Grossmith: Shem-el-Nessim

Kilka dni temu miałam okazję poznać niezwykłą, fascynującą historię perfum Grossmith i powąchać kilka „staroci” oraz ich nowe, odświeżone kompozycje. Ku mojemu zaskoczeniu w jednej z nich z miejsca się zakochałam :)

Znacie Habanitę? Shem el Nessim to właśnie te klimaty.
Na wskroś kobiecy, mocny i gęsty od samego początku. Odrobinka zieloności [nie trawiastej, tylko kwaskowo-gorzkiej] zostaje szybko pochłonięta przez duszny [w tym przypadku to komplement], pudrowy [jak w poprzednim nawiasie] akord kwiatów. Piękny ylang-ylang i jaśmin, ekhm, niemordujący irys, charakterystyczna upudrzona róża i kremowa, waniliowo-żywiczna głębia. Po kilku[nastu!] godzinach puder ulatuje, zostawiając waniliowo-zwierzęcą bazę bazy.
I. TA. TRWAŁOŚĆ. Nieskończona. Zapach stapia się ze skórą po prostu genialnie, tętni ciepłem i ultrakobiecością.
Choć muszę dopisać, że w zależności od skóry potrafi się bardzo różnie układać, czegoś tak kapryśnego jeszcze nie wąchałam – na mnie był habanitowo-shalimarowy, ale potrafił zmienić się w szypr lub mydlane kwiaty… Widocznie mnie bardzo polubił ^^

Pożądam! Nad dziesiątką bym się nawet nie zastanawiała, bo nie dość że zapach doprowadza mnie do szału, to jeszcze ma piękny i przeuroczy flakonik *-*


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates