Posts Tagged ‘kadzielnica’

Olympic Orchids: Kyphi

czwartek, Kwiecień 5th, 2012

W pudełku z próbkami zrobiłam małe porządki, po których ten drewniany dupek jeszcze bardziej się nie domyka. I znów zaległości, tony zaległości! Chyba jesteśmy dla siebie stworzeni. Mam mnóstwo ponapoczynanych wpisów, które zostawiłam nie wiedzieć na kiedy i po co – ale dość tego lenistwa.

Dzisiejszy wpis powstał z dwóch powodów: bo się należy i ponieważ bardzo bardzo chciałabym już tę próbkę zamknąć szczelnie w jakiejś większej fiolce, zalać czymś trwałym [BETON?] i na wszelki wypadek dodatkowo zapieczętować. Jednocześnie mnie zadziwia i powoduje tzw. odruch.

Dzisiaj słodko nie będzie. Ani uroczo, ani ekstatycznie [chyba że odruch uznamy za przejaw ekstazy], ani flakonem się ten romans nie skończy. Chyba.
Zostałam jakiś czas temu obdarowana najbardziej dziwacznym, szkaradnym i porażającym zapachem z jakim kiedykolwiek miałam styczność. Przebił nawet cywetę, a to już jest coś.

 

Kyphi ma być „repliką” perfum starożytnego Egiptu, w pełni naturalną mieszanką żywic, olejków i absolutów, jakie noszono te… kilka tysięcy lat temu. Wierzę, że tak jest. Zapach jest grubo ciosany, roślinno-fizjologiczny aż do bólu, głośny i wgryzający się w skórę.

Pachnie mumią. MUMIĄ, właśnie tak. Choć mumii nigdy nie miałam okazji wąchać, tak właśnie by pachniała, gdyby stanęła teraz przede mną [choć mam nadzieję że nie stanie, jestem wyjątkowo nieodporna na wszelkie horror-klimaty i nie lubię jak mi piasek rysuje parkiety].
Początek Kyphi zabija mdlącą nutą zakurzonych, zapiaszczonych bandaży, starego olejku paczulowego i henny. Każdy wdech powietrza z tym zapachem powoduje u mnie ból istnienia i łzy w oczach. Po kilku chwilach przetrwanych na wdechu coś się zaczyna dziać. Nuta mdląco-mordercza blednie, zwalniając miejsce drewnom [słodkawy cedr? zwietrzały cynamon?], żywicom [labdanum, zdecydowanie] i wysuszonym, kruchym ziołom [wyczuwam szałwię, ale zanim moje zmysły zdążą ją pochwycić w sidła, paczula atakuje i z powrotem chowa domniemaną szałwię w głąb kompozycji]. Jest lepiej. Sucho, słodkawo, łagodnie. Mumia już niegroźna, wygląda i pachnie bardziej jak opatulony drewniany badylek niż czyjeś zmumifikowane zwłoki. Na tym etapie Kyphi mnie zachwyca i wprowadza w błogi stan zamyślenia i marzeń. Zawsze pasjonowały mnie konstrukcje piramid, wynalazki i życie codzienne Egipcjan… Kyphi świetnie wpasowuje się w aurę tajemnic i mistycyzmu starożytnego Egiptu i z archeologiczną dokładnością pozwala zajrzeć w głąb ukrytego przed światem grobowca. Jestem pod wrażeniem.

 

Nuty: kadzidło frankońskie, mirra, labdanum, wosk pszczeli, nard*, henna, trawa cytrynowa, pomarańcza, tatarak [kalamus], kasja**, turzyca***, szafran, jagody jałowca, przyprawy
Data powstania: 2012
Twórca: Ellen Covey
Koncentracja: ekstrakt oraz woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony: www.nytimes.com
Oficjalna strona marki: www.orchidscents.com

 

———
* – in. szpikanard [Nardostachys jatamansi], znany z Jatamansi L’Artisana
** – zakładam, że chodzi o gorzką korę cynamonowca cassia, choć może autorka użyła strączyńca? [jakież te polskie nazwy są szpetne…]
*** – i znowu moje założenie, że tym razem mowa o roślince z rodziny ciborowatych [turzycowatych]

Memo: Shams

sobota, Marzec 3rd, 2012

Wczoraj miał miejsce Dzień Dobroci Dla Nishy. Co prawda był to typowy dzień świra, którego nikomu nie życzę; ale ten wyjątkowo wyróżniał się kilkoma miłymi akcentami.
Jeden szczególnie miły akcent leży przede mną w szklanej fiolce i doprowadza mnie do szału, rozpaczy i zgrzytania zębami. Użyć? Tak go mało, że nic mi nie zostanie, poza szałem, rozpaczą i zgrzytaniem zębami. Nie użyć i przykryć innymi próbkami? Wtedy jak Jumanji będzie się tłuc i dobijać, żeby tylko zwrócić na siebie uwagę. Co bym nie zrobiła, i tak przegram.

No to chlup.

Gdyby nie moje nikłe zdolności informatyczne, dla pełni efektu przy przewijaniu zdjęcia, w tle zabrzmiałyby dźwięki z Odysei Kosmicznej 2001. Niestety, trzeba samemu [o tu] włączyć i przewinąć zdjęcie raz jeszcze, dziękuję ;]

A zaczęło się tak: biegając, jak przystoi w dzień świra, świńskim truchtem po pracy i robiąc kilka rzeczy na raz, zatrzymałam się na chwilę żeby porozmawiać z zaprzyjaźnionym klientem, również perfumomaniakiem, czasem dzielącym się swoimi zdobyczami. Najpierw zobaczyłam flakon – przy tej ilości skrzącego się złota trudno go w zasadzie nie zobaczyć – ale kiedy powąchałam co w nim siedzi… zamarłam i zaniemówiłam. Dosłownie. Wrosło mnie w podłoże i biorąc pod uwagę reakcję otoczenia, przez moment musiałam wyglądać równie inteligentnie co ameba. Czułam, jakby mnie wessało w wehikuł czasu i nie mogłam się z tego wrażenia otrząsnąć. To było nieprawdopodobne! I to jest właśnie ten efekt, szok i emocje, których oczekuję od zapachów.

 

To wspaniale, Nisho, urzekła nas twoja historia – ale jak on pachnie?

Jeśli napiszę że drewnem, wyjdzie banalnie. Kopcącym kadzidłem? To też już było.
Dla mnie Shams pachnie przede wszystkim wspomnieniami. Wakacjami, iglastym lasem nocą, wytwornicą dymu, smarami i klejem technicznym, drewnianym zbutwiałym kościółkiem, lekko zawilgoconym kadzidłem, kurzem, pastą konserwatorską z Muzeum Narodowego [aż zaczynam się zastanawiać, po co głównie chodziłam do MN – oglądać czy wąchać?], mokrymi kamieniami, piaskiem i muszelkami z plaży. Wszystkie moje cudowne lata.

Mówiąc bardziej zrozumiale: Shams to najlepsze nuty wydobyte z Messe de Minuit i L’eau Trois, perfekcyjnie doprawione. Idealnie drewniany, stary i zakonserwowany, balsamicznie słodki, ale nie mdlący, dopracowany dymno-wytrawnym oudem, który zaczynam coraz bardziej doceniać, o ile nie nokautuje mnie od pierwszych nut. Bez zbędnych dodatków, bez jakiejkolwiek nuty, do której mogłabym się przyczepić, spójny, piękny.

Zachorowałam na niego tak bardzo, że flakon mam już dodany do koszyka w ich oficjalnym sklepie i w zasadzie wystarczy jedno kliknięcie… Waham się głównie ze względu na cenę, ale chyba nie wytrzymam w swojej zdroworozsądkowej postawie zbyt długo. Taki piękny zapach. Taka mała fiolka.

 

Nuty:
głowy: pieprz, imbir, szafran
serca: wetiwer, papirus
bazy: labdanum, bób tonka, brzoza, balsam tolu, styraks, oud
Data powstania: 2011
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.diegoporcel.com

By Kilian: Amber Oud

czwartek, Marzec 1st, 2012

Sezon ambrowy uważam za otwarty.
I bardzo udany.

Kiedy bowiem byłam pewna, że po L’Ambre de Carthage nic ambrowszego spotkać mnie nie może, na horyzoncie pojawiła się elegancka czarna koperta z charakterystycznym złotym „K”, a Atelier Cologne puścił do mnie perskie oko.
No dobra. Nie takie pokusy pokonywałam.

I właśnie takim ulegałam…


Postaw obok siebie najpiękniejszy ambrowy zapach, jaki znasz. Popatrz na swój zapach, a potem na Amber Oud by Kilian. Jeszcze raz na swój zapach i na Amber Oud… Szkoda, że nie jest Kilianem.

 

Dość żartów, sprawa jest poważna, a piorunujący efekt Amber Oud można opisać jednym słowem: benzoes i stosem wykrzykników, które wyjątkowo zamieszczę: !!!

Wreszcie ktoś wysłuchał moich zawodzeń i narzekań, wreszcie ktoś zlitował się nad biedną panną Nishą i dał jej to, czego jej w perfumowym świecie brakowało – idealnego benzoesu. Syjamskiego, choć mój nos był niemal pewien że to odmiana sumatrzańska; ze względu na delikatnie skórzane, słodko-rodzynkowe, kremowe nuty [kocham benzoes].

Ale nie samym benzoesem Amber Oud żyje.
Jego rozwinięcie przypomina mi Cologne pour le Soir MFK [benzoes, znowu, kocham benzoes], ale tylko przez chwilę – A.O. jest bogatszy i zdecydowanie bardziej zmienny. Kiedy łapczywie pochłaniając zapach ze skóry, zaczynam się zastanawiać czy w całym tym morzu benzoesu [kocham benzoes] nie zaczyna się robić zbyt nudno, nagle pojawia się oud. Nie taki, do jakiego przywykłam w perfumach: syntetyczno-tłusty, apteczny czy mdlący – nie. To jest oud-dżentelmen.
Świetnie skrojony, stonowany, z gracją poruszający się między nutami i dyskretnie, acz stanowczo kierujący całą kompozycją. Pojawia się w zasadzie na moment, ale zostawia po sobie lekki rumieniec i zamieszanie w głowie. Taki oud lubię [ale bardziej benzoes].

Więcej pisać nie dam rady, odczuwam niezwykle palącą potrzebę wylania na siebie całej próbki i umierania w poczuciu benzoesowego spełnienia. Państwo wybaczą.

 

Nuty: oud (żywica agarowa), wanilia, benzoes [kocham benzoes!!!], cedr, korzennik, ambra
Data powstania: 2012
Twórca: Calice Becker
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony olfactoriastravels.com

Amouage: Opus VI

wtorek, Luty 21st, 2012

Panna Nisha dostała dzisiaj motywacyjnego kopa od pewnej Uroczej Blondynki. Kop zawierał pięć próbek, z czego zawartość co najmniej dwóch wywołała niezdrową euforię… W szczególności ten jeden, poznany niedawno w przelocie, który wreszcie mogłam w domowym zaciszu owinąć wokół szyi i z uporem maniaka rozłożyć na części pierwsze. Strona po stronie.


Tom szósty, bez zbędnych wstępów i spisu treści. Chłonie się go w całości.

Gdybym mogła, wykupiłabym wszystkie flakony i trzymała pod kluczem; sejf miałby półtorametrowej grubości ściany i byłby otoczony alarmami oraz spryskiwaczami, które na potencjalnych złodziei wylewałyby potoki Perfumowego Womita WszechCzasów, czyli Pur Blanca. Ale może wróćmy do tematów milszych nosowi…

Opus VI jest kwintesencją stylu Amouage, chwilą refleksji nad dotychczasowymi kompozycjami tej marki i próbą stworzenia überAmouage’a. Bezsprzecznie udaną.
Słodkie, śliwkowe kadzidło jak w Jubilation XXV Men? Jest. Zmysłowa, kardamonowa róża z Lyric Women? Jest. Drzewny, lekko przekwitły jaśmin z Opus V? Do upojenia. Zielono-absyntowe nuty Memoir Men i Opus II? Ukryte pod jaśminem, wystarczy zdmuchnąć trochę płatków. Piaszczyste, skórzano-zwierzęce akordy Ubara? Są. Szafran? Jest. Oud? Jest i nawet nie zamierzam kręcić nosem, bo wkomponowany jest genialnie. Nuty serca pulsują i stale się przenikają. Wszystko jest i to wszystko jest piękne. I kropka.
Baza staje się coraz bardziej spokojna i spójna; na pierwszy plan wychodzą nuty znane mi z Pardon Nasomatto, który nawiasem mówiąc również śni mi się po nocach… Drzewo sandałowe i białe ulepne kwiaty [jaśmin?] oblane czekoladą. Umarłam i jestem w niebie.

Chcę wiedzieć, kto to ukręcił.
I niestety chcę własny flakon. Chociaż jeden.

 

Nuty:
głowy: pieprz syczuański, kadzidło frankońskie, korzennik (Pimenta racemosa)
serca: obwojnik, cypriol, paczula
bazy: ambranum, Z11 (akord drzewny), drzewo sandałowe, czystek (labdanum)
Data powstania: 2012
Twórca: Pierre Negrin oraz Dora Arnaud
Koncentracja: woda perfumowana
[aktualizacja danych z kwietnia 2012]

 

Zdjęcie pochodzi ze strony: www.viewonfashion.com


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates