Archive for the ‘Tom Ford’ Category

Tom Ford: Black Orchid

wtorek, Lipiec 31st, 2012

Przez moment obawiałam się, że po okresie fujania na wszystko odbiło mi w drugą stronę i będę się teraz wszystkim zachwycać. Wzięło mnie na ulepy ekstremalne, kobiecy orient i dużą ilość kwiatów. Białych. Morderczych.
Na szczęście trafiłam na zapach, który wywracając na lewą stronę, skutecznie mnie uspokoił: jeszcze nie zwariowałam! Jeszcze.

 

Ale się o tym cudzie stworzenia naczytałam. Że gęsty, upajający, dziwny, mroczny, przyprawowy, trudny… Wszystkie te zachwyty i kontrowersje spowodowały, że napaliłam się do nieprzytomności, a nawet (!) próbowałam go kupić w ciemno (!!!). Ręka lub macka boska na szczęście w porę mnie powstrzymała.

Albowiem ponieważ kiedy w końcu i z własnego sampla przetestowałam „Mhoczną Ohhidęę”, zatkało mnie. Raz że z obrzydzenia, drugi – z zaskoczenia ;] Byłam pewna, że do nieszczęsnej fiolki, zamiast BO, ktoś mi wlał Ombre Platine – które jak pamiętacie zachwytów u mnie nie wywołało, że eufemizmem zarzucę.
Z szoku się otrząsnąwszy i nadgarstek umywszy, postanowiłam jeszcze raz zajrzeć w skład nut Black Orchid i przeczytać wszystkie recenzje; próbka, uznana za niegodną zaufania, wylądowała w kuferku z próbkami; a ja – pewna, że BO pachnie pięknie i na pewno zakocham się w nim na zabój, wylądowałam w perfumerii, gdzie BO hojnie zaaplikowałam na się.

I co?
Odpisałabym coś, co się „ładnie” rymuje, ale mi nie wypada :)

 

Wbrew wszelkim zapowiedziom, znakom na niebie i na ziemi oraz moim radosnym przewidywaniom, Black Orchid co prawda wywołuje u mnie intensywne emocje, ale z miłością niewiele mają one wspólnego…
Nie wiem, gdzie te trufle, orchidee czy inne piękne białe kwiaty, naprawdę nie wiem gdzie one mają być, ale w Black Orchid ich nie ma. Jest za to mnóstwo pospiesznie zmieszanych i nieco nieświeżych [jak truskawki z dna łubianki] owoców, plastikowych i pożółkłych imitacji kwiatów [nie więdną, podlewać nie trzeba] i czekoladopodobnych pralinek [grunt, że wyglądają luksusowo].

Każdorazowa próba powąchania tego trochę dłużej, wgryzienia się i rozgryzienia nut, powoduje u mnie odruch pierwotny. Nie potrafię, nie mogę. BO jest mdły i wodnisto-brejowaty. Irytujący. Od samego otwarcia atakują mnie wylakierowane płatki egzotycznych kwiatów w czekoladowej kakaowej tłustej, imitującej czekoladę polewie. Kadzidło, drewna? Silly me.

W pięknym flakonie ze złotą kokardką na szyi nie ma nic poza rozczarowaniem.

To nieprawdopodobne i wkurzające, jak wybredny potrafi być nos, a odczucia różnych osób – skrajne. Może mam zbyt wygórowane oczekiwania? Może zbyt mocno znieczuliłam sobie morderczymi mieszankami nos, który przy diecie kwiatko-sratko-owockowej reagowałby na tę pseudo-bogatą-i-zmysłową kompozycję zupełnie inaczej = lepiej?  W każdym razie – mroczne, gęste kwiaty ciągle są poszukiwane.

A próbkę gorąco przepraszam za podejrzenie, że nie ma w niej tego, co z całą pewnością niestety jest ;]

 

Nuty:
głowy: jaśmin, gardenia, ylang-ylang, bergamotka, cytryna, mandarynka, czarna porzeczka, trufla
serca: przyprawy, nuty owocowe, lotos, orchidea
bazy: wetiwer, drewno sandałowe, paczula, ambra, kadzidło, wanilia, meksykańska czekolada
Data powstania: 2006
Twórca: perfumiarze Givaudan
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.theage.com.au


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates