Posts Tagged ‘kadzielnica’

Maison Francis Kurkdjian: Absolue pour le Soir

wtorek, Listopad 18th, 2014

Spodziewałam się naprawdę strasznych, traumatycznych przeżyć, po których będę się budzić w nocy z krzykiem i już nigdy nie zagram na skrzypcach. Miało być brudno, cieleśnie, zwierzęco – ba, miało być fizjologicznie i odpychająco. Spodziewałam się dzikiej bestii, która mnie zgubi i pożre.

dracula
Nie wiem, może pomyliła adresy czy co, może ja jeszcze poczekam?
.

Ten zapach ma w sieci absolutnie skrajne opinie; tyle samo osób go kocha, co nienawidzi. W moim otoczeniu zdecydowanie przeważa druga opinia, której zwykle towarzyszą niezwykle plastyczne torsje…

Pamiętam, że kiedy MFK pojawił się w Polsce, testowałam wszystkie kompozycje i zapachowi na wieczór – ani w wersji kolońskiej, ani absolutnej – nie miałam nic do zarzucenia. Apetyczny, gęsty miód podbity benzoesem [benzoes – i wszystko jasne] w absolucie co prawda trochę mnie przytłaczał i potrafił wykształcić własny, acz bardzo źle wychowany byt [to on pierwszy właził do pomieszczenia, dopiero potem wchodziłam ja] – ale jednak „było ok”.

Niedawno uparłam się na powtórkę, trochę zdezorientowana, o co tyle szumu i ostrzenia kołków. I niestety, jak to u mnie zwykle bywa, przepadłam.

.

Najbardziej zachwycające jest otwarcie: to najczystszy dym palącego się kadzidła frankońskiego. Ciepły i słodko-drzewny, ale z taką charakterystyczną gorzko-słoną nutą; orzeźwiający, a jednocześnie… apetyczny [wiadomo – benzoes]. Zagubionych w moim opisie odsyłam do najbliższego kościoła. Tu nie ma żadnej cytruskowej gry wstępnej – mirra, olibanum, benzoes atakują od pierwszych sekund, wpijając swoje narkotyczne zęby w miękkie ciało.

Gęsta, balsamiczna mieszanka powoli roztapia się na skórze, by po chwili ściekać z niej strugami złocistego miodu. Jest słodko, tak słodko, że włącza mi się bezwarunkowy odruch parzenia earl greya, a jednak ani na moment – nie mdląco czy nieprzyjemnie. W lepkich kroplach miodu można wyczuć odrobinę kadzidła oraz różę w wydaniu „konfiturowym”. Po dłuższej chwili znów wybija się żarzące się kadzidło, ale nie na długo – przygasa, oblane miodem… I tak tętni na skórze, nieśmiertelne w swojej mocy i uporze. Miód – kadzidło – miód z różą – kadzidło – miód – miód. Powtarzają się akordy falują, przenikają, pulsują, w idealnej harmonii.

Leżę, uwalona miodem i otumaniona kadzidłem, i czekam na tę obiecaną bestię…
… która okazuje się być nie krwiożerczą bestią z najgorszych horrorów klasy B, ale bestią baśniową. Samotną bestią z magiczną różą. I piękną miłością :)

belle-et-la-bete-1946-002-josette-day-jean-marais-faces-sideways

.
Nic na to nie poradzę, uwielbiam happy endy.

Nuty: benzoes syjamski, absolut kadzidła, miód różany, ylang ylang, kminek, cedr atlaski, sandałowiec
Data powstania: 2010
Twórca: Francis Kurkdjian
Koncentracja: woda perfumowana

 

Pierwsze zdjęcie to kadr z filmu „Bram Stoker’s Dracula” reż. Francisa Forda Copolli z 1992 roku.
Drugie – kadr z „La Belle et la Bête” Jeana Cocteau z 1946 roku.

L’Artisan Parfumeur: Aedes de Venustas

czwartek, Marzec 6th, 2014

Załóżmy roboczo, że [podobnie jak Muminki] Nisha zapadła w sen zimowy i obudziła się dopiero wiosną…

willy wonka

… żeby od razu popaść w egzystencjonalne zwątpienie, spowodowane rosnącą zawartością perfumowej kolekcji [co nie uwalnia wbrew pozorom od codziennych dylematów pt. „nie mam czym pachnieeeeć”] i również rosnącym poziomem absurdu na świecie. Ale nie o tym miałam.

Wróćmy do szafy.

narnia

Perfumowej szafy!

.
.

Jak pewnie zauważyliście, miewam różne zapachowe ześwirowania. Lista chciejstw zmienia się jak w kalejdoskopie, choć przeważnie, jak przystało na nosicielkę wirusu mamoniozy, są to rzeczy które już znam i lubię. I oczywiście – mam.
Ale na tej liście są też pozycje od wielu lat niezmienne, w wielu przypadkach nie-do-zdobycia albo zwyczajnie poza moim finansowym zasięgiem. Jednym z takich zapachów był, jak sądziłam, Aedes de Venustas – limitowany l’artisanowy kadzidlak, stworzony dla tytułowego butiku. Naczytałam się o nim, ooo, ileż się naczytałam i ileż to razy brodę ocierałam, bo mi pociekło. Potem w końcu AdV poznałam i oczywiście było jeszcze gorzej.

A teraz, od dwóch dni, mam własny flakon.

Choć w ręce moje wpadł we wtorek koło południa [Escritoro, będę Ci wdzięczna do śmierci!], dopiero przed chwilą zebrałam się na odwagę porwania folii i wyjęcia mojego skarbu z pudełka.

wonka2

Yup.

 

Przypomnijcie sobie wszystko, co przeczytaliście o Aedes de Venustas i dodajcie do tego „Nisha czuje, że”. Ten zapach jest bardzo prosty w odbiorze; nuty są wyraziste i tak zgrabnie wykaligrafowane, że każdy je rozpozna i odczyta bez problemu. Tu nie ma miejsca na teoretyzowanie i kombinowanie.

Dużo pomarańczy, delikatne kyotowe kadzidło, przestrzeń. Słodycz [męskiego] Jubilation XXV, pieprzność Cristal de Roche, soczystość Seville a l’Aube. Otwarcie może nieco odrzucić lub zmigrenić [lub zastosować atak podwójny], ze względu na dość intensywne i gryzące połączenie mdlącego opoponaksu i słodkiego kardamonu. Na szczęście szybko łagodnieje, przechodząc w uroczy, „noszalny” i wygodny dymek. Dymek z pomarańczowym soczkiem i ciepłą, przytulną słodyczą gładkich lśniących żywic.

AdV jest łagodny i przyjemny. Nieprzekombinowany.
Kadzidlany, ale nie gryzący tak, że aż oczy łzawią.
Słodki, ale nie oblepiający gęstymi sokami albo morderczymi kwiatami.
Ciepły, jak tlące się żywice.
Leniwy.

 

Trochę jestem zaskoczona, że wcześniej nie zauważyłam podobieństwa do Jubilation XXV, skupiona na skojarzeniu z Kyoto. Tymczasem na skórze to połączenie obu powyższych kadzideł [które nawiasem mówiąc, jak przystało na nosicielkę wirusu mamoniozy, oczywiście że już mam -.-].

Nie zmienia to faktu, że jestem przeszczęśliwa. Marzyłam o własnym flakonie AdV, pięknym, fioletowo-dymnym i matowym, z apetycznie kadzidlaną zawartością… Marzenia się czasem spełniają! Czego i Wam życzę :)

 

aedes de venustas

Nuty:
głowy: pomarańcza, różowy pieprz, kardamon, kadzidło
serca: pieprz, róża, irys, cedr
bazy: paczula, kawa, opoponaks, benzoes [kocham benzoes!], mech dębowy
Data powstania: 2008
Twórca: Bertrand Duchaufour
Koncentracja: woda perfumowana

.

Gify z odmętów internetu, a piękne zdjęcie flakonu – z Fragrantiki.

Oriflame: Elixir Amber Night

piątek, Lipiec 5th, 2013

Ekhm. Załóżmy, że to będzie jeden z tych zaplanowanych, próbkowych wpisów, ok?
Choć prawdę mówiąc, jest to wpis flakonowy, który bezczelnie się między próbki wcisnął. Kilka dni temu nie wiedząc w zasadzie po jaką cholerę i absolutnie nie nauczona doświadczeniem, kupiłam go w ciemno, zapłaciłam i po przyłożeniu głowy do poduszki, natychmiast o nim zapomniałam. Dotarł całkiem szybko i jeszcze szybciej mnie zachwycił.

Ja to w ogóle jakaś chwytliwa jestem.

amber elixir night

 

Po pierwsze – flakon. Przeciwnicy Ori i Avonu zaraz się rozkrzyczą, że to plagiat, podróba i jak tak można. Z jednej strony zgadzam się z nimi, bo podobieństwo do Black Orchid jest bardzo duże, aaaaleee ponieważ zapach to zupełnie inna bajka, a na dodatek zawsze podobał mi się kształt i faktura szkła BO, ale samego BO nie cierpię pasjami [o czym zaświadczyć może mój udomowiony paw i ta recenzja] – będę go bronić. Niech pierwszy, kto nie ma torebki/zegarka/okularów stylizowanych na coś high-endowego i super-exclusivnego [i jest tego pewien], niech pierwszy rzuci bezą! I trafi. Khehe.

Ale mniejsza ze szkłem, które jest naprawdę urocze, śliczne i dobrze wykonane. Co z zawartością?

 

Otóż zawartość zaskakuje. Przede wszystkim dużą zmiennością nut.
Otwarcie – pudrowe, różane, w stylu Ombre Rose l’Original Brosseau, czyli dość lepkie i ciężkie. Po chwili uświadamiam sobie, że ta lepkość to wcale nie pudrowe róże, ale coraz mocniej wiercące w nosie żywice. Słodkie, ale pieprzne, lekko karmelowe, z nutą słonecznej ambry [choć ze względu na duże podobieństwo w tym miejscu do Ambar, nie wiem czy nie powinnam napisać „z nutą słonecznego bursztynu”].
Następnie do głosu dochodzi surowe, wręcz cierpkie kadzidło, które zmienia zapach po raz kolejny. Rozgrzane ciepłem skóry, odsłania swoje słodsze, kremowe oblicze. Spowite w miękkie futerko i milutkie, wypolerowane nuty drzewne, trwa na skórze zaskakująco długo.

Gdybym miała opisać ten zapach i to, jak się czuję kiedy go na sobie mam, pokazałabym to zdjęcie:

sleeping cat

Dodam, że późna baza ponownie się wykadzidla, tym razem w wersji lekko dymnej i mocno przestrzennej.

Kremowo-futerkowy kameleon :)
Zakochanam. Planuję zapas. Walka z rozsądkiem jeszcze trwa.

 

Nuty:
głowy: bergamotka, dzika róża, kadzidło
serca: irys, ambra, benzoes syjamski
bazy: paczula, wanilia burbońska, sandałowiec
Data powstania: 2013
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie flakonu pochodzi ze strony blog.ubintervip.pl
Kotek w formie tapety z: www.new-wallpapers.net

Olivier Durbano: Pink Quartz

piątek, Styczeń 11th, 2013

Do niektórych zapachów trzeba dojrzeć, prawda? Wrócić. Dać drugą, trzecią, piątą szansę… Czuję że w najbliższym czasie czeka mnie dużo powrotów – różanych w szczególności.

Ten wpis miał być o Heliotrope, który opętał mnie tak bardzo, że przez kilkanaście dni byłam w stanie nosić go codziennie i conocnie, nie zważając na otoczenie ani fakt, że już czymś innym pachnę ;] Heliotrope pasował do wszystkiego i kropka. [A do czego nie pasował, to zagłuszał.]
Po czym – nie wiem nawet czemu, bo ciężko pomylić dziką fuksję z bladym różem – któregoś dnia sięgnęło mi się [może w ramach odświeżenia znajomości?] w perfumerii po Pink Quartz.

<werble>
Tak jakby mi mało Durbano było.

Olivier ma w moim sercu swoje stałe miejsce. Z wygrawerowaną tabliczką i reflektorem. Forever. Zaczęło się od piniowych cukierków [Jade], potem było kadzidło na herbatkę u babci [Cristal de Roche], a ostatnio przedziwnie ziołowo-skórzano-korzenny Heliotrope, którego naprawdę muszę kiedyś zrecenzować.
Więc może i to powinnam przewidzieć, na fali różanego szału?

pink quartz

Pink Quartz to kadzidło leniwe.
W sumie też byłabym leniwa, gdyby otaczały mnie takie luksusy i wspaniałości.

Otwarcie jest zaskakująco ciężkie. Gęsty, skrystalizowany, kremowy miód wtapia się w skórę, by po chwili… zniknąć, jak butelka dwójniaka zostawiona ze mną w jednym pokoju.
Na tęsknotę i ubolewanie nie ma jednak czasu, bo do głosu dochodzą cudowne róże. A właściwie różana konfitura, z metalicznym surowym chłodem w tle. Różaność pełna, mięsista i niespokojna: raz oleista jak olejek z róży stulistnej [ten miodowy akord…], raz świeża i rześka jak geranium [to z kolei zasługa palmarosy].
Nie za słodko?

Ano nie za słodko. Aksamitna kwiatowa słodycz jest tu zręcznie podbita soczystą zielonością różanych łodyg i pikantnymi nutami drzewnymi. Cytrusowe geranium wyrywa się na pierwszy plan, tłumiąc na moment oleistość i dając zmysłom odrobinę wytchnienia – ale nie na długo. Jeden głęboki wdech i Jej Wysokość Róża znowu wciąga mnie w swoje ciężkie od mięsistych płatków objęcia.

Otumaniona słodyczą, mam wrażenie jakby cała kompozycja nabierała coraz intensywniejszych barw, róże stają się bardziej krwiste, kolce ostrzejsze, ziemia dziwnie wilgotna… Stop, to tylko róże. To tylko niewinne róże.

 

Kadzidło ujawnia się dopiero w późnej bazie. Leniwie, niespiesznie, w doborowym towarzystwie. Klasyczne olibanum z klasycznym lekko cytrusowym akordem w głębi. Geranium i imbir – ciągle wyczuwalne – łagodzone przez słodką, podsuszoną paczulę i kremowo-puchatą ambrę; dają wrażenie obecności słodkiej szałwii.
Grejpfrut, nagle, bo czemu nie. I kurtyna, bo po kilku godzinach zapach na skórze blaknie, a róża z płatkowej bogini zmienia się w, włożone między strony najgrubszej oprawionej w skórę książki, zasuszone wspomnienie.

Czy muszę dodawać, że kolejny durbanowy flakon to jedynie kwestia czasu? ;]

 

Nuty:
głowy: bergamotka, różowy grapefruit, somalijskie kadzidło (olibanum), szafran, imbir
serca: palmarosa, róża damasceńska, indyjskie drzewo różane
bazy: absolut z róży indyjskiej, szara ambra, paczula, mirra, benzoes, białe piżmo
Data powstania: 2010
Twórca: Olivier Durbano
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.perfumeriaquality.pl

Lubin: Korrigan, Galaad i Akkad

niedziela, Listopad 25th, 2012

Pamiętam szał uniesień, kiedy po raz pierwszy przeczytałam o nowych zapachach Lubin. Poeci tego nie opiszą! Flakony, nazwy, historie i składy nut, wszystko powodowało u mnie gorączkę nerwowego oczekiwania. Wreszcie mam, stoją przede mną trzy spore sample, które od kilku dni z lubością oglądam, odkręcam i testuję. Efekty? Uczuciowo zróżnicowane ;]

 

Korrigan

Wiązałam z nim chyba największe nadzieje. Karmelowa nuta pieczonego chleba, whiskey, szafran, drewniana baza, którą dodatek oudu może albo zmoczyć i zepsuć, albo wysuszyć i dopieprzyć… I wszystko to w nim znalazłam. No, prawie.

Otwarcie  jest dość mocno karmelowe i chlebkowe, co za pierwszym razem mnie przeraziło, szczególnie po Jeux de Peau Lutensa i moich ostatnich doświadczeniach perfumiarskich. Niedawno pracowałam z „laktonem klonowym” [nie wiem, jak brzmi jego polska nazwa, ale chodzi o ten składnik], który pachnie obłędnie pysznie, niestety bardzo nie lubi dzielić się przestrzenią z jakimkolwiek innym składnikiem – jest zaborczy i zabójczy. Psuł wszystko, za co się wzięłam, zagłuszał najmocniejsze nuty i sprawiał, że każda kompozycja pachniała w gruncie rzeczy tak samo…
Nie wiem czy użyto go w Korriganie, ale efekt jaki uzyskuję na skórze każe mi tak przypuszczać. Chlebek nie zostawi was ani na krok. Będzie trwać przez całą kompozycję, od wspomnianego otwarcia, przez coraz chłodniejszą i suchą nutę serca, w której obok chlebka próbuje zaistnieć lawenda i wytrawna ambretta, po bazę – niby drzewną, zgrabnie dosuszoną [uff, zero wilgoci!] oudem, ale ciągle słodką i jadalną. Muszę przyznać, że przejście z chłodu serca do szafranowego ciepła bazy [tak, dopiero bazy] jest zaskakujące i bardzo ciekawe; z drugiej strony mimo szczerych chęci i godnego podziwu własnego wysiłku, nie jestem w stanie wyczuć tu ani kropelki whiskey. Kto wysiorbał, przyznać się?!

Kiedy wszystkie nuty przeminą, chlebek pozostanie. Niczym samotny strażnik teksasu, trwać będzie nawet wtedy, kiedy przejadą napisy końcowe i wszyscy opuszczą salę. Jest uroczy, pysznościowy i bardzo miły, ale nie tego oczekiwałam po charakternych Korriganach.

Nuty:
głowy: jagody jałowca, szafran, koniak
serca: lawenda, ambretta (ketmia piżmowa), destylat whisky
bazy: cedr, oud, skóra, wetiwer, piżmo
Data powstania: 2012
Twórca: Thomas Fontaine
Koncentracja: woda perfumowana

Galaad

O tak, moc orientu: bogactwo złocistych przypraw i żywic, słodycz i moc, od której kręci się w głowie.
Zapach od samego początku tak mocny, że aż ciężko wyodrębnić z niego jakiekolwiek nuty czy składniki. W głowie ma się przede wszystkim pełne orientalnego przepychu obrazy. Galaad jest niesamowicie spójny i gęsty.

Mirra i złocisty, lekko drzewny miód, rozgrzany do czerwoności kardamon, ambra za którą dam sobie nos uciąć – po co komu nuty głowy, przejdźmy od razu do sedna serca! Jest intensywnie i głośno, mirra obezwładnia i wciąga do środka kompozycji, która ciągle gorąca i przyprawowa, zrzuca słodkie piórka i przeistacza się w… przystojnego nieznajomego, nonszalancko skręcającego papierosa. Od tabaki aż kręci w nosie; jest lekko pudrowa i słodkawa, na szczęście przed kompletnym zasłodzeniem ratuje ją dodatek skóry. Takiej znoszonej i cielesnej, lekko cierpkiej i bardzo zmysłowo… „męskiej”. Takiej, przez którą lekko się rumienię i poprawiam na krześle. Oto, co zdolne ręce i nos potrafią wyczarować z nudnego, z-lodówki-wyskakującego oudu!

To już kres naszej podróży. W powietrzu unosi się zapach wyschniętych traw, skórzanego siodła i przywleczonej przez wiatr odległej smużki kadzideł. Nieznajomy z zabójczym uśmiechem skręca kolejnego papierosa…

Nuty:
głowy: kardamon, cyprys, rozmaryn
serca: esencja i absolut mirry, miód, balsam copahu
bazy: oud, cedr atlaski, cypriol, tytoń Burley
Data powstania: 2012
Twórca: Delphine Thierry
Koncentracja: woda perfumowana

Akkad

Najlepsze zostawiłam sobie na deser. Bo to się skończy flakonem.

Jak głupio zabrzmiałoby stwierdzenie: „tak pachnie Mezopotamia”? Pewnie bardzo, szczególnie dla tych którzy mają o historii większe pojęcie niż nieco roztrzepany biotechnolog, ale dla mnie to jest właśnie zapach starożytności. Akkad ma w sobie coś z Kyphi, ale nie tak dosłownie… khem, mumijnego.
Jest zapachową sprzecznością. Z jednej strony kusi ziołowymi olejkami, słodkimi balsamicznymi żywicami i kremowo-puchatą ambrą, z drugiej – ciągle zachowuje dostojny, profesjonalny dystans. Wiedząc, jaki jest boski, nie czuje potrzeby narzucania się i egzaltowanego podkreślania swojej wyjątkowości; po prostu robi to, do czego został stworzony: jest boski ;)

Zachwyca mnie w nim przede wszystkim olibanum, które pachnie identycznie jak po zapaleniu, słodko-pikantnie-piaskowo. Nie potrafię „namacalnie” określić tego aromatu, wiem tylko że do tej pory perfumy czysto frankońskie musiałam omijać szerokim łukiem, bo doprowadzały mnie do nieprawdopodobnej, natychmiastowej migreny. Teraz, dzięki Akkadowi, mogę rozkoszować się tym zapachem bez wizji wciskania gałek ocznych do środka czaszki. Yay!

Ale nie ma co się oszukiwać – Akkad to przede wszystkim morze pięknej, kremowej ambry. Mając w składzie zarówno ambrę, jak i styraks i labdanum, które do tworzenia akordu ambry wykorzystywane są w pierwszej kolejności – ekstremum ambrowe jest nieuniknione. Nie oznacza to, że robi się nudno. Cały czas przez ambrową błogość przesączają się smużki dawnych czasów: ziołowo-paczulowy pył zmieszany z olejkami, palone żywice, kadzidlane maści i woskowe stożki, roztapiające się w kontakcie z ciepłem skóry… Wszystko pachnące, luksusowe, bezcenne i rozgrzane słońcem południa.

Nie ma co pisać. Trzeba powąchać.

Nuty:
głowy: mandarynka i bergamotka z Włoch, esencja szałwii muszkatołowej
serca: esencja kardamonu, elemi, kadzidło frankońskie, styrak
bazy: ambra, czystek (labdanum), wanilia, paczula
Data powstania: 2012
Twórca: Delphine Thierry
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcia pochodzą z portalu fragrantica.com.pl

Amouage: Interlude Man & Interlude Woman

czwartek, Lipiec 5th, 2012

Rozważam strategię.
Zacząć od zachwytów, a na koniec zjechać – czy na odwrót, najgorsze walnąć na początek i na spokojnie próbować znaleźć te dobre strony? Tak, zdecydowanie przemawia do mnie druga opcja; więc: TO JUŻ BYŁO.
Co oczywiście nie jest od razu i koniecznie „kompletnie złe”, ale w przypadku takiej marki jak Amouage, trochę rozczarowuje.

Recenzując Opus VI, zauważyłam że wyczuwam w nim wiele wcześniejszych kompozycji tej marki, wiele znanych mi już akordów i składników. I wszystko fajnie pięknie, kiedy zapach się podoba… W sumie jak się nie podoba, sprawa też jest prosta, bo łatwo wtedy można uzasadnić potok słów krytyki.
Ale powiedzmy sobie szczerze: ileż razy można coś powielać? Ile razy można zachwycać się i kupować w gruncie rzeczy – to samo? Wystarczą mi dyskusje z rodzicielką, która twierdzi że jestem cała w czerni, podczas gdy według mnie mam na sobie co najmniej trzy różne… no. Odcienie. Czerni. Różne! Np. brązową czerń albo bardzo ciemną szarość…

… zapada niezręczna cisza, zrozumienie otoczenia na poziomie ujemnym…

Ok, zmieńmy temat.

 

 

Wiecie, mam taki mały maleńki odchył. Nienawidzę niebieskiego. I czerwonego. I brązowego. Żółty w sumie też jest wstrętny, w pomarańczowym nikt nie wygląda dobrze, a biały to zło pierwotne. Nie potrafię nawet zaakceptować czy kupić perfum, które mają niebieskie opakowanie. Ani czerwone. Ani brązowe. Żółte w sumie… Po prostu nie lubię niebieskiego.

Ale w tych szafirkach Amouage jest coś tak głęboko majestatycznego, że nawet przeglądając zdjęcia w sieci mimowolnie przybieram fizys ameby i ślinię się jak pies do kiełbasy. PIĘKNE SĄ. Paczcie sami. Gaaah.

 

No tak, miałam zacząć od złych wiadomości.

Złe wiadomości są takie, że Interlude Man pachnie jak Opus IV + Opus VI, a Interlude Woman jak Acqua Fiorentina + Hajj.
Dobre wiadomości są takie, że Interlude Man pachnie jak Opus IV + Opus VI. Kropka. Coś, co chociażby stało koło AF, nie ma prawa być dobre. Nigdy.
I to tyle, jeśli chodzi o suspens.

 

Interlude Man

Rozpoczyna się pięknie, bo czarnym dymem i kardamonem.
Usiłując wyprzeć z głowy skojarzenie z Fvmidvsem, skupiam się na kardamonie, podbitym odświeżającą miętową żywicą [Opus IV kłania się nisko] i pieprzno-korzennym, coraz słodszym labdanum [Opus VI odbija piłeczkę]. Dym spowija skórę, unosi się nisko nad całą kompozycją chowając przed wzrokiem – i nosem – pozostałe składniki. W końcu resztki tlącej się materii gasną i okazuje się, że powodem całego zajścia było stare, powalone drzewo, sczerniałe od ognia i lśniące rozgrzaną żywicą agarową.

Interlude H jest ciepły, bardzo ciepły, cielesny i tętniący. Przed nadmiarem słodyczy broni go ostry, słony i przeraźliwie suchy oud. Nie jest to mój ulubiony składnik, co rozpoznaję po szpikulcu wbijającym mi się za prawe oko za każdym razem kiedy biorę wdech z I., ale z heroicznym masochizmem przyznać muszę, że to najlepszy oud, jaki w życiu wąchałam. Jednocześnie najbardziej zabójczy.

Po zaledwie dwóch godzinach Interlude znika za mgiełką słodkiej, skórzano-puchatej paczuli i z oudowego molocha staje się uperfumowaną skórzaną rękawiczką. Czarną.

 

Nuty:
głowy: bergamotka, oregano, pieprz [korzennik?]
serca: kadzidło, ambra, labdanum, opoponaks, mirra
bazy: skóra, paczula, oud, drzewo sandałowe
Data powstania: 2012
Twórca: Pierre Negrin
Koncentracja: woda perfumowana

 

Interlude Woman

I tu zaczynają się schody – jak ocenić zapach, od którego świeczki stają w oczach?
Nie z zachwytu, dodam.

Interlude F to w moim odczuciu kolejna po [również damskim] Honour ofiara europeizacji marki. Nie oszukujmy się, to nie jest już stary dobry Amouage, tylko owockowo-kwaskowy napój [nawet nie sok!], z syntetycznie upudrzonym, zabarwionym chemią na haluno-zielono i kwaśnym kiwi w roli głównej.

Ono nie zna litości i zdecydowanie nie wie, kiedy ze sceny zejść – trwa więc przez wszystkie fazy kompozycji, doprowadzając moje prawe oko do granic wytrzymałości. Nawet nuty kawy nie wytrzymały tej presji i się ukwasiły, a kadzidła i róża zwiały przy pierwszej nadarzającej się okazji. Przymykając [prawe] oko na kiwi-podobny twór syntetyczny, można wychwycić trochę orzechowo-miodowego akordu sianka. Pyszności. Póki nie wróci kiwi-po-twór, oczywiście, a wierzcie mi – ono zawsze wraca

 

Nuty:
głowy: bergamotka, imbir, grapefruit, nagietek lekarski
serca: kadzidło, róża, kwiat pomarańczy, jaśmin, orzech włoski, kawa, kiwi, drzewo sandałowe, miód, nieśmiertelnik, opoponaks
bazy: wanilia, skóra, mech dębowy, ambra, benzoes, bób Tonka, piżmo, oud, drzewo sandałowe
Data powstania: 2012
Twórca: Karine Vinchon Spehner
Koncentracja: woda perfumowana

 

Podsumowując… Czego nigdy w zasadzie nie robiłam…
Czy jestem zadowolona? Nie.
Czy kupiłabym Interlude Man? Oczywiście, że tak. W celu zrozumienia odsyłam do fragmentu o czarnych ubraniach lub zapraszam do obejrzenia mojej kolekcji sześćdziesięciu różów do policzków [nieee, nie mam takiego, ten jest zupełnie inny!]. Niektórych rzeczy nie da się zmienić ;]

 

Zdjęcie pierwsze pochodzi z profilu marki Amouage na Facebooku
Zdjęcie drugie – betterthandiamond.com

Donna Karan: Black Cashmere

wtorek, Kwiecień 10th, 2012

Oczy same mi się zamykają. Ciążą okrutnie i niekontrolowanie, drzemię z nosem rozpłaszczonym o dłonie, umieram prawie, a tu jeszcze powkuwać trzeba i ogarnąć się. I zastanowić, dlaczego właśnie kupiłam flakon Sale 01, znając go tylko z opowieści o bliźniaczym podobieństwie do Black Cashmere… Tym bardziej, że flakon BC już mam i…

Właściwie, dlaczego ja nie używam Black Cashmere?!
Kultowego obiektu westchnień i gorączek allegrowych.


Co jest nie tak z moją głową, że kiedyś usychając z pożądania wypijałam każdą możliwą próbkę i odlewkę, zachwycając się czymś co kilka lat wcześniej [młoda byłam, głupia, to wina społeczeństwa!] odrzuciło mnie pod ścianę perfumerii; ale kiedy tylko zdobyłam Kaszmir w boskim czarnym kamyku o pojemności 50ml, szał uniesień minął i flakon zajął zaszczytne pierwsze miejsce na liście Najintensywniej Łapiących Kurz?
I tak od kilku lat, przekładam go z miejsca na miejsce, przestawiam, odkładam, noszę w torebce, wykorzystuję jako przycisk do papieru albo moździerz do mielenia szarej glinki na maseczkę [tak, wiem, profanacja, ale ma świetny kształt]. Użyję raz w roku i ponownie zapominam. A przecież to taki piękny zapach. Był. Teoretycznie jest nadal, ale wersja w kształcie walca jakoś mnie nie przekonuje. Mojego nosa również.

Odbieram go z każdym rokiem zupełnie inaczej – nie dlatego, że się psuje, ale ponieważ mój nos stale zarzucany nowymi kompozycjami i nutami – z czarnego kamyczka potrafi wychwycić coraz więcej. Za pierwszym razem i odrzutem przypominał mi zapach [ach, te eufemizmy!] dziegciu. Później czułam w nim cień ówczas ukochanego i jedynego – Feminite du Bois. Jakiś czas później – kompot z suszonych/wędzonych śliwek, którego nienawidziłam pasjami i torsjami. I niby zapach ciągle ten sam, ale zawsze niedosłowny i nieuchwytny. I ciągle na „nie”.

Co czuję dziś?
Brzozową korę, tak, cały czas, z tą różnicą że bez odrzutu. Miód, goździki, słonawy sandałowiec, suszone węgierki, czyli ciągle Feminite, ale lepsze – z pazurem. Podwędzana, słonawa ambra [Eau du Fier, ktokolwiek?], kremowe wenge w tle, kompot z suszonych owoców jak żywy i kuszący smakiem. Jak to się jednak percepcja zmienia…

 

Pora odkurzyć flakon na stałe, nawet nie dlatego że leci do mnie jego biały brat-bliźniak; ale ponieważ Black Cashmere jest piękny i niepowtarzalny, na wskroś melancholijny i w jesiennym nastroju. Szkoda go marnować, nie-nosząc, trzymając na dokiszenie się w szufladzie i opłakiwać zapach, kiedy nie wszystko jeszcze zużyte.


Carpe fūmum!

Jak sądzę.

 

Nuty: szafran, goździki, biały pieprz, gałka muszkatołowa, róża Marechai, miód, wanilia, ambra, kadzidło guggul, singapurska paczula, drewno wenge, labdanum
Data powstania: 2002
Twórca: Rodrigo Flores-Roux
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi z bloga fragrantica.blox.pl


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates