L’Artisan Parfumeur: Séville à L’Aube

Długo na ten zapach czekałam… może nawet zbyt długo? Odkąd przeczytałam o nim pierwsze wzmianki do momentu, kiedy wreszcie powąchałam i zdobyłam próbkę, minęło kilka dobrych miesięcy. Zdążyłam w ciągu nich zapomnieć, że czekam, ponownie się zapalić, wiedząc że zbliża się do granic Polski i ostudzić po ostatniej bombie, jaka wybuchła z panem D. w roli głównej (odsyłam do wpisu Sabb). Ale, to już przemilczę.

Bo oto wreszcie…

 

Ha! Wachlarze. Wiedzieli, jak mnie podejść!
Śrubkowaty korek, prosty, typowy dla marki flakon, mały zgrzyt przez dopisek „edition limitée”, o czym by tu jeszcze napisać, odwlekając jak się da przejście do opisu zapachu?… ;]

 

Po pierwszym teście byłam na absolutne nie. W sumie po drugim i trzecim również.
Kwiat pomarańczy [mam uraz po Kurkdjianie, a przede wszystkim po Beyond Love Kiliana, który to rozlał mi się w kosmetyczce, przez co pędzel, mimo nawet kilkukrotnego prania i codziennego użytku twarzowego, CIĄGLE PACHNIE KWIATEM POMARAŃCZY] trzymający za gardło kremowo-białe kwiatki jaśminu. A kadzidło? Wosk pszczeli? Umiar?
Ale byłam uparta. Każde poznane l’artisanowe dzieło Duchaufoura – każde! – mnie zachwyciło, dziewięć zachwytów zakończyło się flakonem, więc do diabła, tym razem nie może być inaczej. Wdech, wydech, pora się wgryźć.

 

Prawda jest taka, że z kwiatem pomarańczy niewiele da się zrobić. Jeśli już jest, to morduje lub przynajmniej terroryzuje wszystkie inne składniki, dominuje, rozstawia po kątach, nie zejdzie z tronu nawet za potrzebą, no po prostu nic go nie rusza ani nie wzrusza. Także w Séville à L’Aube nie daje o sobie zapomnieć, ale… ma konkurencję. Jaśmin też ciężko nazwać składnikiem subtelnym i towarzyskim – zachowuje się podobnie do kwiatu pomarańczy, choć może nie aż tak ostentacyjnie… Więc owszem, kwiat pomarańczy trzyma za gardło jaśmin, ale cóż to za zwycięstwo, jeśli przeciwnik trzyma przy twoich el grande cojones całkiem porządnej wielkości nóż? Impas.

Coś mnie drapie w gardle, ale boję się odchrząknąć, bo jeszcze zwrócę ich uwagę. Wyglądają dość groteskowo – jednemu od tego duszenia bieleją knykcie, drugiemu ręka zaczyna niebezpiecznie drżeć… Na szczęście do niczego nie dochodzi i – po chwili trwającej wieczność – nasi bohaterowie pierwszoplanowi rozchodzą się w znaczącym milczeniu, leczyć urażone dumy i szukać rękawiczek do chlaśnięcia się po gębach w celu wyzwania na kolejny groteskowy pojedynek.

I wtedy zauważam drzewko mandarynkowe. Nie żeby nagle pojawiło się w obłoku magicznego dymu – cały czas tam stało, skromne i urocze, zasłonięte przez tych dwóch pieniaczy, uginając się pod ciężarem własnych owoców.
O tak, serce Séville à L’Aube należy do soczystych, słonecznych i słodkich mandarynek. To niesamowite, że kwiaty prawie całkowicie znikają, gdzieś w tle zostaje może delikatna zielona smużka jaśminu, ale to cytrus gra teraz pierwszą rolę. Znacznie ciekawszą, bardziej wielowymiarową i „prawdziwą” niż w l’artisanowej Mandarine. Brawa również dla subtelnej lawendy, która potęguje wytrawną, niedojrzałą zieloność jaśminu i sprawia, że drzewko mandarynkowe daje taki przyjemny cień.
Okolica skąpana jest w promieniach słońca, wokół panuje cisza, którą przerywa jedynie szum traw i cykanie świerszczy, czuję się jakbym znowu była w moim greckim raju, tym razem bez ciążącego jak chmura gradowa terminu wylotu… *Zzzz*.

Budzę się o zachodzie słońca. Ciągle jest przyjemnie ciepło, trawy nabrały złocistej barwy, moja skóra pachnie słońcem, a mandarynki są wprost przepyszne. Moszczę się w trawie czekając na coś nowego, na godne zwieńczenie dnia: powiew dymu z okolicznych domów, smużkę kadzidła z drewnianego kościółka, no może chociaż na jedną miodną pszczołę?
Niestety. Z zapowiadanych hucznie żywicznych składników, w bazie mamy tylko trochę śmietankowego,  magnolio-benzoesowego puchu, nic więcej. Zapach dość szybko niknie, trzy godziny i po mandarynkowo-kremowym akordzie nie ma ani śladu, co dziwi mnie niezmiennie od tygodnia – przecież to woda perfumowana! Nawet toaletowe trzymają się na mnie cały dzień, a tu taka skucha!

 

I nie wiem, co o nim myśleć. Nie potrafię się określić.
Z jednej strony to klasyczne rozczarowanie, bo SaLA pachnie kompletnie inaczej niż go sobie wyobrażałam: połowa nut jest tylko „na papierze”, a druga połowa na skórze odstawia jakieś cyrki. Z drugiej strony – to jest naprawdę niezły zapach, bardzo słoneczny i śródziemnomorski [uprzedzając pytania, wiem gdzie leży Sewilla], typowo cytrusowo-zielony, z upajającą kremowo-biało-płatkową bazą…
Póki jest. Bo znika naprawdę szybko.

 

Nuty:
głowy: pieprz, liście drzewa cytrynowego, petitgrain
serca: kwiat pomarańczy, jaśmin, magnolia, lawenda
bazy: wosk pszczeli, benzoes, olibanum
Data powstania: 2012
Twórca: Bertrand Duchaufour
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony achat-dijon.com

Tags: ,

Leave a Reply


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates