Donna Karan: Black Cashmere

Oczy same mi się zamykają. Ciążą okrutnie i niekontrolowanie, drzemię z nosem rozpłaszczonym o dłonie, umieram prawie, a tu jeszcze powkuwać trzeba i ogarnąć się. I zastanowić, dlaczego właśnie kupiłam flakon Sale 01, znając go tylko z opowieści o bliźniaczym podobieństwie do Black Cashmere… Tym bardziej, że flakon BC już mam i…

Właściwie, dlaczego ja nie używam Black Cashmere?!
Kultowego obiektu westchnień i gorączek allegrowych.


Co jest nie tak z moją głową, że kiedyś usychając z pożądania wypijałam każdą możliwą próbkę i odlewkę, zachwycając się czymś co kilka lat wcześniej [młoda byłam, głupia, to wina społeczeństwa!] odrzuciło mnie pod ścianę perfumerii; ale kiedy tylko zdobyłam Kaszmir w boskim czarnym kamyku o pojemności 50ml, szał uniesień minął i flakon zajął zaszczytne pierwsze miejsce na liście Najintensywniej Łapiących Kurz?
I tak od kilku lat, przekładam go z miejsca na miejsce, przestawiam, odkładam, noszę w torebce, wykorzystuję jako przycisk do papieru albo moździerz do mielenia szarej glinki na maseczkę [tak, wiem, profanacja, ale ma świetny kształt]. Użyję raz w roku i ponownie zapominam. A przecież to taki piękny zapach. Był. Teoretycznie jest nadal, ale wersja w kształcie walca jakoś mnie nie przekonuje. Mojego nosa również.

Odbieram go z każdym rokiem zupełnie inaczej – nie dlatego, że się psuje, ale ponieważ mój nos stale zarzucany nowymi kompozycjami i nutami – z czarnego kamyczka potrafi wychwycić coraz więcej. Za pierwszym razem i odrzutem przypominał mi zapach [ach, te eufemizmy!] dziegciu. Później czułam w nim cień ówczas ukochanego i jedynego – Feminite du Bois. Jakiś czas później – kompot z suszonych/wędzonych śliwek, którego nienawidziłam pasjami i torsjami. I niby zapach ciągle ten sam, ale zawsze niedosłowny i nieuchwytny. I ciągle na „nie”.

Co czuję dziś?
Brzozową korę, tak, cały czas, z tą różnicą że bez odrzutu. Miód, goździki, słonawy sandałowiec, suszone węgierki, czyli ciągle Feminite, ale lepsze – z pazurem. Podwędzana, słonawa ambra [Eau du Fier, ktokolwiek?], kremowe wenge w tle, kompot z suszonych owoców jak żywy i kuszący smakiem. Jak to się jednak percepcja zmienia…

 

Pora odkurzyć flakon na stałe, nawet nie dlatego że leci do mnie jego biały brat-bliźniak; ale ponieważ Black Cashmere jest piękny i niepowtarzalny, na wskroś melancholijny i w jesiennym nastroju. Szkoda go marnować, nie-nosząc, trzymając na dokiszenie się w szufladzie i opłakiwać zapach, kiedy nie wszystko jeszcze zużyte.


Carpe fūmum!

Jak sądzę.

 

Nuty: szafran, goździki, biały pieprz, gałka muszkatołowa, róża Marechai, miód, wanilia, ambra, kadzidło guggul, singapurska paczula, drewno wenge, labdanum
Data powstania: 2002
Twórca: Rodrigo Flores-Roux
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi z bloga fragrantica.blox.pl

Tags: , , ,

3 komentarze to “Donna Karan: Black Cashmere”

  1. pirath napisał(a):

    owszem Sale jest nieco podobny do BC i raczej nie jest to podobieństwo niezamierzone, ale trudno się dziwić, bo BC stał się obiektem kultu już za życia… rozumiem też i poniekąd usprawiedliwiam tę zbieżność, bo BC jest jak najbardziej wzorcem godnym powielenia, a jego popularność mogła do pomóc w sukcesie samego Sale… wiesz zresztą jak znane nazwisko, np. Iglesias pomaga na początku kariery…

    oczywiście dywaguję, ale w przypadku projektów komercyjnych, nawet niszowych dobry PR i nawiązanie do czegoś co budzi podziw naprawdę pomaga… osobiście nie uważam Sale za klona BC… to byłoby spore nadużycie i w dodatku krzywdzące dla kompozycji Szulca, w której odnalazłem pewną autonomię i własną ścieżkę… owszem klimat zbliżony, ale aranżacja już inna… chętnie kupiłbym odlewkę albo flaszkę Sale as acta, bo po pierwsze uważam, że w tym przypadku warto wspomóc wysiłki Michała – a po drugie zapach jest mimo wszystko tego wart…

    co do BC to jest to delikatna, enigmatyczna i diabelnie ciekawa diwa o aksamitnym głosie… jedyna i niepowtarzalna i jej pozycji raczej nic nie jest w stanie zagrozić… liczyłem, że będzie nieco głośniejsza, ale ten zapach przede wszystkim ma rozkwitać na kobiecie…

    • nisha napisał(a):

      Sale coś od tygodnia do mnie dolecieć nie może… Nie mogę się doczekać porównania ich na spokojnie, w zaciszu domowym i herbatką pod ręką. Choć wszelkiej maści przeróbek, odcinania kuponów czy „wzorowania” się nie cierpię w każdej dziedzinie, podobieństwo Sale 01 i BC jakoś nie działa na mnie tak, jak z mojego światopoglądu powinno to wynikać ;] Widywałam różne gorące dyskusje i pełne oburzenia recenzje, ale mnie to jakoś nie bierze. Dziura w kręgosłupie moralnym czy co? ;]

  2. pirath napisał(a):

    sądzę, że to nie dziura, lecz trzeźwe, chłodne spojrzenie profesjonalisty na zapach, którego podwaliny (BC) znasz osobiście od podszewki… ;)
    stwierdzenie tuż przed premierą iż Sale jest podobne do BC, nawet powierzchownie, rozpatrywałbym raczej jako zabieg stricte PRowy, mający pchnąć do zakupu rzesze wyposzczonych miłośników BC… 150 zł za Sale, to nie 400-600 zł za używaną lub niewiadomego pochodzenia flaszkę BC… a chętnych nabywców i tak nie brakowało…
    dostrzegam pewne podobieństwo obu kompozycji, choć nie aż tak głębokie jak wynikało by to z bezpośredniego porównania wykazu ich nut… :) zresztą sama zobaczysz ;)
    pozdrawiam

Leave a Reply


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates