L’Artisan Parfumeur: Traversee du Bosphore

Bertrandzie, Bertrandzie, co Ty mi robisz…

Traversee du Bosphore to wcale nie jest łatwy i prosty zapach, mimo pozornie milusich pyszniusich nut. Ma w sobie trudną do udźwignięcia „z marszu”, aż gorzką chropowatą słodycz (klimat Aomassai, kojarzycie?). Masa grubej, mięsistej skóry, która pokrywa ciało słodkim ciężarem wcale nie pomaga.

„Jadalne”, mocne otwarcie wcale – i to zaskakuje mnie najbardziej – nie trwa do śmierci pod prysznicem, czego można się spodziewać po tak solidnym starcie, ale ewoluuje w coś, przez co najtrudniej mi przebrnąć: słodycz irysową. Słodycz pylistą i maślaną jednocześnie.

Irys zmienia TdB z nowoczesnej, pocukrzonej skóry w lekko szminkowe, przypudrowane retro. Faza ta trwa tylko chwilę, choć przy mojej nienawiści do szminkowego irysa, ciśnie się na klawiaturę „AŻ CHWILĘ”. Na szczęście irysowy pył zostaje zdmuchnięty przez słodkie przyprawy (jaki piękny kardamon!!!) i naprawdę wyczuwalne migdałowo-mleczne loukoumi.

Teraz jest już tylko błogo i słodko, bardzo słodko i bardzo błogo.
Bosphore to straszny dziwak, a Bertrand Duchaufour to absolutny geniusz, który nawet z takiej kakofonicznej masy składników potrafi stworzyć coś niesamowitego.


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates