Posts Tagged ‘drzewnie’

Montale: So Iris Intense

niedziela, Marzec 5th, 2017

Są takie zapachy, po poznaniu których ma się ochotę zapalić papierosa.


If you know what I mean.

.

Przyznam się Wam, że już od dłuższego czasu nie spodziewa(ła)m się po Montale niczego. Brak oczekiwań = brak rozczarowań, co w przypadku coraz większej ilości niszowych perfum okazuje się wychodzić na zdrowie dla moich nerwów i ambicji. Montale zaczął iść w ilość, pakując zapachy do coraz bardziej szkaradnych kolorystycznie flakonów (spodziewałam się, że po gradientowym złoto-różusiu nie może być nic gorszego, ale wtedy pojawił się gradientowy złoto-majtowy turkusik…), więc straciłam do niego serce i trochę porzuciłam (nie powiem, z ulgą dla moich oczu i wyczucia gustu).

Widząc kolejną baterię blaszanych nowości od Montale (niespodzianka, gradienciki!), już, już miałam z pogardą je ominąć… kiedy zobaczyłam w nazwie jednego „iris”.
Nie żebym była irysową fetyszystką. Irys to jeden z bardziej traumatycznych składników jakie znam, szczególnie w – przerażająco przeważająco stosowanej – wersji pudrowo-szminkowo-tłustej (przysięgam, że na samą myśl mi niedobrze). A jednak do irysa mam jakąś dziwną słabość i sentyment, chyba ze względu na Hiris Hermesa. Możliwe że podświadomie szukam dla niego jakiegoś godnego, pięknego zamiennika, który nie przenicuje mi żołądka, ale rozkocha i uzależni… Było kilka całkiem udanych irysowych spotkań (znacząco strzela oczami w stronę Iris des Champs), ale brakowało motyli w brzuchu (nie mylić z motylami w żołądku).
Poza tym, orientalny, oudowy i mocarny Montale i iryski? To jakby My Dying Bride wydał album z bajkami dla dzieci. No helooł!

.

So Iris Intense jest piękny, czysty, irysowy i drewniany.

Zero ociężałej pudrowości. Lekko soczysta, melancholijna zieloność (klimat Zagorsk) łagodnie, kremowo rozlewa się na skórze i wysycha do przepięknych, równie łagodnych i szlachetnych nut drzewnych, nie gubiąc przy tym ani płateczka z irysowego bukietu.
Czysto, prosto, naturalnie. Żadnego obskurnego buduaru i zleżałych czerwonych szminek.

To nie jest zapach skomplikowany i zmienny – i być może to jest jego największa zaleta, bo nic tu irysa nie przytłacza i nie ujmuje jego piękna. Bazowa nuta drewienek przypomina mi nieco klasyka He Wood Dsquared2, z tą różnicą że w HW drewienka są bardziej wypolerowane i słodsze (w końcu połączono je z fiołkiem).

Można na upartego przyczepić się, że niewiele się dzieje, ale powiedzmy sobie szczerze – czasem fajnie jest dla odmiany pachnieć czymś nieskomplikowanym i „czystym”.

Ja jestem całkowicie kupiona. I chrzanić złoto-majtowy turkusik, chcę cały flakon!
(Najwyżej przemaluję go farbą w spray’u.)
(W sumie już ją nawet mam.)

Nuty: irys, sandałowiec, piżmo
Data powstania: 2017
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda perfumowana

.

Gif pochodzi z filmu „Marzyciele”, a macro-pornowe zdjęcie irysa z portfolio Silvii Spedicato (https://500px.com/silviaspedicato)

Nasomatto: Baraonda

piątek, Grudzień 16th, 2016

Mam wątpliwości.

Od godziny siedzę z laptopem na kolanach. Zdążyłam zeżreć dużą tabliczkę wedlowskiej Jedynej, wypić całą szałwię [nooo, oczywiście że wolałabym jakiś alkohol] i nadal nic nie napisać, choć tak bardzo chciałam.

Bo mam wątpliwości.
.

.

Zwykle nie czytam recenzji zapachu, który zamierzam opisać, co w zasadzie nie jest skomplikowane, bo ostatnio nie czytam niczego [poza mangami]. Tak się jednak złożyło, że jestem chwilowo mocno [perfumowo!!!] wyposzczona, więc jak tylko coś wpadnie mi w oko, to to hipnotyzuję w sieci – i na opisy Baraondy nie sposób było się nie natknąć.

I stąd te wątpliwości.
Bo mam wrażenie, że odczuwam ten zapach zupełnie inaczej.

Tak, nuta alkoholowa jest zauważalna, ale na mnie wyparowuje równie szybko jak z kieliszka. Przypomina mi koniak albo brandy – w wyraźną nutą suszonych owoców i słodyczą gorzkiej czekolady. Jest jednocześnie chropowata i gładka – zupełnie jak mocny alkohol, drapiący w gardło i pozostawiający pyszne nuty na języku. Na tym etapie bardzo, ale to BARDZO przypomina mi 1697 Frapin, w obu koncentracjach.

Ale to, co w Baraondzie najlepsze, przychodzi dopiero w dojrzałym sercu. Kiedy ostatnie promile znikną jak kamfora – na pierwszy plan wyłania się owocowy susz. Słodki, cierpki, rozkoszny, kwaskowo-pudrowy, głęboki i bogaty. Śliwki, jabłka, winogrona i cudowne, dojrzałe wiśnie posypane cukrem pudrem.

Widzicie to? Micha pełna wydrylowanych, kwaskowych, ciemnych wiśni.
Wiśśśśśśnie. Kwaśśśśne wiśśśśnie i pudrowy puch.
Gaaaaaah.

<Ociera ślinę.>
<Poprawia spódniczkę.>

Na tym – trwającym aż do końca – etapie Baraonda przypomina mi moje ukochane kompozycje od Christine Nagel (w szczególności In Black), o której wspominałam już w poprzednim wpisie. Przy czym jest jeszcze pyszniejsza, bardziej wyrazista, kwaskowa i w tej swojej pysznej (ile razy już to napisałam?) kwaskowości – prawdziwa. Podobnie jak w Sleeping with Ghosts, nie ma tu żadnego plastiku, żadnych zgrzytów. Jest za to prawdziwe, oblane brandy i zanurzone w kakao, sour-fruits-porn.

Rany, jakie to cudowne.

.

Nuty: brak informacji
Data powstania: 2016
Twórca: Alessandro Gualtieri
Koncentracja: perfumy

.

Zdjęcie pochodzi z twittera MASC – https://twitter.com/shopmasc
A gif (David Tennant w Fright Night [2011]) znalazłam w zasobach photobucket.com

Orto Parisi: Boccanera

wtorek, Styczeń 12th, 2016

Nadal istnieję! I nadal wącham. Tylko za dużo się działo i w sumie nadal dzieje się więcej, niż potrzeba ;] Więc jeszcze zanim mi odbije i zacznę kisnąć z zachwytu nad tym, jak to cudownie pachnie moje własne dziecko oraz wszystko, co z siebie wyprodukuje – postaram się napisać coś o perfumach.

A właśnie, są tu jacyś fani Gualtieri? Tak? O, to sory ^^

boccanera

Ogólnie z perfumami Alessandro mam trudne relacje.
Jego pierwsza marka – Nasomatto, jej szata graficzna [drewniane korki wielkości samego szklanego flakonu ♥] i gęste, zaskakujące zapachy – bardzo mi się podobają. W szczególności uwielbiam narkotyczny i seksualny Narcotic Venus vel Narcotic V., drzewno-pyszny Pardon i zielony od piołunu Absinth. Potem zaczęły się cyrki z dostępnością Black Afgano [którego szału do tej pory nie rozumiem], potem jeszcze większe cyrki z dostępnością próbek; zmienianie filozofii i otoczki wokół zapachów, a dokładnie zakaz mówienia o składnikach; no telenowela!

A potem pojawiło się Orto Parisi i cały czar prysł. To znaczy, sama nie wiem. [Uwaga, będzie rozkmina.]

Już od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy perfumiarza [w szczególności niszowego] na pewno można nazywać artystą? No bo zobaczcie, każdy artysta ma swój styl. Szczególnie ci najwięksi i najbardziej rozpoznawalni mają tak charakterystyczną kreskę, że nie pomyli się ich z nikim innym. Ich obrazy mogą przedstawiać różne miejsca, postacie, przedmioty… Każdy jest inny, a jednak – no właśnie, jednak od razu wiadomo, że każdy wyszedł spod tego czy tamtego pędzla.

A perfumiarz? Pomijając wyjątkowość Jean-Claude Elleny, ciężko znaleźć nosa, który tworzyłby wyjątkowe i wybitne zapachy, mimo wszystko zachowując swój unikalny styl. Perfumiarz, który się powtarza, staje się nudny i przewidywalny – wąchając trzeci podobny-do-już-istniejącego zapach ma się wrażenie, że albo odwala manianę albo stara się łatwo i szybko zarobić.
Gdzie jest ta cienka perfumowa granica pomiędzy „charakterystycznym czymś” a „powtarzalnością”?

Ok, to może teraz – uśpiwszy wszystkie dwie osoby, które weszły na mojego bloga i wytrwały do połowy wpisu – przejdę do rzeczy. Nie bez powodu zrobiłam tak długi wstęp, albowiem ponieważ bo – mam właśnie taki problem z Alessandro Gualtierim.
Wąchając i oglądając materiały prasowe do Orto Parisi, odnoszę wrażenie że oto oryginalny i czasem szokujący artysta-perfumiarz zmienił się w kota, który naćpał się kocimiętką i świruje. Zachłysnął się własną sławą i przestał tak naprawdę tworzyć, a zaczął odtwarzać. Ja wiem że seks, wszelkie dwuznaczności, etc. się dobrze sprzedają; ale to już staje się zbyt nachalne i oczywiste w swojej podtekstowości.
No wiecie, jak w tym skeczu Monty Pythona

.

A więc, Boccanera. Spodobała mi się nazwa – skojarzyła mi się z habanerą, dopiero później doszukałam się tego bardzo hm, oczywistego tłumaczenia.
No więc, Boccanera. Mroczna dziurka. Pardon, ciemne usta. Choć biorąc pod uwagę zdjęcie do zapachu, to jednak moje pierwsza tłumaczenie bardziej tu pasuje. A to i tak lepsze, niż znaczenie łacińskiego słowa stercus
Boccanera, czyli zróbmy sobie drugie Black Afgano.

philadelphia story gif

Szałłłowo.
Aż zastanawiam się, czy na tym nie zakończyć recenzji.

Boccanera nie jest zapachem złym. To dymny, słodko-gorzki eliksir, gęsty i charakterny. Ma w sobie chropowatość opalonych nad ogniem kawałków drewna i masochistyczną słodycz cierpko-gorzkiego kakao. Oblepia skórę na wiele godzin, choć w dość jednostajny sposób. Jest piękny, ale nadal… to klon Black Afgano.
Tego się nie da nazwać „charakterystycznym stylem”, tak jak obecnej władzy nie można nazwać dorosłą demokracją. To raczej przeniesienie zabawek do nowej piaskownicy i czekanie na piniąszki, które niedługo wpłyną na konto za nowe dzieło.

Więcej energii z siebie nie wykrzeszę, a jad na bieżąco staram się odsączać. Nie wypada tak po długim powrocie brutalnie po kimś jechać; bo widz odzwyczajony szoku dostanie i ucieknie. I stracę tych dwóch czytelników na zawsze ;D

.

Nuty: tajemna tajemnica!
Data powstania: 2014
Twórca: Alessandro Gualtieri
Koncentracja: perfumy

Zdjęcie pochodzi ze strony ortoparisi.com
A gif z filmu Filadelfijska Opowieść z 1940 roku [Katharine Hepburn, Cary Grant i James Stewart, aaa! ♥]

Frapin: Nevermore

wtorek, Lipiec 21st, 2015

Czasem zdarza się, że w coś się wpadnie i choć zachwyca to i emocjonalnie poniewiera, to brakuje słów, żeby wszystkie emocje opisać. W ciągu ostatnich kilku miesięcy zdarzyło mi się trzykrotnie wpaść po uszy i planuję wszystkie te obsesyjne miłości dzielnie spisać… Choć wszyscy wiemy, jak się u mnie kończą wszelkie obietnice dotyczące częstotliwości dodawania wpisów :3

 

dark-brown-flourish-border-line-hi.

Nie pamiętam już, kiedy po raz pierwszy przeczytałam o Nevermore, ale dokładnie pamiętam to uczucie: wiedziałam że będzie mój. Składu nie musiałam nawet czytać [i co właśnie z zaskoczeniem sobie uświadomiłam, nie pamiętam go do dziś] – nazwa, jak przystało na osobę od kilkunastu lat zakochaną w Edgarze Allanie Poe i jego dziełach, przesądziła sprawę i mój los. Przepadłam, zanim go jeszcze powąchałam.

Zastanawiam się, z której strony podejść do Nevermore, bo aż kusi, żeby zanurzyć się w „Kruku” E.A. Poe, ba, zanurzyć się w całej jego poezji i jak Vincent z filmiku Tima Burtona, już z niej nie wypływać. Ale ten zapach, choć melancholijny, nie jest wcale mroczny. Nie ma w nim horroru ani fantastyki, żadnych romantycznych i tragicznych tajemnic… Jest za to senne przemijanie i zapomnienie.

.
dach2

Nevermore pachnie jak stary, zapomniany kościółek gdzieś na skraju równie starej i zapomnianej drogi. Próchniejące stropy powoli, ale nieubłaganie tracą swoje cenne malowidła, ściany pokrywają się wilgocią i zieloną tapetą z mchów i porostów. Zniszczenia są wszechobecne, ale nadal wyglądają i pachną pięknie…

Pachną starym – przez lata okadzonym i zabalsamowanym palonymi żywicami oraz pastami konserwującymi – drewnem. Ciepłym, miękkim drewnem, przetykanym świeżo kiełkującą zielenią nieubłaganej natury, która koniec końców zawsze zwycięży. Przesyconym kadzidlanym dymem i przykurzonym drewnem, w którym tli się jeszcze aromat świeżo ściętych i oheblowanych desek, na których perliła się kiedyś żywica.
Starym drewnem, który pamięta jeszcze swoją młodość i siłę.

To najpiękniejszy drewniany [nie drzewny] zapach, jaki kiedykolwiek wąchałam i miałam przyjemność nosić. Ciepły i pylisty, a jednocześnie balsamiczny. Stary i zielony, smutny i napawający radosnym wzruszeniem. Ma w sobie coś z dzieciństwa, i to sądzę że dzieciństwa każdego z nas. Przytulny i kojący, wzbudza szacunek i zachwyt.

I tu chyba mogę wrócić do melancholijnego kruka, który uparcie wypowiadał tylko jedno słowo. Jest jak Nevermore: nieubłagany, dostojny, piękny, idealnie spojony z naturą. I już na zawsze, dzięki wierszom E.A. Poe – melancholijny.

 crow1

Nuty: aldehydy, czarny pieprz, gałka muszkatołowa, szafran, róża, ambra, cedr
Data powstania: 2014
Twórca: Anne-Sophie Behaghel
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie pochodzi z bloga liskamonet.blogspot.com
Gif – z serwisu tumblr.com

Olympic Orchids: Blackbird

piątek, Styczeń 30th, 2015

Truizmem byłoby napisanie, jak niesamowite emocje potrafią wywołać lub wzbudzić perfumy. Spotykałam już zapachy smutne, melancholijne, złośliwe, prowokujące… Znowu truizm. Ale wiecie, o co mi chodzi.

Nie w każdym jest taka magia, nie każdy do mnie przemawia; niektóre prześlizgują się między myślami i rozpływają w powietrzu, niezapamiętane. A niektóre zapadają tak głęboko, że czuję, jak ciągną mnie w dół.

Na samo dno.

.

kojima

.

Nic nie zapowiadało tak efektownego upadku w ciemność.

Iglaste otwarcie jest zielone, miękkie i wilgotne, jak mech w poszyciu, jak rozpadająca się ze starości kora na drzewie. Dzikie, buchające drzewnością, kuszące. Słodycz sosnowych szpilek i leśnych owoców ustępuje po jakimś czasie kwaśnej, tak charakterystycznej nucie jodły syberyjskiej, ale w tym połączeniu – nie traci ona swojego piękna. Jest soczyście, zielono, leśnie do granic wytrzymałości i poczytalności.
Przekraczasz granicę drzew, wchodzisz głębiej w gęstą zieleń i nawet nie zauważasz, że światła jest coraz mniej, a z koron drzew nie dobiega żaden ptasi śpiew…

I przepadasz.
Nie ma drzew. Nie ma miękkiej zieleni ani orzeźwiającej, sosnowej żywicy.
Jest za to czerń, gęsty mrok, tak obezwładniający, że nawet nie myślisz o strachu. Czerń, która niczym najgęstsza melasa oblepia ciało i myśli, unieruchamiając je. Wspomnienie zielonego lasu ledwo zdąży się pojawić, już znika – delikatna, przestrzenna kadzidlana smużka rozpływa się w idealnej ciemności. Lepki, słodki mrok otula i ciągnie coraz głębiej. Zapadasz się.

Nie ma morału, nie ma epilogu. Przestajesz istnieć. Czerń trwa wiecznie.

Dawno już żaden zapach nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Jest prosty i tak ostry/intensywny, że za każdym razem doprowadza mnie do migreny, ale masochistycznie nie jestem w stanie się od niego oderwać. Jest prosty i jednostajny, ale w tym właśnie tkwi jego geniusz. Zapadam się w nim, znikam, jak w transie uciekam ze swojego ciała i dryfuję w ciemności. Bez myśli, bez uczuć, bez słów. Ja, Blackbird i moje demony.

 

Nuty: jeżyny, siano, liście, elemi, drewno i żywica cedrowa, ambra, absolut balsamu jodłowego, piżmo
Data powstania: 2013
Twórca: Ellen Covey
Koncentracja: perfumy (25%)

Grafika autorstwa boskiej Ayami Kojima.

Maison Francis Kurkdjian: Absolue pour le Soir

wtorek, Listopad 18th, 2014

Spodziewałam się naprawdę strasznych, traumatycznych przeżyć, po których będę się budzić w nocy z krzykiem i już nigdy nie zagram na skrzypcach. Miało być brudno, cieleśnie, zwierzęco – ba, miało być fizjologicznie i odpychająco. Spodziewałam się dzikiej bestii, która mnie zgubi i pożre.

dracula
Nie wiem, może pomyliła adresy czy co, może ja jeszcze poczekam?
.

Ten zapach ma w sieci absolutnie skrajne opinie; tyle samo osób go kocha, co nienawidzi. W moim otoczeniu zdecydowanie przeważa druga opinia, której zwykle towarzyszą niezwykle plastyczne torsje…

Pamiętam, że kiedy MFK pojawił się w Polsce, testowałam wszystkie kompozycje i zapachowi na wieczór – ani w wersji kolońskiej, ani absolutnej – nie miałam nic do zarzucenia. Apetyczny, gęsty miód podbity benzoesem [benzoes – i wszystko jasne] w absolucie co prawda trochę mnie przytłaczał i potrafił wykształcić własny, acz bardzo źle wychowany byt [to on pierwszy właził do pomieszczenia, dopiero potem wchodziłam ja] – ale jednak „było ok”.

Niedawno uparłam się na powtórkę, trochę zdezorientowana, o co tyle szumu i ostrzenia kołków. I niestety, jak to u mnie zwykle bywa, przepadłam.

.

Najbardziej zachwycające jest otwarcie: to najczystszy dym palącego się kadzidła frankońskiego. Ciepły i słodko-drzewny, ale z taką charakterystyczną gorzko-słoną nutą; orzeźwiający, a jednocześnie… apetyczny [wiadomo – benzoes]. Zagubionych w moim opisie odsyłam do najbliższego kościoła. Tu nie ma żadnej cytruskowej gry wstępnej – mirra, olibanum, benzoes atakują od pierwszych sekund, wpijając swoje narkotyczne zęby w miękkie ciało.

Gęsta, balsamiczna mieszanka powoli roztapia się na skórze, by po chwili ściekać z niej strugami złocistego miodu. Jest słodko, tak słodko, że włącza mi się bezwarunkowy odruch parzenia earl greya, a jednak ani na moment – nie mdląco czy nieprzyjemnie. W lepkich kroplach miodu można wyczuć odrobinę kadzidła oraz różę w wydaniu „konfiturowym”. Po dłuższej chwili znów wybija się żarzące się kadzidło, ale nie na długo – przygasa, oblane miodem… I tak tętni na skórze, nieśmiertelne w swojej mocy i uporze. Miód – kadzidło – miód z różą – kadzidło – miód – miód. Powtarzają się akordy falują, przenikają, pulsują, w idealnej harmonii.

Leżę, uwalona miodem i otumaniona kadzidłem, i czekam na tę obiecaną bestię…
… która okazuje się być nie krwiożerczą bestią z najgorszych horrorów klasy B, ale bestią baśniową. Samotną bestią z magiczną różą. I piękną miłością :)

belle-et-la-bete-1946-002-josette-day-jean-marais-faces-sideways

.
Nic na to nie poradzę, uwielbiam happy endy.

Nuty: benzoes syjamski, absolut kadzidła, miód różany, ylang ylang, kminek, cedr atlaski, sandałowiec
Data powstania: 2010
Twórca: Francis Kurkdjian
Koncentracja: woda perfumowana

 

Pierwsze zdjęcie to kadr z filmu „Bram Stoker’s Dracula” reż. Francisa Forda Copolli z 1992 roku.
Drugie – kadr z „La Belle et la Bête” Jeana Cocteau z 1946 roku.

Piotr Czarnecki: Sensei EdT, EdP, EXT

piątek, Wrzesień 12th, 2014

O ile jeszcze jakiś czas temu pytałabym „czy ktoś jeszcze nie zna Sensei?”, tak teraz powinnam raczej spytać „czy ktoś jeszcze nie ma Sensei?!” ;] Zapach ten, o którym miałam już okazję pisać, podskakując na krześle jak nastolatka na koncercie Timberlake’a; zrobił absolutną furorę. Zawojował nie tylko polskich perfumoholików, ale i zagranicznych, ba! pojawił się nawet na Luckyscent. Nie potrafię Wam opisać wewnętrznej dumy, która mnie rozpiera, kiedy widzę jaką sławę i uznanie zdobywa zapach Piotra Czarneckiego.

Bo naprawdę, wcale mnie to nie dziwi.
Pomijając aspekty wizualne, czyli piękny [i nieco steampunkowy, ale ja mam zboczenie, więc wiecie…] flakon i korek oraz klimatyczne pudełko, zapach od samego początku – zachwyca. Z moich wieloletnich poszukiwań i testów jasno wynika, że niestety ale ciężko jest znaleźć perfumy, które mając w sobie tyle mocnych, słodkich i ciężkich składników, są noszalne i nadają się „do ludzi” ;] I w których naprawdę można wyczuć i kawę, i cynamon, i żywice, i puchatą ambrę, a nie morderczą kakofonię.

To co, kawa kawusia, siądźmy wygodnie i przejdźmy do części najprzyjemniejszej…

mielona kawa

 

Zacznę od wody toaletowej, która wcale taka toaletowa nie jest. Od początku dominuje tu miękki i lekko wilgotny od świeżości, słodki i korzenny piernik. Z orzechami włoskimi i gorzką czekoladą na wierzchu. W zasadzie to zastanawiam się czy „dominuje” jest dobrym określeniem, skoro poza piernikiem niczego tam nie ma… Ok, odrobina białej czekolady i chyba lukier cytrynowy. A poza tym dużo, dużo piernika. Czy wspominałam o pierniku?

piernik

 

Woda perfumowana to mój faworyt.
Wyobraźcie sobie ciacho z wersji EdT, ale nasączone alkoholem. Duuużą ilością alkoholu. Na przykład całą butelką. Jest tu również i polewa czekoladowa, ale grubsza, miękka i lśniąca [nie ma mowy o żadnym produkcie czekoladopodobnym]. W powietrzu unosi się aromat goździków, słodkich owoców i świątecznego oczekiwania na ten cudowny moment, kiedy wreszcie nastanie godzina zero vel „koryto” i będzie można napchać się uszek po uszka.

Tak, skojarzenie mam jednoznaczne – z grudniowymi świętami. Na tyle mocne, że wąchając Sensei EdP, czuję w brzuchu motylki, jak kiedyś, kiedy jako dzieciak nie mogłam się nazachwycać świąteczną atmosferą, jedzeniem na stole, ciepłymi światełkami na choince i oczekiwaniem na prezenty [no ba!].

choinka

 

Jedna kropka ekstraktu Sensei i staję się cynamonową dziewczyną, o której absolutnie boskim niskim głosem śpiewał kiedyś Peter Steele. Dwie krople – i dziewczyna zmienia się w demona.
Ten zapach ma niebywałą gęstość i moc, a jednocześnie ma w sobie przestrzeń i nadal ładnie się zmienia. Cynamon, w otwarciu suchy i pylisty, łagodnieje i nabiera bardziej korzennych, „świątecznych” nut, do głosu dochodzi śliwkowy susz na kompot i pierniki w czekoladzie. Jest słodko i apetycznie, nic tylko wpić zęby w szyję, ale nie mdło ani ociężale-pudrowo.

Nie mogę się doczekać zimowych, smętnych wieczorów, kiedy to ekstrakt Sensei będzie mnie rozgrzewać i rozjaśniać od środka, jak przyprawiona i słodka kawa :)

Chyba nie muszę dodawać, jaka jestem szczęśliwa że mam swój flakon Sensei?

.

Nuty: whiskey, kawa, tabaka, pieprz, cynamon, kadzidło, mirra, akord przypraw, ambrette, labdanum, benzoes, ambra, piżmo
Data powstania: 2013
Twórca: Piotr Czarnecki
Koncentracja: woda toaletowa, woda perfumowana, ekstrakt perfum

.

Kawowy gif pochodzi ze strony rebloggy.com
Pyszny piernik z www.telegraph.co.uk
Choinka od środka z naczytane.blog.pl


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates