Posts Tagged ‘drzewnie’

Perris Monte Carlo: Bois d’Oud

piątek, Marzec 7th, 2014

Ach, jakże byłam szczęśliwa, kiedy odkryłam że jest na świecie oud, za którym szaleję i który wielbię pasjami!

flapjack
A potem się dowiedziałam, że nie ma w nim oudu.

Kurtyna.

 .

Perris od samego początku zrobił na mnie dobre wrażenie. Co prawda złocistość flakonów daje po oczach równie mocno, jak palant, który jedzie przez miasto na drogowych i przeciwmgielnych razem, ale idzie się przyzwyczaić. Warto. Dla zawartości.
Zawartość jest bowiem boska. Gęsta. Zawiesista. Perris to w zasadzie kwintesencja zajebisto zawiesistości. Czy to paczula [czekoladowa, drzewna], czy ambra [słodko-słona, żywiczna], czy róża [syropowa i krwistoczerwona] – wszystkie kompozycje autorstwa Gian Luca Perrisa mają niesamowitą moc i głębię. A te oudy…

.

perris.

Do Bois d’Oud idealnie pasuje określenie: mięsisty.

Wszystkie składniki są w nim pełne, dojrzałe i nasycone. Apetycznie słodko-kwaskowy miąższ śliwki łagodzi welurowa, grubo-płatkowa róża. Balsamiczne, twarde drewno otula gęsty, lepki oud i skórzane, ciemne labdanum. Jest gęsto, bogato, słodko-wytrawnie, orientalno-drzewnie i cieleśnie.
I o ironio, bez najważniejszego składnika, który tak sugestywnie i namacalnie wsiąka w całą kompozycję.

Bois d’Oud bez oudu? To jak sernik bez twarogu, absynt bez tujonu albo Avengers bez Loki’ego.
Można, ale smutno.
Więc siedzę, jak dziecko któremu pokazano magiczną sztuczkę, a potem wytłumaczono że cała magia to tylko iluzja. Siedzę i nie wierzę. Byłam gotowa nos sobie odciąć za oud w Bois d’Oud! Tymczasem z magicznego kapelusza zamiast oudu, wyskoczył na mnie Karanal [który nawiasem mówiąc aaaach, jak bosko pachnie!] i jeszcze się głupio uśmiecha.

Nie zmienia to, oczywiście, mojego uwielbienia do Bois d’Oud. Ani nieobecny oud, ani zabójcza moc zapachu, ani złoty flakon ani irys w składzie… No nic mnie do niego nie zniechęci. Jest zbyt piękny i zbyt oudowy.
Pokornie do nóżek Gian Luca Perrisa padam, bo stworzył prawdziwe coudo.

Bez oudu.

.

Nuty:
głowy: bergamotka
serca: brzoskwinia, śliwka, jaśmin, róża, irys, kwiat pomarańczy
bazy: cedr, czarne drewno, paczula, wanilia, ambra, labdanum, piżmo
Data powstania: 2012
Twórca: Gian Luca Perris
Koncentracja: woda perfumowana

Gif ze strony bluhgifs.tumblr.com.
Zdjęcie z it-it.facebook.com.

Fragonard: Cette Nuit Là

niedziela, Wrzesień 22nd, 2013

Znacie to? Odkryjecie coś przypadkiem [np. z pomocą Cbr ^^], zakochacie się, stanie się waszym nowym signature scent, będziecie nadużywać aż zacznie płynąć w waszej krwi i… wtedy się okaże, że go wycofują.

loki

No właśnie.
Miałam tak z Pocałunkiem Smoka, a obecnie z Cette. Mówią, że do trzech razy sztuka…

.
Cette Nuit Là to zapach absolutnie magiczny. I perfekcyjny.
Po pierwsze i bardzo ważne: jest idealnie odwzorowanym aromatem kadzidełek nag champa – Intrigant Patchouli może się schować do szuflady. Po drugie: ma piękny flakon z fragonardowym słońcem na dnie i bardzo pocieszającą pojemność 200ml. Po trzecie i najważniejsze: jest od początku do końca, od rana do nocy, od słońca po wichurę – absolutnie mój. Każda faza CNL jest piękna i mogłaby trwać wiecznie [w zasadzie nie jest to duża przesada, bo mimo koncentracji wody toaletowej, ten zapach ma i moc i ogon i trwałość, których może mu pozazdrościć wiele wód perfumowanych], każdą nie mogę się nasycić.
.

cette nuit.

Zaskakuje od samego początku – brakiem standardowego cytrusowego otwarcia. Zamiast niego, od pierwszych sekund Cette otula miękkim kadzidłem: słodkim, ale nie przesłodzonym, gdyż w ryzach trzyma je nieco męskie, cierpko-gorzkie neroli. Jednak ta surowa kwiatowa nuta w końcu mięknie pod urokiem kremowych żywicznych nutek, które coraz rozkoszniej układają się na skórze. Po zaledwie kilku minutach Cette rozkwita takim bogactwem orientu, że nie jestem w stanie oderwać od siebie nosa, z oczami jak u kotka ze Shreka podziwiając spójność i kocią grację tej kompozycji.

Granice między nutami głowy, serca i bazy są zatarte – składniki dryfują leniwie, spotykając się, wymieniając, obijając o siebie i wracając. Pierwsze skrzypce należą bezsprzecznie do wyraźnie morskiej ambry i świetnego jakościowo sandałowca [słono-słodkiego, gładkiego i śmietankowego, mniam]. Między nimi przemykają pikantne przyprawy i żywice – wyczuwam budyniową wanilię, słodko-gorzką mirrę, czekoladową paczulę i zaskakująco zwierzęcą [taką lekko „brudną”] nutę piżma. Słodycz pogłębiają upojne białe kwiaty: jestem pewna, że wyczuwam tu narkotyczną nutę gardenii tahitańskiej czy chociaż ylang-ylang, niestety skład o nich milczy, wymieniając jedynie jaśmin. Który potwierdzam, jest. Stłamszony przez gardenię i ylang ;]

Ta równowaga utrzymuje się już do samego końca zapachu, czyli nawet i czternaście godzin – wspominałam, że jest nie do zdarcia. Baza jest może subtelnie bardziej pudrowa i zwierzęca, ale nie zauważam dużych zmian; żadnych potajemnych angielskich wyjść, wszystkie składniki są, tylko mniej ruchliwe ze zmęczenia ;]

Słodkie, urocze i drewniane.

śpiący kotek

.

Wydaje mi się, że gdyby nie resztki instynktu samozachowawczego, wbiłabym w siebie widelec z łakomstwa.
Cała kompozycja daje podobnie apetyczny [owszem tak, dla mnie najapetyczniejsze nuty w perfumach to te, które absolutnie nie nadają się do jedzenia] efekt, co perfumowany Pocałunek Smoka – paczulowo-drzewnego, budyniowego ciasta. Podobna gęstość, słodycz, choć Cette jest dużo mniej humorzaste i kapryśne. Pachnie za każdym razem równie pięknie. Słodko. Zawiesiście i gorąco.

Cette Nuit La wprowadza mnie w tak przyjemnie senny i miękki stan, że nawet nie chce mi się rozrywać na strzępy twórców decyzji o wycofaniu tego arcydzieła. Pokładam całą nadzieję w gołębiach, przelatujących nad ich głowami i w ich malutkich, nieprzewidywalnych przewodach pokarmowych.
Choć zasłużyli na co najmniej kormorany ;]

.

Nuty:
głowy: bergamotka, neroli, galbanum
serca: irys, jaśmin, róża bułgarska, liście fiołka, kminek, kolendra
bazy: sandałowiec, ambra, paczula, piżmo, skóra, wanilia
Data powstania: 2005
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda toaletowa

.

Smutny, acz nadal oko cieszący Loki wzięty z hiddlesgif.tumblr.com
Pierwsze zdjęcie pochodzi ze strony www.fragonard.com
Drugie zdjęcie pochodzi z serwisu critteristic.com

Van Cleef & Arpels: Bois d’Iris

poniedziałek, Lipiec 15th, 2013

Jeżeli ze względu na nazwę spodziewaliście się masakry, rzezi niewiniątek i okrucieństwa nie do przyjęcia, okropnie Was dzisiaj rozczaruję. Ten irys jest całkiem (z)nośny. Albo ja w bardzo złej formie ;]

van cleef&arpels

Może ze względu na to bois w nazwie? Bo trzeba przyznać, że irys przywalony stosem drewna traci swoje mordercze zapędy i potulnieje. Staje się kremowy i zielonkawy [ale nie marchewkowy], świetlisty i ciepły, taki milusi i trochę nawet żywiczno-skórzany [taką nutę miękkiej skóry często nadaje nie przedobrzony fiołek].
Nie wiem czy słusznie, ale wyczuwam spore podobieństwo do Iris Taizo Parfumerie Generale, który też o dziwo lubię i o zgrozo, noszę czasem z lubością. Ten sam miks miodowej Dolce Vity, gładkiego He Wood i odrobiny pudrowej wanilii.

Szkoda tylko, że zapach mimo swojej estraordynarnej otoczki, tak szybko wypłaszcza się na skórze i niknie… Pół godziny (PÓŁ GODZINY!) i na skórze zostaje lekko plastikowa wanilia. Znika cała świetlistość, miękkość i apetyczne drewna polane miodem, tak pyszne że ma się ochotę wsadzić w nie łyżkę. Trochę jestem rozczarowana. Nie przepadam co prawda za uczuciem wyrywania mózgu przez ucho z wrażenia albo przerażenia, ale niechby się cokolwiek zadziało!

A to tylko mała iskra, gasnąca zanim zdąży cokolwiek rozgrzać.

 

Nuty: irys, mirra, labdanum, kadzidło, ambra, morskie drewna (driftwood), wetiwer, ambra, wanilia, cukier
Data powstania: 2009
Twórca: Emilie Coppermann
Koncentracja: woda perfumowana

 

Etro: Musk

wtorek, Lipiec 9th, 2013

Jeśli zapachy są jak muzyka, ten – jest ciszą.

Nieuchwytny. Niewidoczny. Nieistniejący?
Nie mogę napisać, że jest świeży – świeżość kojarzy się z cytrusami, wyjętym z pralki [białym] praniem, krystalicznie czystą wodą. Pudrowy: absolutnie, ani okruszka pudru, słodkiego czy miałkiego. Ziołowy? Kwiatowy? Orientalny? Znowu NIE.
Jest bogaty i pięknie stapia się ze skórą, a jednocześnie jest niczym. Żadnym znanym i rozpoznawalnym składnikiem.

C i s z a.

Trwam w niej, zachwycona absolutnym spokojem, nicością i przestrzenią.
Po chwili jednak orientuję się, że ta cisza nie jest doskonała. W tle słychać szumy, głosy i odgłosy, które początkowo złakniony pustki mózg pominął. Dźwięki te, niesłyszalne wydawało się, stają się coraz głośniejsze i nagle oczywiste w swojej obecności. Tykanie zegara? TO TU BYŁ ZEGAR?

Sandałowiec.
Piżmo. Piżemko właściwie.
Wypolerowane kawałki drewienek.
Tchnienie. Muśnięcie. Wyczuwalne, ale nie zostawiające na skórze żadnego śladu.

Niby nic, a jednak wielka miłość. Z próbki wyrósł cały flakon, który spijam bez opamiętania.
Nie wiem czy otoczenie go wyczuwa, ale bez tego zapachu chwilowo nie jestem w stanie oddychać. Otula mnie, niewidzialnie przytula i mówi, że wszystko będzie dobrze, nawet kiedy chce mi się wyć, zawinąć w dywan i udawać że wcale nie istnieję.

Czyli w zasadzie… codziennie.

etro musk
Nuty:
głowy: bergamotka, grejpfrut, werbena
serca: sandałowiec, gwajak, cedr
bazy: indyjski sandałowiec, piżmo
Data powstania: 2004
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda toaletowa

Zdjęcie pochodzi ze strony www.xazzperfumeria.com

Oriflame: Elixir Amber Night

piątek, Lipiec 5th, 2013

Ekhm. Załóżmy, że to będzie jeden z tych zaplanowanych, próbkowych wpisów, ok?
Choć prawdę mówiąc, jest to wpis flakonowy, który bezczelnie się między próbki wcisnął. Kilka dni temu nie wiedząc w zasadzie po jaką cholerę i absolutnie nie nauczona doświadczeniem, kupiłam go w ciemno, zapłaciłam i po przyłożeniu głowy do poduszki, natychmiast o nim zapomniałam. Dotarł całkiem szybko i jeszcze szybciej mnie zachwycił.

Ja to w ogóle jakaś chwytliwa jestem.

amber elixir night

 

Po pierwsze – flakon. Przeciwnicy Ori i Avonu zaraz się rozkrzyczą, że to plagiat, podróba i jak tak można. Z jednej strony zgadzam się z nimi, bo podobieństwo do Black Orchid jest bardzo duże, aaaaleee ponieważ zapach to zupełnie inna bajka, a na dodatek zawsze podobał mi się kształt i faktura szkła BO, ale samego BO nie cierpię pasjami [o czym zaświadczyć może mój udomowiony paw i ta recenzja] – będę go bronić. Niech pierwszy, kto nie ma torebki/zegarka/okularów stylizowanych na coś high-endowego i super-exclusivnego [i jest tego pewien], niech pierwszy rzuci bezą! I trafi. Khehe.

Ale mniejsza ze szkłem, które jest naprawdę urocze, śliczne i dobrze wykonane. Co z zawartością?

 

Otóż zawartość zaskakuje. Przede wszystkim dużą zmiennością nut.
Otwarcie – pudrowe, różane, w stylu Ombre Rose l’Original Brosseau, czyli dość lepkie i ciężkie. Po chwili uświadamiam sobie, że ta lepkość to wcale nie pudrowe róże, ale coraz mocniej wiercące w nosie żywice. Słodkie, ale pieprzne, lekko karmelowe, z nutą słonecznej ambry [choć ze względu na duże podobieństwo w tym miejscu do Ambar, nie wiem czy nie powinnam napisać „z nutą słonecznego bursztynu”].
Następnie do głosu dochodzi surowe, wręcz cierpkie kadzidło, które zmienia zapach po raz kolejny. Rozgrzane ciepłem skóry, odsłania swoje słodsze, kremowe oblicze. Spowite w miękkie futerko i milutkie, wypolerowane nuty drzewne, trwa na skórze zaskakująco długo.

Gdybym miała opisać ten zapach i to, jak się czuję kiedy go na sobie mam, pokazałabym to zdjęcie:

sleeping cat

Dodam, że późna baza ponownie się wykadzidla, tym razem w wersji lekko dymnej i mocno przestrzennej.

Kremowo-futerkowy kameleon :)
Zakochanam. Planuję zapas. Walka z rozsądkiem jeszcze trwa.

 

Nuty:
głowy: bergamotka, dzika róża, kadzidło
serca: irys, ambra, benzoes syjamski
bazy: paczula, wanilia burbońska, sandałowiec
Data powstania: 2013
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie flakonu pochodzi ze strony blog.ubintervip.pl
Kotek w formie tapety z: www.new-wallpapers.net

By Kilian: In The Garden of Good and Evil, część III

niedziela, Marzec 10th, 2013

W mieście grzechu jest… znajomo.
Podobieństwo rzuciło mi się w nos od razu. Po chwili dopadło mnie drugie.

Róża, śliwka, kardamon… Jakieś skojarzenia?
Zamiast kardamonu dodajcie kadzidło – a teraz?

 

inoui

Ok, a teraz?

Nie?
Czyli jednak jestem freekiem.

Więc już tłumaczę. Zdjęcie pochodzi z szalonej reklamy kosmetyków INOUI Serge’a Lutensa, a In The City of Sin pachnie na mnie jak Feminite du Bois post mortem.
There. In your face.


Duch FdB
naciera od samego otwarcia, bez żadnej gry wstępnej, pytania „pieniądze albo życie” czy choćby subtelnego chrząknięcia. Po prostu jest i kropka.
Nasączone olejkami drewna, gęste i ciemne, polane owocowym sokiem i jasnym miodem wydają się być jadalne i przepysznie chrupkie – jak schłodzona czekolada. Trwam w niemym zachwycie, tym bardziej że śliwkowo-różane otwarcie ma w sobie również coś z boskiej Poison… Charakterystyczna zawiesistość obu duchów dość szybko jednak znika.
W sercu, In the City of Sin nabiera miękkości i świetlistości. Przepiękny kardamon, delikatne płatki róż, suche acz słodkie kadzidło… Nie da się ukryć, że na tym etapie dominuje kardamon, dzielnie trwając na szczycie mimo ciągłych ataków ze strony odzianego w lukrowy płaszczyk kadzidlanego dymku.

I tu podobieństwo do FdB ponownie daje się we znaki, jednak tym razem w sposób, za który dzieło Lutensa dawno już pożegnałam – robi się mdląco. I tak niestety zostaje, na wieki wieków, amen.
Jest mlecznie, cieleśnie, ciepło, mechato-morelowo. Brzmi całkiem nieźle, owszem, taka mleczność Etry zmieszana z Yvresse: jest retro-puder, jest błyszczący i soczysty miąższ owoców, są urocze drewienka… Ale wszystko to jest zbyt namacalne i natarczywe. Szczególnie puder z czasem zaczyna przyduszać, stając się irytującym, niemożliwym do usunięcia ze skóry upiorem z szafy. Przeperfumowanym futrem, zostawioną w szufladzie na miesiąc brzoskwinią, kiepskiej jakości wilgotnym pudrem do twarzy… Czy wyraziłam się dość jasno?

To świetnie.
Zatem w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku oraz w stanie lekkiej zieleni, opuszczam Miasto Grzechu.
Tęsknić nie będę.

 

Nuty:
głowy: bergamotka, różowy pieprz, gwatemalski kardamon
serca: brzoskwinia, śliwka, róża turecka, kadzidło
bazy: cedr atlaski, paczula, białe piżmo
Data powstania: 2012
Twórca: Calice Becker
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie znalazłam w serwisie www.tumblr.com

Frapin: Speakeasy

środa, Grudzień 12th, 2012

Zauważam u Frapin ciekawą tendencję do tworzenia zapachów, które coraz bardziej dosłownie i wyraźnie pachną jak „po spożyciu”. Spożyciu mieszanym, szalonym i jeszcze nie zakończonym ;] 1697 miał w sobie sporą dawkę owocowej nalewki i… czekoladowego… koniaku?
Speakeasy to jeden chwiejny krok dalej.

speakeasy

Pierwszy łyk to rum.
Słodki, dębowy, ciemny. Z wyraźnie drzewnym, wytrawnym posmakiem i smużką tabaki w tle. Choć nosi mi się go dobrze, czuję że będzie to zapach wybitnie męski – nawet mimo tej lepkawej słodyczy. Tak; facet, papieros i Speakeasy. Trochę jak dosłodzony L’eau de Navigateur.
Wychylam szklankę.

Następnie na stół wjeżdża orzechówka.
Pewności mieć nie mogę, rum troch przytępił zmysł smaku, ale czuję znajomy ciepło-suchy aromat włoskich orzechów i odrobinę cynmonu, który w tej upojnej i coraz słodszej mieszance przypomina mi… Aziyadé.
Aż sama ze zdumienia przetarłam oszy – tak, Aziyadé, jak setkę strzelił i piorun trzasnął. Nodobra, to na drugą nószkę.

Po nieoszekiwanym wykończniu orzchówki, polewają metaxę.
To bęzzie cięszki wieczór.
Usjiuusłiuu… usiłując usstać ze szklanką w pozycji niewylewającj,  deletkuję się gęstym, winnnm aromatem, łagodnym siołowym suszem i… jakby rószą? A mosz to mięta. Albo mięta s rószą. Ładne. Poprszjeszcz?

Spekaesy to piękny, choć na dłuszszą metę wymagający zapach, niewprwawionych chwytająsy za gardło jednostajną słodyszą. Niemniej pszyjemnie się nim czassm zresetować. Napszykłat codziennie.

 

Nuty:
głowy: rum, dawana, pomarańcza, limonka
serca: mięta, geranium
bazy: skóra, czystek (labdanum), styrak, tytoń, żywica liatry, nieśmiertelnik, bób tonka, białe piżma
Data powstania: 2012
Twórca: Marc-Antoine Cortichiatto
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjće pochozzi ze strony http://www.basenotes.net


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates