Posts Tagged ‘gourmand’

Lubin: Korrigan, Galaad i Akkad

niedziela, Listopad 25th, 2012

Pamiętam szał uniesień, kiedy po raz pierwszy przeczytałam o nowych zapachach Lubin. Poeci tego nie opiszą! Flakony, nazwy, historie i składy nut, wszystko powodowało u mnie gorączkę nerwowego oczekiwania. Wreszcie mam, stoją przede mną trzy spore sample, które od kilku dni z lubością oglądam, odkręcam i testuję. Efekty? Uczuciowo zróżnicowane ;]

 

Korrigan

Wiązałam z nim chyba największe nadzieje. Karmelowa nuta pieczonego chleba, whiskey, szafran, drewniana baza, którą dodatek oudu może albo zmoczyć i zepsuć, albo wysuszyć i dopieprzyć… I wszystko to w nim znalazłam. No, prawie.

Otwarcie  jest dość mocno karmelowe i chlebkowe, co za pierwszym razem mnie przeraziło, szczególnie po Jeux de Peau Lutensa i moich ostatnich doświadczeniach perfumiarskich. Niedawno pracowałam z „laktonem klonowym” [nie wiem, jak brzmi jego polska nazwa, ale chodzi o ten składnik], który pachnie obłędnie pysznie, niestety bardzo nie lubi dzielić się przestrzenią z jakimkolwiek innym składnikiem – jest zaborczy i zabójczy. Psuł wszystko, za co się wzięłam, zagłuszał najmocniejsze nuty i sprawiał, że każda kompozycja pachniała w gruncie rzeczy tak samo…
Nie wiem czy użyto go w Korriganie, ale efekt jaki uzyskuję na skórze każe mi tak przypuszczać. Chlebek nie zostawi was ani na krok. Będzie trwać przez całą kompozycję, od wspomnianego otwarcia, przez coraz chłodniejszą i suchą nutę serca, w której obok chlebka próbuje zaistnieć lawenda i wytrawna ambretta, po bazę – niby drzewną, zgrabnie dosuszoną [uff, zero wilgoci!] oudem, ale ciągle słodką i jadalną. Muszę przyznać, że przejście z chłodu serca do szafranowego ciepła bazy [tak, dopiero bazy] jest zaskakujące i bardzo ciekawe; z drugiej strony mimo szczerych chęci i godnego podziwu własnego wysiłku, nie jestem w stanie wyczuć tu ani kropelki whiskey. Kto wysiorbał, przyznać się?!

Kiedy wszystkie nuty przeminą, chlebek pozostanie. Niczym samotny strażnik teksasu, trwać będzie nawet wtedy, kiedy przejadą napisy końcowe i wszyscy opuszczą salę. Jest uroczy, pysznościowy i bardzo miły, ale nie tego oczekiwałam po charakternych Korriganach.

Nuty:
głowy: jagody jałowca, szafran, koniak
serca: lawenda, ambretta (ketmia piżmowa), destylat whisky
bazy: cedr, oud, skóra, wetiwer, piżmo
Data powstania: 2012
Twórca: Thomas Fontaine
Koncentracja: woda perfumowana

Galaad

O tak, moc orientu: bogactwo złocistych przypraw i żywic, słodycz i moc, od której kręci się w głowie.
Zapach od samego początku tak mocny, że aż ciężko wyodrębnić z niego jakiekolwiek nuty czy składniki. W głowie ma się przede wszystkim pełne orientalnego przepychu obrazy. Galaad jest niesamowicie spójny i gęsty.

Mirra i złocisty, lekko drzewny miód, rozgrzany do czerwoności kardamon, ambra za którą dam sobie nos uciąć – po co komu nuty głowy, przejdźmy od razu do sedna serca! Jest intensywnie i głośno, mirra obezwładnia i wciąga do środka kompozycji, która ciągle gorąca i przyprawowa, zrzuca słodkie piórka i przeistacza się w… przystojnego nieznajomego, nonszalancko skręcającego papierosa. Od tabaki aż kręci w nosie; jest lekko pudrowa i słodkawa, na szczęście przed kompletnym zasłodzeniem ratuje ją dodatek skóry. Takiej znoszonej i cielesnej, lekko cierpkiej i bardzo zmysłowo… „męskiej”. Takiej, przez którą lekko się rumienię i poprawiam na krześle. Oto, co zdolne ręce i nos potrafią wyczarować z nudnego, z-lodówki-wyskakującego oudu!

To już kres naszej podróży. W powietrzu unosi się zapach wyschniętych traw, skórzanego siodła i przywleczonej przez wiatr odległej smużki kadzideł. Nieznajomy z zabójczym uśmiechem skręca kolejnego papierosa…

Nuty:
głowy: kardamon, cyprys, rozmaryn
serca: esencja i absolut mirry, miód, balsam copahu
bazy: oud, cedr atlaski, cypriol, tytoń Burley
Data powstania: 2012
Twórca: Delphine Thierry
Koncentracja: woda perfumowana

Akkad

Najlepsze zostawiłam sobie na deser. Bo to się skończy flakonem.

Jak głupio zabrzmiałoby stwierdzenie: „tak pachnie Mezopotamia”? Pewnie bardzo, szczególnie dla tych którzy mają o historii większe pojęcie niż nieco roztrzepany biotechnolog, ale dla mnie to jest właśnie zapach starożytności. Akkad ma w sobie coś z Kyphi, ale nie tak dosłownie… khem, mumijnego.
Jest zapachową sprzecznością. Z jednej strony kusi ziołowymi olejkami, słodkimi balsamicznymi żywicami i kremowo-puchatą ambrą, z drugiej – ciągle zachowuje dostojny, profesjonalny dystans. Wiedząc, jaki jest boski, nie czuje potrzeby narzucania się i egzaltowanego podkreślania swojej wyjątkowości; po prostu robi to, do czego został stworzony: jest boski ;)

Zachwyca mnie w nim przede wszystkim olibanum, które pachnie identycznie jak po zapaleniu, słodko-pikantnie-piaskowo. Nie potrafię „namacalnie” określić tego aromatu, wiem tylko że do tej pory perfumy czysto frankońskie musiałam omijać szerokim łukiem, bo doprowadzały mnie do nieprawdopodobnej, natychmiastowej migreny. Teraz, dzięki Akkadowi, mogę rozkoszować się tym zapachem bez wizji wciskania gałek ocznych do środka czaszki. Yay!

Ale nie ma co się oszukiwać – Akkad to przede wszystkim morze pięknej, kremowej ambry. Mając w składzie zarówno ambrę, jak i styraks i labdanum, które do tworzenia akordu ambry wykorzystywane są w pierwszej kolejności – ekstremum ambrowe jest nieuniknione. Nie oznacza to, że robi się nudno. Cały czas przez ambrową błogość przesączają się smużki dawnych czasów: ziołowo-paczulowy pył zmieszany z olejkami, palone żywice, kadzidlane maści i woskowe stożki, roztapiające się w kontakcie z ciepłem skóry… Wszystko pachnące, luksusowe, bezcenne i rozgrzane słońcem południa.

Nie ma co pisać. Trzeba powąchać.

Nuty:
głowy: mandarynka i bergamotka z Włoch, esencja szałwii muszkatołowej
serca: esencja kardamonu, elemi, kadzidło frankońskie, styrak
bazy: ambra, czystek (labdanum), wanilia, paczula
Data powstania: 2012
Twórca: Delphine Thierry
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcia pochodzą z portalu fragrantica.com.pl

Tom Ford: Black Orchid

wtorek, Lipiec 31st, 2012

Przez moment obawiałam się, że po okresie fujania na wszystko odbiło mi w drugą stronę i będę się teraz wszystkim zachwycać. Wzięło mnie na ulepy ekstremalne, kobiecy orient i dużą ilość kwiatów. Białych. Morderczych.
Na szczęście trafiłam na zapach, który wywracając na lewą stronę, skutecznie mnie uspokoił: jeszcze nie zwariowałam! Jeszcze.

 

Ale się o tym cudzie stworzenia naczytałam. Że gęsty, upajający, dziwny, mroczny, przyprawowy, trudny… Wszystkie te zachwyty i kontrowersje spowodowały, że napaliłam się do nieprzytomności, a nawet (!) próbowałam go kupić w ciemno (!!!). Ręka lub macka boska na szczęście w porę mnie powstrzymała.

Albowiem ponieważ kiedy w końcu i z własnego sampla przetestowałam „Mhoczną Ohhidęę”, zatkało mnie. Raz że z obrzydzenia, drugi – z zaskoczenia ;] Byłam pewna, że do nieszczęsnej fiolki, zamiast BO, ktoś mi wlał Ombre Platine – które jak pamiętacie zachwytów u mnie nie wywołało, że eufemizmem zarzucę.
Z szoku się otrząsnąwszy i nadgarstek umywszy, postanowiłam jeszcze raz zajrzeć w skład nut Black Orchid i przeczytać wszystkie recenzje; próbka, uznana za niegodną zaufania, wylądowała w kuferku z próbkami; a ja – pewna, że BO pachnie pięknie i na pewno zakocham się w nim na zabój, wylądowałam w perfumerii, gdzie BO hojnie zaaplikowałam na się.

I co?
Odpisałabym coś, co się „ładnie” rymuje, ale mi nie wypada :)

 

Wbrew wszelkim zapowiedziom, znakom na niebie i na ziemi oraz moim radosnym przewidywaniom, Black Orchid co prawda wywołuje u mnie intensywne emocje, ale z miłością niewiele mają one wspólnego…
Nie wiem, gdzie te trufle, orchidee czy inne piękne białe kwiaty, naprawdę nie wiem gdzie one mają być, ale w Black Orchid ich nie ma. Jest za to mnóstwo pospiesznie zmieszanych i nieco nieświeżych [jak truskawki z dna łubianki] owoców, plastikowych i pożółkłych imitacji kwiatów [nie więdną, podlewać nie trzeba] i czekoladopodobnych pralinek [grunt, że wyglądają luksusowo].

Każdorazowa próba powąchania tego trochę dłużej, wgryzienia się i rozgryzienia nut, powoduje u mnie odruch pierwotny. Nie potrafię, nie mogę. BO jest mdły i wodnisto-brejowaty. Irytujący. Od samego otwarcia atakują mnie wylakierowane płatki egzotycznych kwiatów w czekoladowej kakaowej tłustej, imitującej czekoladę polewie. Kadzidło, drewna? Silly me.

W pięknym flakonie ze złotą kokardką na szyi nie ma nic poza rozczarowaniem.

To nieprawdopodobne i wkurzające, jak wybredny potrafi być nos, a odczucia różnych osób – skrajne. Może mam zbyt wygórowane oczekiwania? Może zbyt mocno znieczuliłam sobie morderczymi mieszankami nos, który przy diecie kwiatko-sratko-owockowej reagowałby na tę pseudo-bogatą-i-zmysłową kompozycję zupełnie inaczej = lepiej?  W każdym razie – mroczne, gęste kwiaty ciągle są poszukiwane.

A próbkę gorąco przepraszam za podejrzenie, że nie ma w niej tego, co z całą pewnością niestety jest ;]

 

Nuty:
głowy: jaśmin, gardenia, ylang-ylang, bergamotka, cytryna, mandarynka, czarna porzeczka, trufla
serca: przyprawy, nuty owocowe, lotos, orchidea
bazy: wetiwer, drewno sandałowe, paczula, ambra, kadzidło, wanilia, meksykańska czekolada
Data powstania: 2006
Twórca: perfumiarze Givaudan
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.theage.com.au

Dawn Spencer Hurwitz: Mahjoun

piątek, Lipiec 20th, 2012

Hm. Miałam pisać częściej, ale skutecznie zawiesiłam się na Opusie VI oraz [usiądźcie] Lolicie w wersji Midnight Couture i nawet jak chcę – z czystej przyzwoitości i empatii dla otoczenia – wyperfumować się czymś innym, ręka automatycznie łapie za którąś z tych dwóch flach. Magia!

 

Wczoraj, zwalczając nocą wczesną odruch bezwarunkowy, stanęło na nic-mi-nie-mówiącej próbce. Wybrałam ją, bo miała atomizer ;] Test nadgarstkowy wypadł pozytywnie, tzn. zapach nie zabił, wręcz przeciwnie – szybko zniknął. Przyszpiliłam gada globalnie i póki co, nie ucieka.
Mogę więc spokojnie sprawdzić, ki diabeł.

 

Perfumiarz Dawn Spencer Hurwitz tworzy zapachy z naturalnych składników, inspirowane sztuką, artystami, literaturą i otaczającym ją światem. Widnieją one pod szyldem Parfums des Beaux Arts oraz skrótem DSH. Nie wnikam, skąd to rozdwojenie, ale…
Przy okazji poprzeglądałam sobie na Fragrantice naturalne marki, potem te mocno niszowe i stwierdzam, że w Stanach mają… jakoś tak łatwiej. Każdy może stworzyć firmę z naturalnymi perfumami lub kosmetykami mineralnymi [drugi świr własny], nikt się nie czepia o badania, atesty i papierki, ludzie w zaciszu własnych czterech ścian kręcą sobie autorskie mikstury i je najnormalniej w świecie sprzedają. To musi być radocha.

Dobra, dość tego rozmarzania się. Pora zejść na siano ziemię i wrócić do siana Mahjoun. Który pachnie [niespodzianka!] sianem. Słodkawym, suchym, przyjemnie, prawie pudrowo-kremowym. Takim jak w Hajj SoOud. Jest też dość spora dawka cukru w wersji zdrowej, czyli miodu. Jak w Asmar SoOud…
Widzicie już, do czego zmierzam? Do kolejnej fali narzekań z cyklu „wszystko już znam, wszystko już było, foch”.

 

Wycinając jęki, pozostaje do stwierdzenia jedynie, że zapach jest słodki, ale nie aż tak żeby należała mu się kategoria gourmand [przydzielona na IndieScents], nie ma w nim ani grama mistycznego kadzidła i mirry, nie czuć w nim grama Marakeszu, a orzechowo-lawendowa baza po dobie zaczyna straszyć niczym Upiór w Operze.
A taki boski skład nut, tyle dobra w jednym… Szkoda, że zaledwie trzy składniki topią w swojej gęstwinie całą resztę.

Ciekawa jestem innych kompozycji DSH [December, Seven, Three Kings], ale Mahjoun niestety nie zachwycił ani nie zaskoczył. Bloki cukrowe nigdy nie należały do moich deserowych ulubieńców.

 

Nuty:
głowy: migdały, nasiona kardamonu, kwiat wiśni, kwiat lawendy, cytryna, słodka pomarańcza
serca: absolut róży bułgarskiej, figa, orzechy laskowe, miód, gałka muszkatołowa, kwiat pomarańczy, cukier daktylowy
bazy: ambra, cedr atlaski, kora cynamonowca, goździk (przyprawa), kadzidło frankońskie, drzewo sandałowe, arabska mirra
Data powstania: b.d.
Twórca: Dawn Spencer Hurwitz
Koncentracja: woda perfumowana i olejek

 

Zdjęcie – old.nathanbranch.com

Parfumerie Generale: PG13 Brulure de Rose

poniedziałek, Lipiec 9th, 2012

Cóż, moja różana obsesja [vide Dark Purple] trwa i rozwija się nie mniej pięknie od róży… damasceńskiej. Na dodatek zbiera żniwa, głównie na mojej karcie kredytowej. Mimo wszystko – różo, trwaj!

 

I jeszcze tytułem wstępu: nie wiem jak Wy, ale testując zapachy, cenię sobie niewiedzę. Błogą nieświadomość dot. historii marek, historii i – często przesadnie skomplikowanego – znaczenia nazw, składników, nosów, cen – tymi, a szczególnie ostatnią, sprawami zaczynam się interesować zwykle dopiero wtedy, kiedy coś mnie zgubi… W przypadku PG13 ciężko mówić o niewiedzy, ale szczerze mówiąc poza różaną nazwą nie wiedziałam, czego się spodziewać.

Tym przyjemniejsza była niespodzianka :)

 

Brulure de Rose rozpoczyna się skromnie. Różą – cierpką, schowaną za pomarańczową bergamotą i odrobinką geranium. Różą herbacianą i transparentną. Różą nieśmiałą. Ale spokój nie trwa długo – zaledwie po kilku chwilach do głosu dochodzą słodkie, deserowe nuty rozgrzanego cukru i wanilii. Ta słodycz jest niemalże namacalna i wyczuwalna, jakbym jadła różane, obtoczone w cukrze-pudrze rahat lokum (in. loukoumi).
To nie koniec, robi się jeszcze bardziej słodko! Do rahat lokum dołącza mocna czarna herbata, „doprawiona” solidną łyżeczką różanej konfitury – i choć zęby bolą od nadmiaru szczęścia, różą zapycham się dalej, aż mi pączki uszami wychodzą.

Słodko, słodko, ulepnie!

Ten zapach jest niezaspokojony i nieumiarkowany w swojej sacharozo-różanej napastliwości. Nie odpuszcza i nie znosi sprzeciwu. Rozwala się na tronie z cukru i wymachując lukrowym berłem, każe jeść różane przetwory, póki się nie zemdleje. Lub gorzej, ale hej, od czego mamy vomitorium? ;]

 

Nie wiem, czy w użyciu standardowym [czyli kilkanaście spustów z atomizera, lekką ręką, jak to mam w zwyczaju] przeżyłabym z taką Królową Kier choćby pięć minut, ale w tym zapachu jest coś tak absolutnie apetycznego, cukierkowo-piankowego, konfiturowego, angielsko-herbatkowego i pobudzającego apetyt, że aż nie mogę przestać spijać Brulure de Rose ze skóry.

Cóż, lepsze to niż wepchnięcie sobie na raz całego tortu do gęby… Z toną bitej śmietany. I nasączonym owocowym likierem biszkopcikiem… Mmm. Wsadzić w to łapy i wpychać, aż bita śmietana zacznie wychodzić nosem. Mmm. Cudowna wizja, sponsorowana przez PG13.
Zostawiam Was z kałużą śliny na klawiaturze.

 

I jeszcze portrecik, bo ładny jest:

 

Nuty:
głowy: nuta zieleni, drzewo różane
serca: aromaty róży
bazy: różana ambra, malinowe piżmo, wanilia, kakao
Data powstania: 2003
Twórca: Pierre Guillaume
Koncentracja: woda perfumowana

 

Pierwsze zdjęcie autorstwa Ayami Kojima.
Drugie zdjęcie pochodzi ze strony www.perfunauci.pl

Amouage: Interlude Man & Interlude Woman

czwartek, Lipiec 5th, 2012

Rozważam strategię.
Zacząć od zachwytów, a na koniec zjechać – czy na odwrót, najgorsze walnąć na początek i na spokojnie próbować znaleźć te dobre strony? Tak, zdecydowanie przemawia do mnie druga opcja; więc: TO JUŻ BYŁO.
Co oczywiście nie jest od razu i koniecznie „kompletnie złe”, ale w przypadku takiej marki jak Amouage, trochę rozczarowuje.

Recenzując Opus VI, zauważyłam że wyczuwam w nim wiele wcześniejszych kompozycji tej marki, wiele znanych mi już akordów i składników. I wszystko fajnie pięknie, kiedy zapach się podoba… W sumie jak się nie podoba, sprawa też jest prosta, bo łatwo wtedy można uzasadnić potok słów krytyki.
Ale powiedzmy sobie szczerze: ileż razy można coś powielać? Ile razy można zachwycać się i kupować w gruncie rzeczy – to samo? Wystarczą mi dyskusje z rodzicielką, która twierdzi że jestem cała w czerni, podczas gdy według mnie mam na sobie co najmniej trzy różne… no. Odcienie. Czerni. Różne! Np. brązową czerń albo bardzo ciemną szarość…

… zapada niezręczna cisza, zrozumienie otoczenia na poziomie ujemnym…

Ok, zmieńmy temat.

 

 

Wiecie, mam taki mały maleńki odchył. Nienawidzę niebieskiego. I czerwonego. I brązowego. Żółty w sumie też jest wstrętny, w pomarańczowym nikt nie wygląda dobrze, a biały to zło pierwotne. Nie potrafię nawet zaakceptować czy kupić perfum, które mają niebieskie opakowanie. Ani czerwone. Ani brązowe. Żółte w sumie… Po prostu nie lubię niebieskiego.

Ale w tych szafirkach Amouage jest coś tak głęboko majestatycznego, że nawet przeglądając zdjęcia w sieci mimowolnie przybieram fizys ameby i ślinię się jak pies do kiełbasy. PIĘKNE SĄ. Paczcie sami. Gaaah.

 

No tak, miałam zacząć od złych wiadomości.

Złe wiadomości są takie, że Interlude Man pachnie jak Opus IV + Opus VI, a Interlude Woman jak Acqua Fiorentina + Hajj.
Dobre wiadomości są takie, że Interlude Man pachnie jak Opus IV + Opus VI. Kropka. Coś, co chociażby stało koło AF, nie ma prawa być dobre. Nigdy.
I to tyle, jeśli chodzi o suspens.

 

Interlude Man

Rozpoczyna się pięknie, bo czarnym dymem i kardamonem.
Usiłując wyprzeć z głowy skojarzenie z Fvmidvsem, skupiam się na kardamonie, podbitym odświeżającą miętową żywicą [Opus IV kłania się nisko] i pieprzno-korzennym, coraz słodszym labdanum [Opus VI odbija piłeczkę]. Dym spowija skórę, unosi się nisko nad całą kompozycją chowając przed wzrokiem – i nosem – pozostałe składniki. W końcu resztki tlącej się materii gasną i okazuje się, że powodem całego zajścia było stare, powalone drzewo, sczerniałe od ognia i lśniące rozgrzaną żywicą agarową.

Interlude H jest ciepły, bardzo ciepły, cielesny i tętniący. Przed nadmiarem słodyczy broni go ostry, słony i przeraźliwie suchy oud. Nie jest to mój ulubiony składnik, co rozpoznaję po szpikulcu wbijającym mi się za prawe oko za każdym razem kiedy biorę wdech z I., ale z heroicznym masochizmem przyznać muszę, że to najlepszy oud, jaki w życiu wąchałam. Jednocześnie najbardziej zabójczy.

Po zaledwie dwóch godzinach Interlude znika za mgiełką słodkiej, skórzano-puchatej paczuli i z oudowego molocha staje się uperfumowaną skórzaną rękawiczką. Czarną.

 

Nuty:
głowy: bergamotka, oregano, pieprz [korzennik?]
serca: kadzidło, ambra, labdanum, opoponaks, mirra
bazy: skóra, paczula, oud, drzewo sandałowe
Data powstania: 2012
Twórca: Pierre Negrin
Koncentracja: woda perfumowana

 

Interlude Woman

I tu zaczynają się schody – jak ocenić zapach, od którego świeczki stają w oczach?
Nie z zachwytu, dodam.

Interlude F to w moim odczuciu kolejna po [również damskim] Honour ofiara europeizacji marki. Nie oszukujmy się, to nie jest już stary dobry Amouage, tylko owockowo-kwaskowy napój [nawet nie sok!], z syntetycznie upudrzonym, zabarwionym chemią na haluno-zielono i kwaśnym kiwi w roli głównej.

Ono nie zna litości i zdecydowanie nie wie, kiedy ze sceny zejść – trwa więc przez wszystkie fazy kompozycji, doprowadzając moje prawe oko do granic wytrzymałości. Nawet nuty kawy nie wytrzymały tej presji i się ukwasiły, a kadzidła i róża zwiały przy pierwszej nadarzającej się okazji. Przymykając [prawe] oko na kiwi-podobny twór syntetyczny, można wychwycić trochę orzechowo-miodowego akordu sianka. Pyszności. Póki nie wróci kiwi-po-twór, oczywiście, a wierzcie mi – ono zawsze wraca

 

Nuty:
głowy: bergamotka, imbir, grapefruit, nagietek lekarski
serca: kadzidło, róża, kwiat pomarańczy, jaśmin, orzech włoski, kawa, kiwi, drzewo sandałowe, miód, nieśmiertelnik, opoponaks
bazy: wanilia, skóra, mech dębowy, ambra, benzoes, bób Tonka, piżmo, oud, drzewo sandałowe
Data powstania: 2012
Twórca: Karine Vinchon Spehner
Koncentracja: woda perfumowana

 

Podsumowując… Czego nigdy w zasadzie nie robiłam…
Czy jestem zadowolona? Nie.
Czy kupiłabym Interlude Man? Oczywiście, że tak. W celu zrozumienia odsyłam do fragmentu o czarnych ubraniach lub zapraszam do obejrzenia mojej kolekcji sześćdziesięciu różów do policzków [nieee, nie mam takiego, ten jest zupełnie inny!]. Niektórych rzeczy nie da się zmienić ;]

 

Zdjęcie pierwsze pochodzi z profilu marki Amouage na Facebooku
Zdjęcie drugie – betterthandiamond.com

Parfums De Marly: Pegasus

piątek, Czerwiec 29th, 2012

Kurde, coś mi nie idzie. Trzeci dzień wyrzyguję się na klawiaturę i nie wynika z tego nic, poza rosnącą frustracją i auto-niezadowoleniem. A takie cudo ostatnio poznałam! Całkowicie niespodziewanie i to wzięło mnie tak gwałtownie i intensywnie, że po raz pierwszy w życiu nie chciałam się umyć. Serio.

Nasze pierwsze spotkanie nie wypadło zbyt korzystnie, ale w końcu w przypadku perfum pierwsze wrażenie jest najmniej ważne… Pewnie na zdjęciach prasowych flakon będzie wyglądać majestatycznie i elegancko, ale na żywo lustrzane bling bling z nadmiarem wytłoczeń a la szkła Creeda to pierwszorzędny – koszmarek.

Ale przymknijmy na to oko [dosłownie].

… W zasadzie drugie wrażenie też nie należało do najbardziej udanych. Że niby fougère? Kolońska męskość do sześcianu, tak męska że pewnie wyrosną mi po niej wąsy? Mimo wszystko przetestowałam. Na skórze. Własnej!

Pegasus. Ładna nazwa.

Początek – szałwia, mnóstwo szałwii. Uwielbiam ten składnik, niestety rzadko kiedy jest on zjadliwie ukręcony – do tej pory jedynie Silver Wind Wood wprowadził mnie w absolutną euforię [reszcie bliżej do pawia]. Szałwia trwa przez cały początek i serce kompozycji, czasem nieznacznie drewniejąc [wetiwer?] lub wysładzając się [herbaciany susz? herbata z cukrem? Lipton Ice Tea? – ach, lawenda]. Urzekła mnie ta prostota, głównie z powodu wiecznego szałwiowego niedosytu. Prostota irysa raczej nie wywołałaby równie euforycznego efektu ;]
Po kilku godzinach, mając nadzieję że Pegasus nie wykończy nikogo na siłowni kopniakiem między oczy, wskoczyłam na bieżnię.

I o matko! Biegam i zaczynam się coraz bardziej nerwowo rozglądać. To nie mogę być ja, niemożliwe. To nie jest mój poranny Dark Purple [nawiasem mówiąc, nie jestem w stanie odessać się od tego zapachu!], znam go na różany wylot — to coś obłędnie kremowego. Słodycz upajająca i zmysłowa, na granicy słodkości akceptowalnej i przesadzonej. Nie mogłam się skupić na ćwiczeniach, trochę ciężko było mi chodzić z nosem przyklejonym do zgięcia łokcia. Równowagę traciłam ;] I aż żal było wpełzać pod prysznic…

Ta niespodziewana zmiana w kompozycji zwaliła mnie z nóg. Nigdy nie wąchałam tak genialnej i apetycznej bazy, która przy całej swojej śmietankowej słodyczy zachowywałaby jednocześnie lekkość i rozkoszność. Nie wiem z której strony to ma być mocne fougère ani jakim cudem określono to jako zapach męski. Chyba że dla takich niepokornych bab jak ja, które wreszcie ze spokojnym sumieniem będą mogły zlewać się zapachem for men, pachnąc wyjątkowo – jak women ;]

 

Nuty:
głowy: bergamotka, heliotrop, kminek
serca: lawenda, jaśmin, gorzkie migdały
bazy: ambra, wanilia, drzewo sandałowe
Data powstania: 2011
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda toaletowa

Zdjęcie pochodzi ze strony beautyaffair.duesseldorf-affairs.de

M.Micallef: Vanille Orient

środa, Kwiecień 25th, 2012

Jestem [czy raczej – byłam] w trakcie wyjątkowo zjadliwej recenzji, kiedy pojawiło się coś, co zwaliło mnie z nóg.
Wizualizując, szłam jak taran, z czerwoną mgłą na oczach i pianą toczoną z pyska, aż nagle na drodze stanął mi mały, biały, puchaty króliczek z maślanymi oczkami, który tylko dzięki cudowi boskiemu nie zaliczył kopa w swój biały, puchaty króliczy tyłek. Rzuciłam maczugę, podrapałam słodziaka za uchem.

I tak poznałam Vanille Orient.

 


Uroczo, nieprawdaż? ;]

Vanille Orient należy do nowej [i limitowanej niestety] serii M.Micallef, która nie wiedzieć czemu została zaplanowana na sezon wiosenno-letni. Raczej kiepski wybór dla wanilii, ale może wzorem domów mody, które pokazują kostiumy kąpielowe w środku odkruszającej nosy zimy, postanowili wejść z sezonowym wyprzedzeniem?
Cóż, nie wiem, nie znam się, po Politechnice jestem.

 

Wracając do puchatego króliczka.

Rozpoczyna się mocno owaniliowaną paczulą. Jeżeli ktoś kojarzy Mysterieuse? Vanille Patchouli z sephorowej linii sprzed kilku lat, to tak – ten właśnie akord otwiera Vanille Orient. Paczula ta wcale nie jest ugładzona i nijaka, o nie, ma w sobie sporo ziemi, chropowatego kakaowca i owocowo-winne podbicie. Jest intrygująca i bardzo, hm, gourmand. A potem przeżywam szok i wzruszam się jak na Upiorze w Operze.

 

Glorio, czy to Ty?

Bo kiedy paczula wymości się już w czekoladowo-waniliowym puszku, do głosu dochodzą akordy tak charakterystyczne i wytęsknione, że w zasadzie gdyby nie iście studencki obecnie stan mojego konta, kupiłabym litr zapasu Vanille Orient i to natychmiast. Gloria! Ukochana i wycofana Gloria Cacharel, z wszystkimi swoimi bajecznymi akordami i idealnie zmieszanymi sprzecznościami. To właśnie kłębi się w sercu Vanille Orient.
Kremowa, balsamiczna i niebiańska ambra, dopieszczona słodkimi orzechami; przełamująca tę ekstremalną słodycz kwaskowa nuta suszonych owoców [bardzo koniakowych], rozgrzewające przyprawy [kardamon i trochę szafranu] i ta niebywała delikatnie zielona leśność, która sprawia że mimo zabójczego stężenia słodu, kompozycja pozostaje lekka i świetlista.
Ma zachwycającą trwałość i zdolność do wtapiania się w skórę, jakby ta była dla V.O. wprost stworzona.

C U D O.

Mam nadzieję, że Micallefowie podejmą słuszną decyzję i pozostawią chociaż tę jedną, orientalną wanilię na stałe w ofercie. Będę pierwsza do podpisania się pod taką petycją. Krwią nawet ;]

Gloria odzyskana!

 

Nuty:
głowy: wanilia
serca: drzewo sandałowe, kwiat wanilii
bazy: piżmo, ambra
Data powstania: 2012
Twórca: Geoffrey Nejman
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi z portalu www.fragrantica.com


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates