Lorenzo Villoresi: Kamasurabhi

Mam wrażenie, że kolejne nowości tej marki przechodzą zupełnie po cichu i bez echa, a to przecież absolutnie cudowne i piękne zapachy! Zarówno Kamasurabhi sprzed kilku lat, jak i zeszłoroczny Atman Xaman to bogate, przyprawowo-drzewne kompozycje, które mimo że wg etykietek są wodami toaletowymi, mają moc i ekspansywność wód perfumowanych.

Atman Xaman ciągle oswajam, bo jego tabakowo-kocankowa słodycz zbacza niebezpiecznie w stronę Aziyade, a to już jedna z moich największych traum… Staram się nie sugerować i nie wyrabiać opinii, póki nie ponoszę tego szamana co najmniej kilka dni. Przyciąga i pociąga mnie w nim to uczucie „drugiej skóry” – chłodno-przestrzennej, dzięki nutom herbaty i drewna, ale też – ciepłej, nawet nieco owocowej – za sprawą miękkiej, wiśniowej tabaki, słodko-skórzanego labdanum i pylistej kocanki.
Jest moc. Warto poznać.

Ale do rzeczy, bo miało być o Kamasurabhi, a popłynęłam jak zwykle gdzie indziej.

Pamiętam, że mocno się zdziwiłam, tłumacząc materiały prasowe do Kamasurabhi, bo skład znałam doskonale z innego zapachu LV – Alamuta (którego z resztą miałam w kolekcji i kochałam za bardzo eleganckie nawiązanie do Samsary). Jednak podobnie jak Samsarę, Alamuta miałam wyłącznie do wąchania i podziwiania – noszony na skórze zbytnio mnie osaczał pudrowym sandałowcem i ciężką, ulepną słodyczą żywic.

W Kamasurabhi zachowując praktycznie taką samą piramidę zapachową, przywrócono kompozycji przestrzeń. Strzepnięto nadmiar pudru, wygładzono drewno, zmiękczono kwiatowe bukiety i, jak zapewniał mnie znajomy Hindus, wiernie odtworzono zapach indyjskiej świątyni.
I to mnie właśnie kupiło.


Gorzkie od sandałowca otwarcie szybko rozgrzewa się na skórze, wciągając w kwiatową otchłań. Kwiat pomarańczy, narcyz, róża, ylang-ylang, tuberoza… Nazwij dowolne kwiaty, pewnie tu są. Pojedynczo mogą wywołać zawroty głowy, a co dopiero w tej gęstej masie?

Słodka, miodowa, zmysłowa kakofonia oszałamia, ale już po chwili stapia się ze skórą, otulając ją miękką i subtelną woalką. Lorenzo, what kind of sorcery be this? Jakim cudem ta mieszanka morderczych, białych kwiatów tak delikatnie układa się na skórze i nie przytłacza nawet takiego migrenowca jak ja? Jakim alchemicznym trikiem spod morza kwiatów wyłania się z powrotem sandałowiec, już nie tak surowy jak w otwarciu, ale zmiękczony kremowymi kwiatami?

Tu drewno sandałowe jest dojrzałe, łagodne, lekko mleczne, wygładzone dotykiem tysiąca odwiedzających świątynię dłoni.

Flower Show in Lalbagh, Bangalore, Karnataka, India, Asia


Kompozycję zamyka zapach palonego kadzidełka. Nie kadzidła, tylko właśnie kadzidełka – nag champa (kto zna zapach patyczków w niebieskim pudełku, ten szybko zrozumie mój zachwyt – jest niepowtarzalny i najpiękniejszy na świecie). Słodkie, paczulowo-balsamiczne, ponownie (słowo klucz) – kremowe.


Kwiaty otulają sandałowca, sandałowiec otula skórę, jest spójnie, miękko i przytulnie, harmonijnie, pięknie. Komfortowe piękno i wewnętrzny spokój. Jestem indyjską świątynią – dosłownie.



Nuty:
głowy: egzotyczne kwiaty, jaśmin Sambac, róża, kwiaty pomarańczy
serca: tuberoza, ylang-ylang, narcyz, sandałowiec
bazy: sandałowiec, piżmo, ambra, skóra, paczula
Data powstania: 2015
Twórca: Lorenzo Villoresi
Koncentracja: woda toaletowa

Zdjęcie z jelonkiem z http://picdeer.com/, dom Lorenzo z uomogroup.com.
Kwiaty w misie z https://theblacknarcissus.com, a morze indyjskich kwiatów ze strony https://www.123rf.com.
Gif z profilu https://rudescience.tumblr.com

Tags: , , , , , , ,

Leave a Reply


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates