Archive for the ‘^ wycofywane arcydzieła’ Category

Yves Rocher: Rose Absolue EdP

środa, Listopad 12th, 2014

Jaka piękna! Słodka jak cukierek, świeża i apetyczna.

Idealna.

Perfekcyjna.

Nierealna.

ririko

Czy to w ogóle możliwe?  Żadne perfumy nie mogą być aż tak różane. Tak dosłowne. Słodkie jak konfitury, a jednocześnie kwaskowe, herbaciano-chłodne. Aksamitne, miękkie, szlachetne. Lekko przyprawione, a jednak nadal do bólu, czysto i pięknie – różane. Nie mogą być prawdziwe, a jednak… przecież nimi do cholery pachnę.

 

Rose Absolue to jeden z tych zapachów, za którymi będę bardzo tęsknić… Choć niedobitki można jeszcze kupić w internecie, nie ma co się oszukiwać – to różane źródełko wysycha. Jego piękno powoli odchodzi w zapomnienie, płatki usychają i za kilka lat, podobnie jak o nierealnie perfekcyjnej Ririko, nikt nie będzie o nim pamiętać.

Uczcijmy go minutą ciszy.

 

Ja wiem, różanych perfum jest na pączki pęczki. Ale nie takich. Przysięgam, żadna esencja czy attar, różane masło, absolut, akord, naturalny czy syntetyczny, NIC TAK NIE PACHNIE. Wszystkie inne perfumy (uch, powiało pogardą ;) pachną jak „róża z czymś”: śliwką, pudrem, kawą, szafranem, do woli – ale tak czystej, upajającej róży jeszcze nie spotkałam.
Nie żebym tego nie mogła przewidzieć: Christine Nagel wielokrotnie udowadniała, że soczyste, lekko kwaskowe i wielowymiarowe róże to dla niej żadne wyzwanie (2000 et Une Rose, Madness, In Black, Encre Noire pour Elle – czy ktoś ma jeszcze wątpliwości?). Ale w tym zapachu przeszła samą różaną siebie.

 

I wiecie co? To smutne, że choćby nie wiem jak piękny był zapach, jeśli firma zdecyduje o wycofaniu/zaprzestaniu produkcji, nic tego nie zmieni. Doskonały układ nut, pieczołowicie tworzona kompozycja? To nic nie znaczy. Genialny nos i genialny zapach? Whatever. Najpiękniejsza róża w perfumach?! Naaah. Wywalamy, bo nam słupki opadli.
Możesz być perfekcyjna, piękna, idealna, ale i tak wkrótce wszyscy o tobie zapomną.

 

ririko2

Jeśli polujecie na Rose Absolue, uważajcie – ta różana diva szybko się zmienia. Nie mówię nawet o kolorze płynu, bo to jeszcze nie jest powodem do niepokoju (wiele esencji i olejków naturalnych: wanilia, cynamon czy jaśmin, z czasem ciemnieje), chodzi mi o sam zapach. Przyznaję, oba moje flakony RA przez ostatnie miesiące stały w ciemnej szufladzie i czekały na swój moment, więc może to moja wina (choć przechowywałam je prawidłowo, ale jak śmiałam schować je do szuflady?! ;). Bo kiedy niedawno wyciągnęłam obie flachy i nałożyłam na skórę, początek doprowadził mnie do ataku serca.

 

ririko3

Mówiąc krótko: śmierdział. A w zasadzie nadal śmierdzi, więc pierwsze 10 sekund z RA spędzam na wdechu. Na szczęście plastikowo-podgniłe otwarcie szybko ucieka i pozostaje samo rrróżane piękno, którym od kilku dni ponownie nie mogę przestać się zachwycać. Już wiem, dlaczego schowałam oba flakony tak głęboko; tak, z czarnego dna uzależnienia od Rose Absolue patrzę na to i już rozumiem – ale nie żałuję ;]

.

Dla mnie zawsze będziesz najpiękniejszą różą. Choćby nie wiem, jak zwichrowaną.

helter skelter

.


Tak, wiem, mało nishowa ta recenzja, ale naprawdę bardzo chciałam napisać coś o tym zapachu, a ponieważ od wczoraj nastrój mam morderczy, wyszło jak wyszło… Wkurza mnie ten kosmetyczno-perfumowy przemysł. Wkurza mnie, że znowu znika coś (niepokojąco) pięknego, co zostanie zastąpione przewidywalnie nudną ładnością. Każdemu się w końcu ulewa.

P.S. Gdyby ktoś się zastanawiał – słowo róża w tym wpisie odmieniłam przez przypadki i części mowy dokładnie trzynaście razy, więc nie musicie mi już tego wypominać ;]

 

Nuty:
głowy: cytrusy i przyprawy
serca: absolut róży tureckiej, bułgarskiej i marokańskiej
bazy: paczula, bób tonka
Data powstania: 2006
Twórca: Christine Nagel
Koncentracja: woda perfumowana (żałuję, że w moje lepkie rączki nie wpadł nigdy ekstrakt perfum…)

 

Wszystkie gify i zdjęcie pochodzą z ekranizacji mangi Kyoko Okazaki pt. „Helter Skelter”. Postać Ririko idealnie pasowała mi do tej absolutnej róży [ha, czternaście!].
Jeśli nie znacie, gorąco polecam: http://mangafox.me/manga/helter_skelter/

Fragonard: Cette Nuit Là

niedziela, Wrzesień 22nd, 2013

Znacie to? Odkryjecie coś przypadkiem [np. z pomocą Cbr ^^], zakochacie się, stanie się waszym nowym signature scent, będziecie nadużywać aż zacznie płynąć w waszej krwi i… wtedy się okaże, że go wycofują.

loki

No właśnie.
Miałam tak z Pocałunkiem Smoka, a obecnie z Cette. Mówią, że do trzech razy sztuka…

.
Cette Nuit Là to zapach absolutnie magiczny. I perfekcyjny.
Po pierwsze i bardzo ważne: jest idealnie odwzorowanym aromatem kadzidełek nag champa – Intrigant Patchouli może się schować do szuflady. Po drugie: ma piękny flakon z fragonardowym słońcem na dnie i bardzo pocieszającą pojemność 200ml. Po trzecie i najważniejsze: jest od początku do końca, od rana do nocy, od słońca po wichurę – absolutnie mój. Każda faza CNL jest piękna i mogłaby trwać wiecznie [w zasadzie nie jest to duża przesada, bo mimo koncentracji wody toaletowej, ten zapach ma i moc i ogon i trwałość, których może mu pozazdrościć wiele wód perfumowanych], każdą nie mogę się nasycić.
.

cette nuit.

Zaskakuje od samego początku – brakiem standardowego cytrusowego otwarcia. Zamiast niego, od pierwszych sekund Cette otula miękkim kadzidłem: słodkim, ale nie przesłodzonym, gdyż w ryzach trzyma je nieco męskie, cierpko-gorzkie neroli. Jednak ta surowa kwiatowa nuta w końcu mięknie pod urokiem kremowych żywicznych nutek, które coraz rozkoszniej układają się na skórze. Po zaledwie kilku minutach Cette rozkwita takim bogactwem orientu, że nie jestem w stanie oderwać od siebie nosa, z oczami jak u kotka ze Shreka podziwiając spójność i kocią grację tej kompozycji.

Granice między nutami głowy, serca i bazy są zatarte – składniki dryfują leniwie, spotykając się, wymieniając, obijając o siebie i wracając. Pierwsze skrzypce należą bezsprzecznie do wyraźnie morskiej ambry i świetnego jakościowo sandałowca [słono-słodkiego, gładkiego i śmietankowego, mniam]. Między nimi przemykają pikantne przyprawy i żywice – wyczuwam budyniową wanilię, słodko-gorzką mirrę, czekoladową paczulę i zaskakująco zwierzęcą [taką lekko „brudną”] nutę piżma. Słodycz pogłębiają upojne białe kwiaty: jestem pewna, że wyczuwam tu narkotyczną nutę gardenii tahitańskiej czy chociaż ylang-ylang, niestety skład o nich milczy, wymieniając jedynie jaśmin. Który potwierdzam, jest. Stłamszony przez gardenię i ylang ;]

Ta równowaga utrzymuje się już do samego końca zapachu, czyli nawet i czternaście godzin – wspominałam, że jest nie do zdarcia. Baza jest może subtelnie bardziej pudrowa i zwierzęca, ale nie zauważam dużych zmian; żadnych potajemnych angielskich wyjść, wszystkie składniki są, tylko mniej ruchliwe ze zmęczenia ;]

Słodkie, urocze i drewniane.

śpiący kotek

.

Wydaje mi się, że gdyby nie resztki instynktu samozachowawczego, wbiłabym w siebie widelec z łakomstwa.
Cała kompozycja daje podobnie apetyczny [owszem tak, dla mnie najapetyczniejsze nuty w perfumach to te, które absolutnie nie nadają się do jedzenia] efekt, co perfumowany Pocałunek Smoka – paczulowo-drzewnego, budyniowego ciasta. Podobna gęstość, słodycz, choć Cette jest dużo mniej humorzaste i kapryśne. Pachnie za każdym razem równie pięknie. Słodko. Zawiesiście i gorąco.

Cette Nuit La wprowadza mnie w tak przyjemnie senny i miękki stan, że nawet nie chce mi się rozrywać na strzępy twórców decyzji o wycofaniu tego arcydzieła. Pokładam całą nadzieję w gołębiach, przelatujących nad ich głowami i w ich malutkich, nieprzewidywalnych przewodach pokarmowych.
Choć zasłużyli na co najmniej kormorany ;]

.

Nuty:
głowy: bergamotka, neroli, galbanum
serca: irys, jaśmin, róża bułgarska, liście fiołka, kminek, kolendra
bazy: sandałowiec, ambra, paczula, piżmo, skóra, wanilia
Data powstania: 2005
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda toaletowa

.

Smutny, acz nadal oko cieszący Loki wzięty z hiddlesgif.tumblr.com
Pierwsze zdjęcie pochodzi ze strony www.fragonard.com
Drugie zdjęcie pochodzi z serwisu critteristic.com

Donna Karan: Black Cashmere

wtorek, Kwiecień 10th, 2012

Oczy same mi się zamykają. Ciążą okrutnie i niekontrolowanie, drzemię z nosem rozpłaszczonym o dłonie, umieram prawie, a tu jeszcze powkuwać trzeba i ogarnąć się. I zastanowić, dlaczego właśnie kupiłam flakon Sale 01, znając go tylko z opowieści o bliźniaczym podobieństwie do Black Cashmere… Tym bardziej, że flakon BC już mam i…

Właściwie, dlaczego ja nie używam Black Cashmere?!
Kultowego obiektu westchnień i gorączek allegrowych.


Co jest nie tak z moją głową, że kiedyś usychając z pożądania wypijałam każdą możliwą próbkę i odlewkę, zachwycając się czymś co kilka lat wcześniej [młoda byłam, głupia, to wina społeczeństwa!] odrzuciło mnie pod ścianę perfumerii; ale kiedy tylko zdobyłam Kaszmir w boskim czarnym kamyku o pojemności 50ml, szał uniesień minął i flakon zajął zaszczytne pierwsze miejsce na liście Najintensywniej Łapiących Kurz?
I tak od kilku lat, przekładam go z miejsca na miejsce, przestawiam, odkładam, noszę w torebce, wykorzystuję jako przycisk do papieru albo moździerz do mielenia szarej glinki na maseczkę [tak, wiem, profanacja, ale ma świetny kształt]. Użyję raz w roku i ponownie zapominam. A przecież to taki piękny zapach. Był. Teoretycznie jest nadal, ale wersja w kształcie walca jakoś mnie nie przekonuje. Mojego nosa również.

Odbieram go z każdym rokiem zupełnie inaczej – nie dlatego, że się psuje, ale ponieważ mój nos stale zarzucany nowymi kompozycjami i nutami – z czarnego kamyczka potrafi wychwycić coraz więcej. Za pierwszym razem i odrzutem przypominał mi zapach [ach, te eufemizmy!] dziegciu. Później czułam w nim cień ówczas ukochanego i jedynego – Feminite du Bois. Jakiś czas później – kompot z suszonych/wędzonych śliwek, którego nienawidziłam pasjami i torsjami. I niby zapach ciągle ten sam, ale zawsze niedosłowny i nieuchwytny. I ciągle na „nie”.

Co czuję dziś?
Brzozową korę, tak, cały czas, z tą różnicą że bez odrzutu. Miód, goździki, słonawy sandałowiec, suszone węgierki, czyli ciągle Feminite, ale lepsze – z pazurem. Podwędzana, słonawa ambra [Eau du Fier, ktokolwiek?], kremowe wenge w tle, kompot z suszonych owoców jak żywy i kuszący smakiem. Jak to się jednak percepcja zmienia…

 

Pora odkurzyć flakon na stałe, nawet nie dlatego że leci do mnie jego biały brat-bliźniak; ale ponieważ Black Cashmere jest piękny i niepowtarzalny, na wskroś melancholijny i w jesiennym nastroju. Szkoda go marnować, nie-nosząc, trzymając na dokiszenie się w szufladzie i opłakiwać zapach, kiedy nie wszystko jeszcze zużyte.


Carpe fūmum!

Jak sądzę.

 

Nuty: szafran, goździki, biały pieprz, gałka muszkatołowa, róża Marechai, miód, wanilia, ambra, kadzidło guggul, singapurska paczula, drewno wenge, labdanum
Data powstania: 2002
Twórca: Rodrigo Flores-Roux
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi z bloga fragrantica.blox.pl

pożegnanie – Cartier: Le Baiser du Dragon

sobota, Luty 4th, 2012

Pocałunek Smoka nie jest może zapachem niszowym, ale uważam że zasługuje na niszowe traktowanie.
Szczególnie teraz, kiedy Cartier podjął wg mnie najbardziej niezrozumiałą [i głupią!] decyzję, jeśli chodzi o przemysł perfumeryjny – zaprzestał jego produkcji.

Pogłoski o rezygnacji ze Smoka czytałam już w grudniu, ale naiwnie wierząc w klasę marki, machałam na te ploty ręką, patrząc z lubością na trzy smocze flakony stojące w szafce. No to mam za swoje. Blady strach, że kiedyś mój signature scent zniknie na zawsze i że trzeba będzie tę ziejącą pustkę czymś wypełnić.

Ale czym?! Był jeden na milion.


Najpierw zakochałam się w nazwie i flakonie. Z zapachem było trudniej.

Długo ze sobą walczyliśmy. Długo pokazywał mi się od swojej najgorszej strony, ale tak się na niego diabelsko uparłam, tyle razy go nosiłam podduszana wściekłymi oparami – aż wreszcie się oswoił i odwzajemnił miłość. Udowodnił, że jaśmin może być ciężki i nie-morderczy naraz, że amaretto nie samymi migdałami żyje, a czekolada i karmel mają swoją ciemną stronę mocy.

I tak trwamy ze sobą, od pięciu lat, w zdrowiu i chorobie, w paczuli i neroli, latem i zimą. Jest doskonały. Zmienny, bogaty, mocny i mocy dodający, niezwykły i jedyny w swoim rodzaju. Co ja teraz zrobię?

Oprócz zapasów, oczywiście.

 

Z łezką w oku, tradycyjna garść informacji:

Nuty:
głowy: gardenia, migdały [to pewnie wasza wina!, węszę udział histerycznych macek IFRA], amaretto, neroli
serca: irys, jaśmin,  róża bułgarska, piżmo, drzewo cedrowe
bazy: ambra, paczula, benzoes, gorzka czekolada, karmel, wetiwer
Data powstania: 2003
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda toaletowa, woda perfumowana, ekstrakt perfum

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.perfumy.edu.pl


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates