Archive for the ‘Olympic Orchids’ Category

Olympic Orchids: Blackbird

piątek, Styczeń 30th, 2015

Truizmem byłoby napisanie, jak niesamowite emocje potrafią wywołać lub wzbudzić perfumy. Spotykałam już zapachy smutne, melancholijne, złośliwe, prowokujące… Znowu truizm. Ale wiecie, o co mi chodzi.

Nie w każdym jest taka magia, nie każdy do mnie przemawia; niektóre prześlizgują się między myślami i rozpływają w powietrzu, niezapamiętane. A niektóre zapadają tak głęboko, że czuję, jak ciągną mnie w dół.

Na samo dno.

.

kojima

.

Nic nie zapowiadało tak efektownego upadku w ciemność.

Iglaste otwarcie jest zielone, miękkie i wilgotne, jak mech w poszyciu, jak rozpadająca się ze starości kora na drzewie. Dzikie, buchające drzewnością, kuszące. Słodycz sosnowych szpilek i leśnych owoców ustępuje po jakimś czasie kwaśnej, tak charakterystycznej nucie jodły syberyjskiej, ale w tym połączeniu – nie traci ona swojego piękna. Jest soczyście, zielono, leśnie do granic wytrzymałości i poczytalności.
Przekraczasz granicę drzew, wchodzisz głębiej w gęstą zieleń i nawet nie zauważasz, że światła jest coraz mniej, a z koron drzew nie dobiega żaden ptasi śpiew…

I przepadasz.
Nie ma drzew. Nie ma miękkiej zieleni ani orzeźwiającej, sosnowej żywicy.
Jest za to czerń, gęsty mrok, tak obezwładniający, że nawet nie myślisz o strachu. Czerń, która niczym najgęstsza melasa oblepia ciało i myśli, unieruchamiając je. Wspomnienie zielonego lasu ledwo zdąży się pojawić, już znika – delikatna, przestrzenna kadzidlana smużka rozpływa się w idealnej ciemności. Lepki, słodki mrok otula i ciągnie coraz głębiej. Zapadasz się.

Nie ma morału, nie ma epilogu. Przestajesz istnieć. Czerń trwa wiecznie.

Dawno już żaden zapach nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Jest prosty i tak ostry/intensywny, że za każdym razem doprowadza mnie do migreny, ale masochistycznie nie jestem w stanie się od niego oderwać. Jest prosty i jednostajny, ale w tym właśnie tkwi jego geniusz. Zapadam się w nim, znikam, jak w transie uciekam ze swojego ciała i dryfuję w ciemności. Bez myśli, bez uczuć, bez słów. Ja, Blackbird i moje demony.

 

Nuty: jeżyny, siano, liście, elemi, drewno i żywica cedrowa, ambra, absolut balsamu jodłowego, piżmo
Data powstania: 2013
Twórca: Ellen Covey
Koncentracja: perfumy (25%)

Grafika autorstwa boskiej Ayami Kojima.

Olympic Orchids: Kyphi

czwartek, Kwiecień 5th, 2012

W pudełku z próbkami zrobiłam małe porządki, po których ten drewniany dupek jeszcze bardziej się nie domyka. I znów zaległości, tony zaległości! Chyba jesteśmy dla siebie stworzeni. Mam mnóstwo ponapoczynanych wpisów, które zostawiłam nie wiedzieć na kiedy i po co – ale dość tego lenistwa.

Dzisiejszy wpis powstał z dwóch powodów: bo się należy i ponieważ bardzo bardzo chciałabym już tę próbkę zamknąć szczelnie w jakiejś większej fiolce, zalać czymś trwałym [BETON?] i na wszelki wypadek dodatkowo zapieczętować. Jednocześnie mnie zadziwia i powoduje tzw. odruch.

Dzisiaj słodko nie będzie. Ani uroczo, ani ekstatycznie [chyba że odruch uznamy za przejaw ekstazy], ani flakonem się ten romans nie skończy. Chyba.
Zostałam jakiś czas temu obdarowana najbardziej dziwacznym, szkaradnym i porażającym zapachem z jakim kiedykolwiek miałam styczność. Przebił nawet cywetę, a to już jest coś.

 

Kyphi ma być „repliką” perfum starożytnego Egiptu, w pełni naturalną mieszanką żywic, olejków i absolutów, jakie noszono te… kilka tysięcy lat temu. Wierzę, że tak jest. Zapach jest grubo ciosany, roślinno-fizjologiczny aż do bólu, głośny i wgryzający się w skórę.

Pachnie mumią. MUMIĄ, właśnie tak. Choć mumii nigdy nie miałam okazji wąchać, tak właśnie by pachniała, gdyby stanęła teraz przede mną [choć mam nadzieję że nie stanie, jestem wyjątkowo nieodporna na wszelkie horror-klimaty i nie lubię jak mi piasek rysuje parkiety].
Początek Kyphi zabija mdlącą nutą zakurzonych, zapiaszczonych bandaży, starego olejku paczulowego i henny. Każdy wdech powietrza z tym zapachem powoduje u mnie ból istnienia i łzy w oczach. Po kilku chwilach przetrwanych na wdechu coś się zaczyna dziać. Nuta mdląco-mordercza blednie, zwalniając miejsce drewnom [słodkawy cedr? zwietrzały cynamon?], żywicom [labdanum, zdecydowanie] i wysuszonym, kruchym ziołom [wyczuwam szałwię, ale zanim moje zmysły zdążą ją pochwycić w sidła, paczula atakuje i z powrotem chowa domniemaną szałwię w głąb kompozycji]. Jest lepiej. Sucho, słodkawo, łagodnie. Mumia już niegroźna, wygląda i pachnie bardziej jak opatulony drewniany badylek niż czyjeś zmumifikowane zwłoki. Na tym etapie Kyphi mnie zachwyca i wprowadza w błogi stan zamyślenia i marzeń. Zawsze pasjonowały mnie konstrukcje piramid, wynalazki i życie codzienne Egipcjan… Kyphi świetnie wpasowuje się w aurę tajemnic i mistycyzmu starożytnego Egiptu i z archeologiczną dokładnością pozwala zajrzeć w głąb ukrytego przed światem grobowca. Jestem pod wrażeniem.

 

Nuty: kadzidło frankońskie, mirra, labdanum, wosk pszczeli, nard*, henna, trawa cytrynowa, pomarańcza, tatarak [kalamus], kasja**, turzyca***, szafran, jagody jałowca, przyprawy
Data powstania: 2012
Twórca: Ellen Covey
Koncentracja: ekstrakt oraz woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony: www.nytimes.com
Oficjalna strona marki: www.orchidscents.com

 

———
* – in. szpikanard [Nardostachys jatamansi], znany z Jatamansi L’Artisana
** – zakładam, że chodzi o gorzką korę cynamonowca cassia, choć może autorka użyła strączyńca? [jakież te polskie nazwy są szpetne…]
*** – i znowu moje założenie, że tym razem mowa o roślince z rodziny ciborowatych [turzycowatych]


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates