kiedy dom też chce pachnieć

Żeby nie było zbyt dużego zawodu, zapowiadam że chodzi za mną 1872 Clive’a Christiana. Więc recenzja już wkrótce.
Dzisiaj natomiast będzie okołoperfumowo. Oczywiście, z przydługim wstępem, bo jak wspominałam nie potrafię pisać tylko na temat ;]

Uwaga, zaczynam wstęp.
Raz na jakiś czas pojawiają się grzmiące artykuły o zgubnych skutkach braku umiaru w naszej szarej, człowieczej egzystencji. Za dużo solimy, za dużo obowiązków bierzemy na swoje barki, za dużo czasu spędzamy przed komputerem, żyjemy za głośnio i za szybko, otaczamy się zbyt wieloma zbędnymi rzeczami, za bardzo zagłuszamy nasze podstawowe potrzeby i ogólnie przeginamy pod każdym aspektem. I te zapachy! Zgroza. Toż to dawno przekroczyło zdrowy rozsądek i podstawowe potrzeby higieny codziennej. Perfumy, odświeżacze do powietrza, spray’e do ubrań, perfumowane płyny do prania, aromatyzowane potrawy i napoje… A alergia rośnie.
Jest w tym trochę prawdy, ale – do diabła! Bunt na pokładzie! To już pewnie wypaczenie, ale u mnie wszystko musi pachnieć. I to ładnie, tak jak ja chcę. Szafy, ubrania, pościel, sąsiedzi oops, wróć… O czym to pisałam?


Zapachy do pomieszczeń.

Kusi mnie, żeby rzucić się w temat-rzekę kadzideł i żywic kadzidlanych, ale to już wyższe stadium wtajemniczenia, a chciałam zacząć od czegoś prostego, przyjemnego i – nie wymagającego spalania; bo sama nie czuję się do końca komfortowo, kopcąc coś w mieszkaniu.

Przerabiałam już wiele wynalazków. Suszyłam lawendę, kupowałam pachnące saszetki, woski do kominków, papierki do spalania, kadzidełka; ale wszystko to albo szybko wietrzało, albo wręcz przeciwnie, było nie do oddychania mocne. Kiedyś szykując artykuł o ambrze, wpadłam na dziwne ambrowo-woskowe kostki „z Maroka”. Olałam sprawę, bo potrzebne mi były reprezentatywne zdjęcia naturalnych bryłek ambry szarej; ale niedawno wpadłam na nie ponownie. Przeznaczenie. Skoro już wpadłam, to zamówiłam, a ponieważ nie potrafię podejmować decyzji ‚albo albo’, zamówiłam ambrową, kadzidlaną i piżmową, hurtem.

I żałuję, że nie wzięłam jeszcze sandałowej. Naprawdę.


Kostki są mieszaniną wosku pszczelego i olejków zapachowych. Wyglądają trochę jak zleżałe mydełka krawieckie, są dość tłuste i kruche, ale nie plamią materiałów [trzymam je w woreczkach] i nie brudzą ich nadmiernie. A zapach… Marzenie. Intensywny, słodki, ciepły i rozgrzewający, genialnie roznosi się w pomieszczeniu [lub w szafie] i wprowadza błogi, przytulny klimat.
Ambrowa kostka ma najbardziej charakterystyczny, korzenny zapach; kadzidlana i piżmowa mogą się już mylić – użyte w nich olejki kojarzą mi się jednoznacznie ze sklepami indyjskimi, a więc słodkimi kadzidełkami i aromatyzowanym drewnem. Ale wszystkie są piękne. Polecam, bo nie kosztują wiele [można kupić na Allegro lub w sklepach internetowych], a to najlepsze, najtańsze i najwygodniejsze rozwiązanie zapachu do domu, jakie do tej pory spotkałam.

 

Pierwsze zdjęcie pochodzi z portalu www.girvin.com
Drugie z www.etnobazar.pl

Leave a Reply


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates