Posts Tagged ‘jej wysokość róża’

Olfactive Studio: Close up

środa, Marzec 29th, 2017

Nieczęsto dodaję nowe wpisy, bo choć często mnie coś zachwyca [albo obrzydza ;], to nie zawsze mam czas i pomysł jak to opisać. A nie umiem na siłę, wszelkie próby zmuszania się [na każdym polu] do czegokolwiek kończą się spektakularną porażką.

Zapach musi sam do mnie przemówić.

A wtedy najczęściej, bez zbędnej kultury osobistej, wrzeszczy „kup mnie!!!”.

.

Uwaga, tradycyjny akapit samoumartwiania.
Jakoś w okolicach Ombre Indigo straciłam zapał do Olfactive Studio. Panorama (brr, kiszonka) i Selfie (brr, nazwa) dobiły temat szpadlem. Na śmierć. Potem na czas jakiś wypadłam z obiegu, raz tylko wywracając oczami na wieść, że marka będzie zmieniać flakony (po co, skoro miała tak spójną wizję: że klisza, że obiektyw, że stary papier do opisywania zdjęć, po co?!) – a więc dalsze dobijanie martwego szpadlem… No bo naprawdę, nie wiem na co spuścić grubszą kurtynę milczenia, na ten klekoczący metal przy korku czy wypukłe koła z tyłu flakonu?
Ale już, miej litość kobieto, koniec tego sadystycznego kopania leżącego, tym bardziej że zawartość czeka na swoją kolej.

A zawartość to już inna bajka. Taka z happy endem i tańcem przy świetle księżyca.

.

Close up kojarzy mi się ze starymi, amerykańskimi komediami. Czarno-biały klimat Pół żartem, pół serio czy Filadelfijskiej opowieści. Lekko, inteligentnie (co obecnie w komediach jest rzadkością), z perfekcyjną grą aktorską i dykcją, z gracją i czarem. Te filmy pachną mi Close up.

Zapach oczarowuje od pierwszego spotkania i pierwszych sekund na skórze.
Dojrzałe wiśnie otoczone w pudrze z tonki i upaćkane miodem, nie tracą swojej rześkiej kwaskowości przez całą, trwającą w nieskończoność, kompozycję. Jak w filmie, po wiśniowym otwarciu pojawia się główny bohater. Popijając poranną kawę, wyperfumowany swoją korzenną wodą kolońską, z różą w butonierce, nienagannymi manierami i uśmiechem łobuza… pozornie nic nie robiąc, rzuca na kolana. Jest słodki i kochany, ale też chłodny i surowy.

Bo niby słodko-cierpkie, deserowe wiśnie wyczuwalne są cały czas, ale nie dominują ani nie „ubanalniają” kompozycji: kawa, róża, przyprawy i nuty tabakowo-skórzane pojawiają się i umykają. Jak u Heisenberga. Wyczuwasz jedną, gubisz pozostałe, i znowu musisz je wyławiać z wiśniowego sosu, podjadając po trochu.

Same dobre (żeby nie powiedzieć pyszne) nuty. Świetnie leży, świetnie się nosi, ma zabójczą trwałość i moc, zwraca uwagę i się podoba się, na tyle mocno, że muszę się odganiać od zainteresowanych bliższym spotkaniem z Close up.


Ten zapach coś w sobie ma. Nie tylko genialny skład w genialnych proporcjach.
On genialnie mnie uzależnia… Wrzeszcząc, bez śladu zażenowania, „kup mnie!!!”.

.

Nuty:
głowy: kawa, przyprawy, wiśnia
serca: róża, biały tytoń, paczula, cedr atlaski
bazy: ambra, piżmo, bób tonka
Data powstania: 2016
Twórca: Annick Menardo
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie pochodzi z materiałów reklamowych Olfactive Studio.
A gif jak mi ktoś powie, skąd, to ma u mnie dużą próbkę Close up!

Maison Francis Kurkdjian: Absolue pour le Soir

wtorek, Listopad 18th, 2014

Spodziewałam się naprawdę strasznych, traumatycznych przeżyć, po których będę się budzić w nocy z krzykiem i już nigdy nie zagram na skrzypcach. Miało być brudno, cieleśnie, zwierzęco – ba, miało być fizjologicznie i odpychająco. Spodziewałam się dzikiej bestii, która mnie zgubi i pożre.

dracula
Nie wiem, może pomyliła adresy czy co, może ja jeszcze poczekam?
.

Ten zapach ma w sieci absolutnie skrajne opinie; tyle samo osób go kocha, co nienawidzi. W moim otoczeniu zdecydowanie przeważa druga opinia, której zwykle towarzyszą niezwykle plastyczne torsje…

Pamiętam, że kiedy MFK pojawił się w Polsce, testowałam wszystkie kompozycje i zapachowi na wieczór – ani w wersji kolońskiej, ani absolutnej – nie miałam nic do zarzucenia. Apetyczny, gęsty miód podbity benzoesem [benzoes – i wszystko jasne] w absolucie co prawda trochę mnie przytłaczał i potrafił wykształcić własny, acz bardzo źle wychowany byt [to on pierwszy właził do pomieszczenia, dopiero potem wchodziłam ja] – ale jednak „było ok”.

Niedawno uparłam się na powtórkę, trochę zdezorientowana, o co tyle szumu i ostrzenia kołków. I niestety, jak to u mnie zwykle bywa, przepadłam.

.

Najbardziej zachwycające jest otwarcie: to najczystszy dym palącego się kadzidła frankońskiego. Ciepły i słodko-drzewny, ale z taką charakterystyczną gorzko-słoną nutą; orzeźwiający, a jednocześnie… apetyczny [wiadomo – benzoes]. Zagubionych w moim opisie odsyłam do najbliższego kościoła. Tu nie ma żadnej cytruskowej gry wstępnej – mirra, olibanum, benzoes atakują od pierwszych sekund, wpijając swoje narkotyczne zęby w miękkie ciało.

Gęsta, balsamiczna mieszanka powoli roztapia się na skórze, by po chwili ściekać z niej strugami złocistego miodu. Jest słodko, tak słodko, że włącza mi się bezwarunkowy odruch parzenia earl greya, a jednak ani na moment – nie mdląco czy nieprzyjemnie. W lepkich kroplach miodu można wyczuć odrobinę kadzidła oraz różę w wydaniu „konfiturowym”. Po dłuższej chwili znów wybija się żarzące się kadzidło, ale nie na długo – przygasa, oblane miodem… I tak tętni na skórze, nieśmiertelne w swojej mocy i uporze. Miód – kadzidło – miód z różą – kadzidło – miód – miód. Powtarzają się akordy falują, przenikają, pulsują, w idealnej harmonii.

Leżę, uwalona miodem i otumaniona kadzidłem, i czekam na tę obiecaną bestię…
… która okazuje się być nie krwiożerczą bestią z najgorszych horrorów klasy B, ale bestią baśniową. Samotną bestią z magiczną różą. I piękną miłością :)

belle-et-la-bete-1946-002-josette-day-jean-marais-faces-sideways

.
Nic na to nie poradzę, uwielbiam happy endy.

Nuty: benzoes syjamski, absolut kadzidła, miód różany, ylang ylang, kminek, cedr atlaski, sandałowiec
Data powstania: 2010
Twórca: Francis Kurkdjian
Koncentracja: woda perfumowana

 

Pierwsze zdjęcie to kadr z filmu „Bram Stoker’s Dracula” reż. Francisa Forda Copolli z 1992 roku.
Drugie – kadr z „La Belle et la Bête” Jeana Cocteau z 1946 roku.

Yves Rocher: Rose Absolue EdP

środa, Listopad 12th, 2014

Jaka piękna! Słodka jak cukierek, świeża i apetyczna.

Idealna.

Perfekcyjna.

Nierealna.

ririko

Czy to w ogóle możliwe?  Żadne perfumy nie mogą być aż tak różane. Tak dosłowne. Słodkie jak konfitury, a jednocześnie kwaskowe, herbaciano-chłodne. Aksamitne, miękkie, szlachetne. Lekko przyprawione, a jednak nadal do bólu, czysto i pięknie – różane. Nie mogą być prawdziwe, a jednak… przecież nimi do cholery pachnę.

 

Rose Absolue to jeden z tych zapachów, za którymi będę bardzo tęsknić… Choć niedobitki można jeszcze kupić w internecie, nie ma co się oszukiwać – to różane źródełko wysycha. Jego piękno powoli odchodzi w zapomnienie, płatki usychają i za kilka lat, podobnie jak o nierealnie perfekcyjnej Ririko, nikt nie będzie o nim pamiętać.

Uczcijmy go minutą ciszy.

 

Ja wiem, różanych perfum jest na pączki pęczki. Ale nie takich. Przysięgam, żadna esencja czy attar, różane masło, absolut, akord, naturalny czy syntetyczny, NIC TAK NIE PACHNIE. Wszystkie inne perfumy (uch, powiało pogardą ;) pachną jak „róża z czymś”: śliwką, pudrem, kawą, szafranem, do woli – ale tak czystej, upajającej róży jeszcze nie spotkałam.
Nie żebym tego nie mogła przewidzieć: Christine Nagel wielokrotnie udowadniała, że soczyste, lekko kwaskowe i wielowymiarowe róże to dla niej żadne wyzwanie (2000 et Une Rose, Madness, In Black, Encre Noire pour Elle – czy ktoś ma jeszcze wątpliwości?). Ale w tym zapachu przeszła samą różaną siebie.

 

I wiecie co? To smutne, że choćby nie wiem jak piękny był zapach, jeśli firma zdecyduje o wycofaniu/zaprzestaniu produkcji, nic tego nie zmieni. Doskonały układ nut, pieczołowicie tworzona kompozycja? To nic nie znaczy. Genialny nos i genialny zapach? Whatever. Najpiękniejsza róża w perfumach?! Naaah. Wywalamy, bo nam słupki opadli.
Możesz być perfekcyjna, piękna, idealna, ale i tak wkrótce wszyscy o tobie zapomną.

 

ririko2

Jeśli polujecie na Rose Absolue, uważajcie – ta różana diva szybko się zmienia. Nie mówię nawet o kolorze płynu, bo to jeszcze nie jest powodem do niepokoju (wiele esencji i olejków naturalnych: wanilia, cynamon czy jaśmin, z czasem ciemnieje), chodzi mi o sam zapach. Przyznaję, oba moje flakony RA przez ostatnie miesiące stały w ciemnej szufladzie i czekały na swój moment, więc może to moja wina (choć przechowywałam je prawidłowo, ale jak śmiałam schować je do szuflady?! ;). Bo kiedy niedawno wyciągnęłam obie flachy i nałożyłam na skórę, początek doprowadził mnie do ataku serca.

 

ririko3

Mówiąc krótko: śmierdział. A w zasadzie nadal śmierdzi, więc pierwsze 10 sekund z RA spędzam na wdechu. Na szczęście plastikowo-podgniłe otwarcie szybko ucieka i pozostaje samo rrróżane piękno, którym od kilku dni ponownie nie mogę przestać się zachwycać. Już wiem, dlaczego schowałam oba flakony tak głęboko; tak, z czarnego dna uzależnienia od Rose Absolue patrzę na to i już rozumiem – ale nie żałuję ;]

.

Dla mnie zawsze będziesz najpiękniejszą różą. Choćby nie wiem, jak zwichrowaną.

helter skelter

.


Tak, wiem, mało nishowa ta recenzja, ale naprawdę bardzo chciałam napisać coś o tym zapachu, a ponieważ od wczoraj nastrój mam morderczy, wyszło jak wyszło… Wkurza mnie ten kosmetyczno-perfumowy przemysł. Wkurza mnie, że znowu znika coś (niepokojąco) pięknego, co zostanie zastąpione przewidywalnie nudną ładnością. Każdemu się w końcu ulewa.

P.S. Gdyby ktoś się zastanawiał – słowo róża w tym wpisie odmieniłam przez przypadki i części mowy dokładnie trzynaście razy, więc nie musicie mi już tego wypominać ;]

 

Nuty:
głowy: cytrusy i przyprawy
serca: absolut róży tureckiej, bułgarskiej i marokańskiej
bazy: paczula, bób tonka
Data powstania: 2006
Twórca: Christine Nagel
Koncentracja: woda perfumowana (żałuję, że w moje lepkie rączki nie wpadł nigdy ekstrakt perfum…)

 

Wszystkie gify i zdjęcie pochodzą z ekranizacji mangi Kyoko Okazaki pt. „Helter Skelter”. Postać Ririko idealnie pasowała mi do tej absolutnej róży [ha, czternaście!].
Jeśli nie znacie, gorąco polecam: http://mangafox.me/manga/helter_skelter/

Perris Monte Carlo: Bois d’Oud

piątek, Marzec 7th, 2014

Ach, jakże byłam szczęśliwa, kiedy odkryłam że jest na świecie oud, za którym szaleję i który wielbię pasjami!

flapjack
A potem się dowiedziałam, że nie ma w nim oudu.

Kurtyna.

 .

Perris od samego początku zrobił na mnie dobre wrażenie. Co prawda złocistość flakonów daje po oczach równie mocno, jak palant, który jedzie przez miasto na drogowych i przeciwmgielnych razem, ale idzie się przyzwyczaić. Warto. Dla zawartości.
Zawartość jest bowiem boska. Gęsta. Zawiesista. Perris to w zasadzie kwintesencja zajebisto zawiesistości. Czy to paczula [czekoladowa, drzewna], czy ambra [słodko-słona, żywiczna], czy róża [syropowa i krwistoczerwona] – wszystkie kompozycje autorstwa Gian Luca Perrisa mają niesamowitą moc i głębię. A te oudy…

.

perris.

Do Bois d’Oud idealnie pasuje określenie: mięsisty.

Wszystkie składniki są w nim pełne, dojrzałe i nasycone. Apetycznie słodko-kwaskowy miąższ śliwki łagodzi welurowa, grubo-płatkowa róża. Balsamiczne, twarde drewno otula gęsty, lepki oud i skórzane, ciemne labdanum. Jest gęsto, bogato, słodko-wytrawnie, orientalno-drzewnie i cieleśnie.
I o ironio, bez najważniejszego składnika, który tak sugestywnie i namacalnie wsiąka w całą kompozycję.

Bois d’Oud bez oudu? To jak sernik bez twarogu, absynt bez tujonu albo Avengers bez Loki’ego.
Można, ale smutno.
Więc siedzę, jak dziecko któremu pokazano magiczną sztuczkę, a potem wytłumaczono że cała magia to tylko iluzja. Siedzę i nie wierzę. Byłam gotowa nos sobie odciąć za oud w Bois d’Oud! Tymczasem z magicznego kapelusza zamiast oudu, wyskoczył na mnie Karanal [który nawiasem mówiąc aaaach, jak bosko pachnie!] i jeszcze się głupio uśmiecha.

Nie zmienia to, oczywiście, mojego uwielbienia do Bois d’Oud. Ani nieobecny oud, ani zabójcza moc zapachu, ani złoty flakon ani irys w składzie… No nic mnie do niego nie zniechęci. Jest zbyt piękny i zbyt oudowy.
Pokornie do nóżek Gian Luca Perrisa padam, bo stworzył prawdziwe coudo.

Bez oudu.

.

Nuty:
głowy: bergamotka
serca: brzoskwinia, śliwka, jaśmin, róża, irys, kwiat pomarańczy
bazy: cedr, czarne drewno, paczula, wanilia, ambra, labdanum, piżmo
Data powstania: 2012
Twórca: Gian Luca Perris
Koncentracja: woda perfumowana

Gif ze strony bluhgifs.tumblr.com.
Zdjęcie z it-it.facebook.com.

M. Micallef: Mon Parfum Cristal

czwartek, Listopad 7th, 2013

Jestem :)
Nie żebym przez ten miesiąc próżnowała. Zaliczyłam kilka migren, dwa stany okołokatarowe i jedną utratę motywacji, której jak widać na szczęście nie jestem w stanie się do końca pozbyć. Uszczupliłam kolekcję flakonów, potem ją znowu przytyłam, a potem się zakochałam.
Strasznie bardzo i nienishowo.

Ale, jak by to wyjaśnić…

Osoby które mnie znają, wiedzą że daleko mi do hmm „typowej” kobiety. Owszem, jestem sroką [szczególnie jeśli chodzi o biżuterię w czaszki] i piszczę na widok słodkich zwierzątek [do których zaliczam przede wszystkim szczury], ale jednocześnie noszę wiecznie czymś uwalone Martensy, klnę jak szewc i chyba nigdy nie nauczę się śmiać bez absurdalnego pochrząkiwania jak świnka morska. Wiem, brzmi bardzo zachęcająco. Eteryczności i kobiecej subtelności raczej próżno u mnie szukać.
Z perfumami podobnie: ma być drzewnie, kadzidlanie, czasem morderczo kwiatowo lub słodko, ale dla przeciętnego śmiertelnika prawie nigdy normalnie albo standardowo. Ani ładnie. Niee, to nie wchodzi w ogóle w grę ;]

wednesday

.
Kiedy więc Nisha, istota wiecznie walcząca ze spódnicami i wszystkim co ładne, przeczytała o jakże ładnym, „przepełnionym zmysłowością” Mon Parfum Cristal, uśmiechnęła się, jak zwykle uśmiecha się do spotkanych w komunikacji miejskiej świrów, i nawet nie tknęła flakonu. Flakonu, dodam dla zwiększenia efektu, upstrzonego kryształkami i z błyszczącym korkiem z różowego złota. No. Just no.

W końcu jednak poczucie obowiązku „znania” wygrało i Mon Parfum Cristal w ilości jednego niechętnie zaaplikowanego psiknięcia trafił na skórę… 3… 2… 1… I z dzikim amokiem w oczach oblałam się jeszcze sześcioma psikami. Gdyby nie fakt, że ludzie patrzyli, pewnie utłukłabym temu flakonu główkę jak żul butelce wina w parku i wylała na siebie całe 100ml.

Prosto w serce, Martine!

 

Nie przepadam za klasykiem, Mon Parfum. Jest zbyt zimny, wymagający. Ma w sobie chłodną, wykalkulowaną elegancję, która powoduje u mnie podobny dyskomfort i drganie oka, co garsonki, bereciki i beżowe buty na obcasie. Tak, jest ładny, ale może właśnie tutaj tkwi mój problem z tym zapachem? Ładny. Poprawny. Typowy.
Ale mniejsza z tym.

Po wersji Cristal spodziewałam się czegoś bardzo podobnego. No bo ileż to razy marki wypuszczały na rynek flankery, przez które miałam ochotę usiąść w kącie i zapłakać, zastanawiając się za jakie grzechy spotykają mnie takie rozczarowania? Ileż to razy czytałam o nowych, wspaniałych wersjach, wzbogaconych i udoskonalonych, które pachniały po prostu… marnie? Otóż więcej, niż bym sobie tego życzyła. Odgrzewane kotlety rzadko kiedy dobrze smakują, odświeżanie perfum i kolejne wariacje nt. klasyków również.
Na szczęście zdarzają się też wyjątki: perfumowany Idole de Lubin jest jeszcze lepszy niż jego toaletowy pierwowzór, kolejnym odsłonom klasyków Muglera też ciężko coś zarzucić. Więc można? Można.

Tu też można było. Cristal nie ma nic ze swojego poważnego i sztywnego protoplasty.
Jest ciepły. Miękki. Kobiecy w ten nienarzucający się, naturalnie zmysłowy sposób, bez zbędnej pretensjonalności i wyszukanych poz. Od razu otula waniliowymi kwiatami i kwiatową wanilią. Cynamon z toffi tworzy bardzo apetyczną mieszankę, całkowicie bezpieczną i ugładzoną, bez nawet cienia zwierzęcości. Przepyszność potęguje domowa nuta jabłek w bursztynowym karmelu i klasyczne ujęcie róży: głębokiej, aksamitnej, powiedziałabym – pudrowej i zielonej – ale to tylko dwie jej fasetki. Pięknie oszlifowana róża ma ich tutaj znacznie więcej. Jest miodowa, syropowa, owocowa, wilgotna i mięsista. Słodka i kwaskowa. Skrajna, a jednocześnie spójna.

Ale najwspanialsze jest to, jak w tym zapachu się czuję.
Jest mi niezwykle wygodnie, czego nie spodziewałabym się po tak klasycznie „kobiecych” i naprawdę zmysłowych perfumach. Ba, czuję jakbym nagle była w stanie chodzić w najwyższych obcasach i najbardziej plączącej się pod nogami sukience. Mogę założyć kolię z diamentami. Mogę być śliczna i eteryczna. Mogę być nawet miła dla ludzi!

Marilyn-Monroe

Ok, to ostatnie jeszcze przemyślę.

Mimo wszystko Mon Parfum Cristal naprawdę jest niezwykły. Nie jest oczywiście pierwszym zapachem, który coś we mnie budzi i do czegoś inspiruje [bo to u mnie podstawowe kryterium zakochiwania się, kupowania i używania], ale jako pierwszy poruszył tę część, której istnienia nie do końca się w sobie spodziewałam ;]

Jest apetyczny, ale nie dosłownie jadalny. Kobiecy i zmysłowy, ale jednocześnie… wyluzowany. Naturalny.
Nie chrząka z zażenowaniem, kiedy jesz sernik wsiorbywując galaretkę bez łyżeczki, tylko robi to samo co ty, nie tracąc przy tym ani grama swojej gracji.

I w sumie to różowe złoto też wygląda ślicznie.
Nie obraziłabym się, gdyby błyskało do mnie z mojej prywatnej szafki z flakonami. Jestem pewna, że będzie tam idealnie pasować.

.

Nuty:
głowy: cynamon, różowy pieprz
serca: bułgarska róża, wanilia z Madagaskaru
bazy: toffi, ambra, piżmo
Data powstania: 2013
Twórca: Geoffrey Nejman i Jean-Claude Astier
Koncentracja: woda perfumowana

.

Gif pierwszy: rebloggy.com
Gif drugi: www.fanpop.com

Montale: Fruits od the Musk

czwartek, Sierpień 22nd, 2013

Wszyscy mamy jakieś odpały. Jedni wpieprzają Nutellę prosto ze słoika, inni lubią 50 Shades of Grey, a jeszcze inni – spowici w niszowe mroczne cienie – w zaciszu czterech ścian zlewają się do pępka mgiełką Sweet Pea i walczą z pokusą schrupania się z owockowej apetyczności.

Tak, to ostatnie jest o mnie.

.

Come on, mogło być gorzej!

.

sweet transvestite

.

Szczerze mówiąc, owocki to nie taka prosta sprawa. 99% obecnych na rynku owocowych wytfurów to z przeproszeniem wstrętne plastiki, które z zapachem owoców mają tyle wspólnego, co pamiętna główka kapusty z filmu „Skrzydełko czy nóżka” z kapustą z krwi i kości z ogródka. Wygląd, o ile.

Ale zgodnie z tytułem, dzisiaj nie o Sweet Pea będzie.
Nie, nie wspomnę już ani słowem o boskim Sweet Pea od Bath & Body Works, zapachu soczystym, rześkim, wilgotnym od owocowego miąższu, z cudownie roślinną, łykowatą nutką… Nie, kompletnie nic o nim już nie napiszę.

Po Montale cudów się nie spodziewałam. W końcu jak bardzo prawdopodobne jest, że marka która robi boskie oudy, genialne kadzidła, ślinogenne gourmandy i najpiękniejsze róże ever – stworzy ładne owoce? To była szansa jedna na milion… ;]

.

Tymczasem Fruits od the Musk się nie cacka. Nuty głowy to on zjada na śniadanie.
A niewinnego noszącego bez ostrzeżenia wrzuca w krzaki malin.

balladyna.

Malin dojrzałych, mięsistych, czerwonych jak krew i diabelnie słodkich. Dla równowagi podanych z kwaskowymi poziomkami i leśnymi jeżynami. Ta mieszanka jest nie do zniesienia przepyszna – i co gorsza, przepysznieje jeszcze bardziej. Kojarzycie nutę rabarbarowego ciasta z cukrem pudrem w Brit Red od Burberry? To właśnie tkwi w głębinie serca FotM. Owocowa czerwień konfitury i cukier puder.

A wiecie, co tak naprawdę odpowiada za całą cudowność tych przepysznych wizji?

Róża. RÓŻAAA! ♥

To ona tak czerwieni owoce malin, dosładza je i udojrzewia. Ona nadaje zapachowi aksamitnej gładkości i welurowej, futerkowej głębi. Fruits od the Musk pachnie jak przepyszne, miękkie posłanie z płatków czerwonych róż i równie czerwonych owoców. I pulsuje: to nie jest tylko malina i tylko kwaskowa róża. To są ciągle zmieniające się koktajle: raz maliny z cukrem, po chwili poziomki z piżmem, a potem nagle znowu maliny – z gładkimi płatkami niesamowicie intensywnej, szkarłatnej róży.

Jestem zachwycona i szczęśliwa, że dałam mu szansę mimo początkowej niechęci i po niezbyt dobrym pierwszym wrażeniu [nazwa, wyobrażenie nut, opisy w sieci].

.

Nuty: mandarynka, bergamotka, liść truskawki, malina, róża, piżmo, jeżyna.
Data powstania: 2008?
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda perfumowana

.

Gif z tumblr.com – chyba się wkręciłam na stałe.
Drugie zdjęcie pobrane z ksiazkizbojeckie.blox.pl, to plakat do spektaklu Balladyna w Teatrze Narodowym

By Kilian: In The Garden of Good and Evil, część I

czwartek, Luty 21st, 2013

Łaaa, mam takie zaległości, że nie wiem od czego zacząć!
Niedługo pojawi się nowa seria Kiliana, różana świeca Yankee miażdży mocą, Candy Rose Montale trafił na listę must-have’ów i chyba w ogóle róża do łask wraca, bo wszędzie jej ostatnio pełno… Z niecierpliwością wyczekuję La Fille de Berlin Lutensa i Rosae Mundi Profumum Roma, bo te marki rzadko kiedy mnie zawodzą. Ostatnio w ogóle ;]

Tymczasem w ogrodzie dobra i zła

kilian good and evil packaging

… Nisha ociera brodę.
Pociekło jej na samą myśl o kilianowych szkatułkach.

No co jak co, Kilian wie jak kupić takie sroki jak ja. Wie jakich symboli użyć, w jakie klimaty się zapuścić. W tej kasetce z wężem jestem tak beznadziejnie zakochana, że – obawiam się – byłabym w stanie kupić którykolwiek z tych zapachów, dla samego opakowania. W ciemno.
Lecz tym razem los postanowił mnie oszczędzić: fiolki wszystkich trzech zapachów leżą przede mną, lśniące i kuszące…

 

Dziś będzie o Forbidden Games.

Miało być tak. Ale tak nie jest.
Jest gorzko i cierpko. Tak intensywnie kwaskowo-soczyście, aż mam ochotę wgryźć się w miękką brzoskwinię i poczuć, jak jej sok cieknie mi po brodzie, po czym popchnąć ją kilkunastoma dojrzałymi śliwkami. Nuta otwarcia jest tak uzależniająca i apetyczna, że od dłuższego czasu chrzaniąc rozwój kompozycji, dosmarowuję się FG, żeby jeszcze raz poczuć nuty głowy. PROFANACJA, wiem, ale jakże przyjemna.

Po godzinie…
… i jeszcze jednym kwadransie, bo zapomniałam że miałam czekać i znowu się usmarowałam.

Cudownie świetlista i pikantna goryczka powoli zanika, nabierając miękkich, puchatych kształtów. Na kwaskowe śliwki opada mgiełka z mrożonych płatków róży i cukru-pudru; miałkiego, słodkiego, stapiającego się z soczystymi owocami. Wyobraźcie sobie misę przeciętych na połówki śliwek węgierek, posypanych słodkim puchem. Tak. WŁAŚNIE TAK.

Baza ku mojemu ogromnemu smuteczkowi, jest bardzo delikatna i niknie z każdą minutą. Wanilia, miód, żywice? Możliwe że gdzieś są, ale niestety nie na mojej skórze – jedyne co do mnie dociera, to bardzo skromne i grzeczne geranium. Nuta śliwek trwa przez wszystkie fazy zapachu, zmieniając się z owocowej eksplozji w delikatną strużkę słodkiego soku. Jak na mój nos – śliwkowo-jabłkowego. Z grzecznym geranium u boku.

 

Spytacie, co ma to wszystko do nazwy forbidden games?
Jeśli chodzi o grzeszność tego zapachu, to obżarstwo vel nieumiarkowanie mamy tu w żółtej koszulce lidera.
Nie sposób oprzeć się tym smakowitym akordom, nie sposób przestać spijać ich ze skóry. Chce się więcej, WIĘCEJ, intensywniej, nieważne że sok oblepia skórę i skleja włosy, a podbródek wystaje jak u Jabby the Hutt – przyjemność smaku jest zbyt duża, żeby z niej dla takich szczegółów rezygnować.

Nie wiem czy którykolwiek z pozostałych dwóch zapachów serii TGGE przebije to owocowe szaleństwo. Nie żebym mnie to martwiło. Szkatułka i tak kiedyś będzie moja, nieważne z którym soczkiem w środku!

 

Nuty:
głowy: jabłko, brzoskwinia, śliwka, cynamon
serca: róża bułgarska, geranium burbońskie, jaśmin
bazy: wanilia, miód, opoponaks
Data powstania: 2012
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.thenonblonde.com


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates