L’Artisan Parfumeur: Caligna

Chodzę koło niej od kilku tygodni. Noszę, a raczej ponosiwuję [pardon, przedawkowałam kabaret Hrabi], ciągle planuję opisać i ciągle z tych planów nic nie wychodzi. Może przez jej delikatną naturę czy przyjemną ładność, która choć ładna jest i przyjemna, to mimo wszystko dość trudna do opisania? :)

Caligna… To ten typ zapachu, w którym siedzi się wygodnie na kanapie, z kopytami wyciągniętymi przed sobą i z myślą w głowie „cholera, jakie ja mam zajebiste hobby”. Zapach, który chce się nosić aż do śmierci dna we flakonie. Który niczym nie szokuje, po prostu jest wygodny od początku do końca i nie potrzebuje żadnych fajerwerków, krzyków i ekscesów, żeby zwrócić na siebie uwagę. Jest skromny i leniwy, słoneczny i ciepły, gładki, spójny, idealny… I nie mogę się doczekać, aż napiszę że „jest” w moim perfumowym zbiorze.

 clary sage

 

Początek soczyście – wręcz gorzko – cytrusowy [stawiam na werbenę, od niej zawsze ślinka mi cieknie] i intensywnie zielony. To zieleń mięsista, świeża i pełna słońca: dużo rozgniecionych liści, może figi, może porzeczki… Efekt – genialny. I bardzo apetyczny. I bardzo ulotny.
Soczystość i mięsistość dość szybko w tym pełnym słońcu niknie i choć nutka cytrusów ciągle jest gdzieś w tle wyczuwalna, to całe serce należy do wyczekiwanej gwiazdy wieczoru: szałwii.

Pisałam już, że szałwię kocham i wielbię? Daje w perfumach charakterystyczną nutkę ziołowego suszu vel sianka – łatwo ją wychwycić m.in. w Ambar del Pozo, Mandragore Annick Goutal czy mojej starej miłości, Kenzo pour Homme. Z początku lekko wodnista i yuzowa [niestety], szybko [na szczęście] się ociepla i nabiera tych cudownie słodkich, kruchych nut typowych dla suszonych ziół. Działa na mnie jak kocimiętka na futrzaki. No, może wyłączając głośne miauczenie.

 

A więc szałwia. W towarzystwie bardzo bladej, już zleżałej i wysłodzonej lawendy i coraz bardziej apetycznego, złocistego kwasku, który kojarzy mi się z dojrzałymi, mięsistymi [tak, kwiecień sponsoruje literka M jak mięsisty] owocami. Nuty sugerują co prawda skład zupełnie inny, ale kto by tam wieeerzył ;] Że marmolada jaśminowa? Marmolada byłaby słodsza i cięższa, a tu siedzi kwasek o konsystencji piórka zaledwie, subtelne białe lśnienie, pyłek kwiatowy w spokojnym morzu szałwii. Taką marmoladę to szałwia zjada na śniadanie.

Dalej w zasadzie nie mam już co pisać, bo widzę że jestem o krok od niebiańskiej ekstazy i pompatycznego pitolenia, czego chyba nikt by nie przeżył. Poza tym po raz kolejny skóra postanowiła się na mnie wypiąć i zatrzymuje Calignę na nutach serca. Dosłownie, szałwia+kwasek+marmoladowe tchnienie anielskie i tyle.
Ok, czasowy wzrost stężenia kwasku na upartego, aczkolwiek niechętnie, mogę wytłumaczyć odrobiną jodły czy innego iglaka [z naciskiem na innego iglaka, bo ciągle mam traumę po syberyjskim podkoszulku]. Poza tym: szałwia, szałwia, szałwia.

Napisałabym „do znudzenia”, ale to niemożliwe. Szałwii nie da się przedawkować.

 

Nuty:
głowy: figa
serca: szałwia muszkatołowa, marmolada jaśminowa
bazy: mastyks, szpilki sosnowe, mech
Data powstania: 2013
Twórca: Dora Baghriche-Arnaud
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.flowerspictures.org

Tags: , , ,

2 komentarze to “L’Artisan Parfumeur: Caligna”

  1. Łukasz napisał(a):

    Dobrze, że chociaż Ty jesteś nim tak zachwycona.
    Mnie się średnio podoba, zdecydowanie mnie nie zachwycił, ale jakieś tam wrażenie wywarł :)

    • nisha napisał(a):

      Ciekawa jestem, czy jest szałwia która mogłaby mi się nie spodobać, taka w wersji ekstremalnej ;]

Leave a Reply


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates