cytrynowa lub wręcz biała żywica o łagodnym i odświeżającym smaku zapachu. I smaku ;] Pochodzi z Chios, jednej z Wysp Egejskich, rozsianych po wschodniej stronie kontynentu. Nazwa najprawdopodobniej pochodzi od greckiego czas. żuć  [μάσημα], choć istnieje też wersja dotycząca czas. chłostać [μαστίγωση], jako że wyjątkowo tę żywicę pozyskuje się nie nacinając pień drzewa, ale właśnie dziubiąc go i chłostając. Zastygająca żywica przybiera często formę łez…

Ale, bo miało nie być teorii ;]
Co prawda w tym roku nie dane mi było nacieszyć się mastyksem [Wyspy Jońskie nie podzielają chyba wschodniego szaleństwa], ale smażąc tyłek rok temu na Thassos, chłonęłam go na potęgę.
Mastyks naprawdę nadal stosowany jest w kuchni, szczególnie w deserach – lody mastyksowe [nikt nie chciał, całe moje!], likiery, pasty, guma do żucia [yup!] oraz mastyksowe rachatłukum, które można kupić również w naszym szarym kraju. Polecam rozejrzeć się po sklepach z suszonymi owocami i orientalnymi przysmakami, swojego czasu regularnie robiłam mastyksowy napad na takie stoisko w warszawskiej Arkadii.

Ale, ponieważ nie samymi słodyczami człowiek żyje…. Poznajcie mastihę, 100% Grecji w Grecji :)

Cmastichazęsto mylona jest ouzo, ze względu na zapach [w ouzo mocno anyżkowy] – ale to zupełnie inna historia; mastiha jest od niego dużo łagodniejsza i słodsza. Dodana do wody, zmienia ją w mleko. Produkowana jest dwuetapowo: najpierw wytwarzana jest wino-podobna baza, która następnie poddawana jest procesom podwójnej destylacji i filtracji z korzeniami drzewa mastyksowego – albo po prostu „doprawiana” żywicą w trakcie destylacji.

Innym greckim alkoholem, w którym znajdziemy żywicę jest retsina – jednak tutaj chodzi o żywicę z sosny alpejskiej, która najprawdopodobniej zupełnie przypadkowo dostała się do alkoholu, który dojrzewał w drewnianych beczkach. A że smak się Grekom spodobał, to tak już zostało ;]

Mastyks polecam z całego serca, bo smak ma niesamowity i pyszny, a i badania dowodzą, że na ciało wpływa nie gorzej niż na ducha ^^

.

.

Po drugie – mirra

myrrh

Grecja pachnie mirrą. To z jej aromatem unoszą się do bogów greckie modlitwy.

Przekonać się o tym mogłam w najstarszym klasztorze Korfu, położonym na najwyższej górze (906 m n.p.m.) wyspy – Pantokratorze [Παντοκράτωρ], z której widać caaałe zielone Korfu i odległe szczyty Albanii. Poświęcony i dedykowany Przeobrażeniu Pańskiemu, ten malutki XIV-wieczny klasztor pełen jest pięknych ikon, srebrnych kadzielnic i drewnianych ław. I ten zapach *-* Gotowa byłam biegać za mnichami i błagać o garść kadzidła które tam palą, na szczęście moje rozpaczliwe modły zostały wysłuchane i z Pantokratora wywiozłam solidny woreczek żywicy – oraz woskowe, ręcznie formowane mirrowe kostki, które odkryłam w sklepiku tuż obok klasztoru.

kadzidła

Żywica otoczona jest aromatyzowanym pudrem i ma dość surowy, kadzidlano-cierpki zapach, z kolei woskowe kostki są słodkie i kremowe – wydaje mi się, że to mieszanka żywic i akordu ambry w przypadku tej ciemniejszej; żywic i kwiatów – w jaśniejszej. Wąchałam też trzecią mieszankę, ale była zbyt owocowo-propolisowa i miała okropny żarówiasty kolor ;]
I o ile z grudkami nie będę miała problemu, zastanawiam się nad wykorzystaniem wosków. Stopić? Wcierać? ;] Albo może zostawić, niech sobie w szafce pięknie pachną?… Dam znać, jak wypadną testy palenia.

Drugą ciekawostką, na jaką trafiłam w greckich klasztorach i kościołach, były mirrowe olejki. O takie:

olejki

Genialna sprawa. Żadnych ulotek, żadnych informacji o składzie, nic – jest ryzyko, jest zabawa :D
Nie wiem kto to produkuje, z jakich składników ani jakimi metodami. Ciężko cokolwiek znaleźć w sieci.

Choć oba olejki są mirrowe, mocno się różnią. Prawy kupiłam podczas zwiedzania pięknej starówki w Korfu, w sklepie obok małej kapliczki. Ma dość rześki, słodko-cytrusowy aromat [coś jak amouage’owy Attar] i zabójczą trwałość. Ciemniejszy to kolejna pamiątka z Pantokratora, choć widziałam go w wielu innych miejscach. Jest bardzo słodki, kremowy, zmieszany z czymś ambropodobnym i sandałowcowym. Przypomina mi trochę Pocałunek Smoka albo Alamut. Trwałość jeszcze bardziej zabójczo zabójcza.

Może to nic specjalnego, ale ja jestem przeszczęśliwa, że udało mi się takie żywiczne skarby zdobyć :)

.

Niestety żadnych innych pachnących ciekawostek nie zaobserwowałam. Rządzi oliwa z oliwek i kumkwat, ale gdziekolwiek mnie w przyszłym roku los nie rzuci [marzy mi się Bułgaria i Kazanłyk *-* ], będę dzielnie wypatrywać i ścigać wszystko co pachnie i na drzewo nie ucieka :D

.

.

Pierwsze zdjęcie pochodzi z bloga www.eirinika.gr
Drugie z www.greeceandgrapes.com
Trzecie: meridianbotanicals.com
Pozostałe moje.

plan na dziś: trzymać się planu

czwartek, Lipiec 4th, 2013

Ponieważ ostatnio ciężko mi wykrzesać z siebie cokolwiek więcej jak migrenę, blog leży wentylem do góry i ode mnie odpoczywa. Ale koniec tego pierdzenia w kocyk – postanowiłam coś z tym zrobić. Stos próbek urósł do kosmicznych rozmiarów, a że nie zapowiada się żeby ze mną miałoby być magicznie lepiej, trzeba wrócić do starych zwyczajów jakby nigdy nic. Oto więc przedstawiam projekt:

W 80 PRÓBEK DOOKOŁA BLOGA

Codziennie, w miarę możliwości, recenzja – krótka bo krótka, ale codziennie mam plan opisać co najmniej jeden zapach. Nie powinno to być zbyt mordercze, większość schomikowanych skarbów już testowałam, tylko z lenistwa rzuciłam w kąt.
Życzcie mi powodzenia ;]

victorian_women

Zdjęcie zapożyczone z bloga walkertonpentecostals.blogspot.com i przeze mnie przerobione. Bardzo przepraszam.

krótka notka o tym, jak kremem do rąk obciąć sobie ucho

wtorek, Maj 21st, 2013

Czy są tu jacyś dekadenci? :) A dokładnie dekadenci-czyścioszki.
Bo przyszłam pokusić…

Nie wiem jak Wy, ale ja mam zielonego świra. Od kilkunastu lat, od pierwszego spotkania [początkowo tylko w teorii ;], odkąd dane mi było zetknąć się z literaturą i klimatem przełomu XIX/XX–wiecznego modernizmu. Ale dzisiaj nie o tym.

absyntowa crop

… tylko o tym.

Takie niespodzianki nie zdarzają często. Ba, do tej pory chyba się jeszcze w ogóle nie zdarzyły. Z drugiej strony: były konopie w kremach do twarzy, był oudowy płyn do prania, więc najwyższy czas na absynt do rąk. Który naprawdę ma w składzie bylicę piołun.

Zapach odtworzony został bardzo zgrabnie, choć dzisiaj bazuję tylko na testach żelu antybakteryjnego [hojnie od kilku godzin aplikowanego wyłącznie na dłonie, żeby nie było niedomówień]. Jest silne uderzenie wódki, jest słodki anyż i gorzki piołun, a przede wszystkim – masa ziołowej zieloności.
Nie widziałam reszty serii w moim TBS, ale jutro zamierzam to sprawdzić. I [borze zielony, słyszysz mnie?] wykupić całą dostawę absyntowych kremów i kremisk.

Cheers!

komputer z nosem do zapachów ;]

poniedziałek, Kwiecień 1st, 2013

Za oknem wiosenny… eee, śnieg, a w sieci tradycyjne pierwszokwietniowe żarty.

W zeszłym roku okrutnie zażartowali sobie w ThinkGeek, pisząc o perfumach Fire and Blood. Obiecujący skład, piękny flakon, kusząca inspiracja… A potem brutalna rzeczywistość ;] Wyłam do księżyca. Drogo Długo.

W tym roku pachnącym jajem uraczyło nas Google, pisząc o swoim Nosie:

Wyostrz swoje zmysły: dostęp do informacji nie musi kończyć się na pisaniu, mówieniu i dotykaniu.
Internetowy znawca zapachów: starannie dobrane karty informacyjne zawierają zdjęcia, opisy i aromaty.
Zaciągnij się: w Bazie zapachów Google jest ponad 15 milionów nosobajtów.
Nie szukaj, nie wąchaj: włącz filtr SafeSearch, by uniknąć niemiłych niespodzianek. A fuj!

Chyba najbardziej rozbawiło mnie Kino i Surowe ciasto.
Nice try, Google ;]

 

O eNosie bardziej serio: Predicting Odor Pleasantness with an Electronic Nose

litości! zawołała

poniedziałek, Luty 11th, 2013

Nie cieszy mnie, że po długim czasie posuchy zamiast o perfumach, przyszło mi pisać o takich sprawach, ale za radą piratha postanowiłam wyjątkowo nie zlewać tematu ciepłym mo- milczeniem, bo z tego ciągłego milczenia nic dobrego nie wynika. Czasem trzeba się ubrudzić.

A skoro mój komentarz pod wpisem będącym bohaterem dzisiejszej tyrady został usunięty, ubrudzę się u siebie.

Otóż Pierwszy Megaloman Blogosfery Polskiej Ludowej postanowił wspaniałomyślnie „objąć patronatem” – w wersji później poprawionej „wypromować”, ale kto widział ten widział ;] – wszystkie blogi perfumowe, coby nam się żyło lepiej, spłynął na na splendor i „budżety reklamowe” większe do kieszeni trafiały… Wait, what?

Nawet nie wiem czy bardziej mnie to straszy czy śmieszy, nie zliczę od jak dawna. Kreowanie się na jedynego guru, wpływowego blogera i wybitnego specjalistę, stawianie samemu sobie laurek, a teraz pompatyczna próba ozłocenia swojego PR przez pogłaskanie innych blogerów po głowach, są w gruncie rzeczy dość żenujące.
Przymykałam oczy na wiele ekscesów wspomnianego wyżej, włącznie z przypisywaniem sobie zasług i sukcesów innych, manipulowanie informacjami czy choćby nazywanie się „perfumiarzem”; uważając tę walkę za walkę z wiatrakami [bo co z tego, że się człowiek naprodukował i coś napisał, skoro komentarz lub – w skrajnych przypadkach – cały wpis bywał usuwany?], ale może już wystarczy tego dobrego? Może miarka się przebrała?

Może warto wreszcie napisać, że budowanie „pozycji” takimi metodami to tylko desperackie i bezwzględne parcie na szkło, nie mające nic wspólnego z szumnym „dbaniem o swoje podwórko”? I może też warto uświadomić czytelnikom perfumowych blogów, że nie wszyscy „są tacy”, nie wszyscy cierpią na przerost formy nad treścią i nie wszyscy pod płaszczykiem pasji [i pseudo-oryginalnej, kontrowersyjnej jak artykuły w Fakcie grafomanii] patrzą jak by tu więcej na swojej pasji zarobić.

Ja z takimi osobami nie chcę mieć nic wspólnego ani nie chcę być w żaden sposób kojarzona. Koniec kropka.
Dziękuję za uwagę, idę otrzepać spódnicę.

 

W najbliższym czasie obiecuję wpis o tematyce zdecydowanie ładniej pachnącej :)

nieplanowana awaria

piątek, Październik 19th, 2012

L4. Żebym chociaż złamała nogę, zaciążyła albo cierpiała z powodu wyrzynających się naraz czterech ósemek, ale nieee… Tradycyjnie i jak co roku padło na zatoki, skutkiem czego nie odróżniam w smaku czekolady od wasabi, a Aziyadé [w kolejce do recenzji] wydaje się być noszalna. Słowem: KATARSTROFA.

Ale żeby nie było – robię coś! Uzupełniam Short Stories i skrypty z warsztatów.
Polecam zajrzeć, trochę się tego nazbierało.

 

Tymczasem wracam do wysmarkiwania sobie mózgu. Olé!

still life

środa, Sierpień 29th, 2012

Chciałabym, mam co [mam dużo co!], ale niestety nie mam kiedy. Wpadłam tylko, żeby potwierdzić że żyję, mam się dobrze znośnie i zarzucić tematem, który wpadł mi do głowy w drugim najbardziej myślotwórczym miejscu w domu – pod prysznicem…

Marzy mi się konkurs perfumowy. Pisząc „perfumowy” mam na myśli perfumiarstwo przez wielkie Pe, pachnącą sztukę [jako że perfumy coraz częściej do sztuki się zalicza]. Nie na zamówienie, tylko dla siebie, od siebie.
W konwencji konkursu rzeźb lodowych czy filmów krótkometrażowych: perfumiarze dostają jedno zagadnienie, coś niematerialnego/abstrakcyjnego i tworzą zapach, który w ich odczuciu ten temat odzwierciedla, bez dorabiania marketingowej ideologii i żywicy agarowej w bazie ;] Suche fakty.
Wiem, że to już się pojedynczo zdarzało, ale widzę to raczej jako wielki zryw. Chciałabym móc odwiedzić kiedyś galerię – czy może wystawę – zapachów, powąchać i poczuć jak różnie można zinterpretować jeden temat: niepokoju, triumfu, jakiegoś charakterystycznego miejsca, sytuacji, może jakiegoś dzieła muzycznego albo książki. Zapachy stworzone przez największych perfumiarzy, cząstka ich sposobu postrzegania świata. Czy choć dwa zapachy będą do siebie podobne? Jak będą je odbierać inni? Jakie uczucia będą wywoływać?

Do tej pory nie natknęłam się na informacje o takich akcjach, ale bardzo możliwe że po prostu źle szukałam :) Jeżeli tak jest, proszę się nie postukiwać w czoła, tylko oświecić ciemną Nishę. No i… co o tym w ogóle sądzicie?


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates