Jesus del Pozo: Ambar

Właśnie sobie uświadomiłam, że jakieś dwa miesiące temu od pewnego Cudownego Człowieka dostałam dwie unikatowe próbki, o których, jak mi wstyd, na śmierć zapomniałam. Przypomniał mi o nich osobiście [tzn. zjawił się i sobie przypomniałam], skutkiem czego powstały powyższe dwa zdania i… na kolejne dwa tygodnie zapomniałam o całej akcji. Dzisiaj wreszcie wpis odkurzam, ale akcję-dwie-próbki, jak mi wstyd, przekładam na termin jeszcze późniejszy.
Coś mi wpadło w oko i nos. Coś absolutnie nieoczekiwanego :3

Nie, serio, wsiąkłam w Ambar.

 

 

Mam świra na punkcie bursztynu. Jest ciepły, miękki, „przytulny”, naturalny, ma piękne odcienie i jeszcze czasem robal się w środku trafi. Uwielbiam i kupuję bez grama rozsądku, choć gram bursztynu coraz droższy, żeby później głaskać, ściskać, obracać i międlić. Taki ze mnie świr. Nie znałam zapachu JdP, ale odkąd zobaczyłam zapowiedzi w sieci [a potem recenzję Sabb], wiedziałam że chcę go mieć – a wszystko przez ten flakon…

Widzicie zdjęcie reklamowe? To nie PSP, tak właśnie Ambar prezentuje się na żywo. Genialny kształt flakonu i genialna barwa szkła, bursztynowy do bólu głowy z zachwytu. Ma idealnie gładkie, opływowe jak bursztyn kształty, świetny bursztynowy korek – i ta zawieszka ze sznureczkiem! Normalnie czad. I jak cudnie leży w dłoni. Trochę to trwało, ale wreszcie się doczekałam i od wczoraj jak świr łażę po domu z własnym flakonem w rękach, nie mogąc się nazachwycać ;]

 

Aczkolwiek pierwsze spotkanie z zawartością nie było tak zachwycające, ba! zapowiadało się na rozczarowanie roku. Oczekiwałam [ach, te perfumowe oczekiwania, książki można o nich pisać] zapachu ciepłego, słodkawego, nie żeby ambrowego od razu – ale na pewno przytulnego i kremowego… tymczasem dostałam chłodną lawendą po pysku.
Nie będę się kłócić czy na pewno była to lawenda, może szałwia, choć nigdy jej o takie okrucieństwo nie podejrzewałam, może szałwia z herbatą, a może irys [wróg publiczny numer jeden] udający szałwię i herbatę – nie wiem, grunt że zabolało i zasmuciło. To ma być mój świetlisty bursztyn?
Jednak już po chwili po agresywnej nucie nie było śladu, a na jej miejscu pojawiły się kojące ziółka. Szałwia jaką lubię, czyli słodkawa, lśniąca srebrzyście, niby leniwa ale humorzasta [tutaj na szczęście w dobrym nastroju], wytrawna i dostojna herbata, dodająca charakterystycznego jaśminowego akordu i… ekhm… nie wiem, czy przejdzie mi to przez gardło…

ŁADNY. IRYS.

Ugh, jakoś poszło.
Tak, w Ambar jest irys i nie, nie jest on traumatyczny. Pozostawiony bez towarzystwa paczuli i przypraw, jakoś traci całą swoją butność i odwagę, nie kozaczy, nie rozpycha się, nie wymachuje cherlawymi piąstkami przed nosem; jest naturalny, zielonkawy, o delikatnych kremowych płatkach. Da się? Da się.

A potem jest coraz lepiej: jakby zza drzew wyłoniło się złociste słońce, ogrzewając i rozleniwiając całą kompozycję. Robi się świetliście, ciepło, miękko i wygodnie, zapach szeleszczących liści i kasztanów miesza się ze słodkawym zapachem szpilek iglaków, ziemi i wilgotnej kory drzew… Whooops, wróć, za daleko poszłam w las :)

 

Jest przytulnie, ale nadal nie słodko: w bazie pierwszych skrzypiec nie gra wcale [domniemana] ambra, tylko wygładzone kremowe drewienko. Cedr nie do końca mi pasuje do tego akordu, choć też potrafi być wypolerowany i przytulaśny, ale to raczej gwajak albo spokojny sandałowiec [jak w Eccelso], odrobinę ukwiecony i tym właśnie kwieciem złagodzony.

Ambar ma w sobie, w zasadzie przez cały czas trwania kompozycji, jakąś irytującą [syntetyczną?] nutę, która kojarzy mi się z upartym uparcie z jaśminem. Słodko-gorzką, lekko chropowatą i zadziorną. I choć nie cierpię sztuczności w perfumach, ten składnik wcale Ambar nie pogrąża – wręcz przeciwnie, ciągle pobudza moje zblazowane komórki do zastanawiania się, skąd znam ten akord, podszczypuje i nie pozwala uciąć jesiennej drzemki w jesiennym słońcu.

I z kawałkiem bursztynu w kieszeni.

 

Nuty:
głowy: kardamon, bergamotka, mandarynka
serca: irys, piwonia, herbata
bazy: cedr, szałwia, bursztyn [ambra?]
Data powstania: 2010
Twórca: Marie Salamagne
Koncentracja: woda toaletowa

 

Pierwsze zdjęcie pochodzi ze strony www.trendenciasbelleza.com
Drugie – to miniatura tapety dostępnej o tutaj.

Tags: , ,

6 komentarzy to “Jesus del Pozo: Ambar”

  1. Sabbath napisał(a):

    Ładny irys. To brzmi u Ciebie prawie jak oksymoron. :)
    Tez mnie ten zapach zaskoczył. Spodziewałam się popeliny na miarę sephorowych półek (i to dolnych), a tymczasem flakon mam nadal i nawet używam Ambara… Z przyjemnością.

  2. nisha napisał(a):

    Mimo Ambar, nadal twierdzę że to jest oksymoron :D
    Zapach naprawdę świetny, szkoda tylko że taki delikatny, przyskórzasty. Po trzech godzinach wszelki ślad po nim ginie i „zmuszona jestem” czymś się doprawiać ;]

  3. Nat napisał(a):

    Na Bao.pl bywa regularnie 100 ml w dobrej cenie – jakoś poniżej 90 zł.

  4. nisha napisał(a):

    Ja na e-gl. ustrzeliłam za niecałą stówkę :)

    Po weekendzie z Ambar zauważyłam, że grzejące jesiennie słońce podkreśla jego ciepłą świetlistość. Ach jak mi dobrze!

  5. Ewa napisał(a):

    U mnie Ambar grzał półkę. Skusił mnie kolor flakonu,ciepło bursztynowy.Siał w mojej głowie obietnicę zapachu choć lekko żywicznego z piękną miękką, przytulną ambrą.
    Może nie było aż tak zle,jednak nastawiłam się na coś innego.
    Ambar jak najbardziej jest wart jeśli nie miłości,powrotów do niego to przynajmniej zapoznania się z nim.
    A co się dalej zrobi z tą znajomością..to już sprawa indywidualna.

    • nisha napisał(a):

      Bo to bardziej świetlista szałwia, niż tytułowa ambra, co może rozczarować. Ale to jeden z takich zapachów, który ratuje, kiedy „nie wiem co na siebie włożyć”. Jest bezpieczny, spokojny, neutralny. I ten piękny flakon! <3

Leave a Reply


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates