Posts Tagged ‘kwiatuchy’

Viktoria Minya: Hedonist

wtorek, Marzec 26th, 2013

Kiedy kilka dni temu napisała do mnie Viktoria Minya, piękna i zdolna węgierska perfumiarka, zrobiło mi się bardzo miło; po pierwsze że zauważyła mój – jakby nie patrzeć, mało standardowy i popularny – blog; a po drugie tym bardziej, że kilka dni wcześniej czytałam o jej perfumach na angielskiej Fragrantice i zwyczajnie się do tych nut i flakonika zaśliniłam.

Viktoria po krótkiej rozmowie zaproponowała wysłanie do mnie próbki jej debiutu, która to próbka niestety – co by mi najwyraźniej za dobrze w życiu nie było – w transporcie uległa kompletnemu zmiażdżeniu. Koperta pachniała jednak tak kusząco, że ryzykując pochlastanie się szkłem [jak to brzmi, zabita próbką perfum] rozsmarowałam resztki na sobie… I ponieważ, mając na względzie moje pokręcone słowotwórstwo i dziwną składnię zdań, zdaję sobie sprawę że ciężko będzie zrozumieć coś z tłumaczenia via google translate, wyjątkowo i dla Viktorii – recenzję postanowiłam napisać w języku angielskim. Oby z sensem nie mniejszym niż zwykle :)

Hedonist, the first perfume made by Viktoria, is meant to be a woody chypre, but for me it’s more of soft, luminous, spicy oriental – classic back from the 90’s. I love how it blends with my skin: warm, radiant and succulent. I love the suede peach in the opening and opulent sweetness of flowers in the base. It feels just right. And so familiar.

hedonist

As you may have noticed before, I’m all crazy about sweet/sour play of notes. Give me some rhubarb and I’m all yours. Plum and peach? Oh yes please. Add some roses and I may die happy now.

Hedonist is all about sweet/sour balance.
At first, you get a really strong – almost plastic with its untamed power – note of glassy, ripe fruit pulp. Apples, plush-apricot osmantus, peaches, cut to pieces and „watered” with sparkling, ice-cold vermouth. This must have been gods’ ambrosia!  But don’t let this fool you, Hedonist is not that fruity, sweet and lovely. It has its dark side also: heavy cluster of jasmine makes heart of H. dense and sticky, but… somehow still very tasty. White petals tingle my nose, giving me again this strange sensation of déjà vu…
Hey, I know you!
Cloves and roses? Sweet, dewy orange blossoms? Cool lily of the valley? Fragile carnation? Or maybe all of them, intertwined with creamy, smooth woods [sandalwood mostly, for my nose], white-chocolate-and-cinnamon vanilla and dry, woody vetiver, which gives an extra sourness to this fervent orient. Again, base notes don’t overpower the composition – you can still get sweet/sour bite of fruits – but they are definitely palpable. And. So. Tasty.

Hedonist is rich and dense, it lasts forever and feels so comfortable and utterly feminine.
It’s silk and velvet. Lace and leather. It’s golden sun and full moon and… Oh. And I finally caught my déjà vu. This sensation I got right from the beginning, this warm memory, the sun?  Le Roy Soleil, if you remember this lovely, but melancholic sun. Subtract the sadness, add luminosity, a few pralines and there you have it.

I’m really glad that I met Hedonist. It’s just my kind of orient. I simply enjoy its coziness and rich floriental…ness ;]  And maybe it’s better I couldn’t splash H. all over and from head to bottom. I would literally eat myself.
Thank You, Viktoria!

 

P.S. Right after posting my review, I started looking for some other and I was really surprised to see Kafkaesque great opinion. So many common feelings! It happened once with Kurkdjian’s Oud, when several bloggers shared the same feelings; and for me it clearly shows how perfectly perfume can be made, evolving so similar, „intended” with creation, pictures and emotions.

Mam nadzieję, że mój angielski był strawny.
Obiecuję więcej tego nie popełniać ;]

Nuty:
głowy: bergamotka, brzoskwinia, rum CO2
serca: absolut jaśminu, absolut kwiatu pomarańczy, absolut osmantusa, tabaka
bazy: wetiwer, cedr, wanilia
Data powstania: 2013
Twórca: Viktoria Minya
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie pochodzi z portalu fragrantica.com

L’Artisan Parfumeur: Séville à L’Aube

niedziela, Listopad 4th, 2012

Długo na ten zapach czekałam… może nawet zbyt długo? Odkąd przeczytałam o nim pierwsze wzmianki do momentu, kiedy wreszcie powąchałam i zdobyłam próbkę, minęło kilka dobrych miesięcy. Zdążyłam w ciągu nich zapomnieć, że czekam, ponownie się zapalić, wiedząc że zbliża się do granic Polski i ostudzić po ostatniej bombie, jaka wybuchła z panem D. w roli głównej (odsyłam do wpisu Sabb). Ale, to już przemilczę.

Bo oto wreszcie…

 

Ha! Wachlarze. Wiedzieli, jak mnie podejść!
Śrubkowaty korek, prosty, typowy dla marki flakon, mały zgrzyt przez dopisek „edition limitée”, o czym by tu jeszcze napisać, odwlekając jak się da przejście do opisu zapachu?… ;]

 

Po pierwszym teście byłam na absolutne nie. W sumie po drugim i trzecim również.
Kwiat pomarańczy [mam uraz po Kurkdjianie, a przede wszystkim po Beyond Love Kiliana, który to rozlał mi się w kosmetyczce, przez co pędzel, mimo nawet kilkukrotnego prania i codziennego użytku twarzowego, CIĄGLE PACHNIE KWIATEM POMARAŃCZY] trzymający za gardło kremowo-białe kwiatki jaśminu. A kadzidło? Wosk pszczeli? Umiar?
Ale byłam uparta. Każde poznane l’artisanowe dzieło Duchaufoura – każde! – mnie zachwyciło, dziewięć zachwytów zakończyło się flakonem, więc do diabła, tym razem nie może być inaczej. Wdech, wydech, pora się wgryźć.

 

Prawda jest taka, że z kwiatem pomarańczy niewiele da się zrobić. Jeśli już jest, to morduje lub przynajmniej terroryzuje wszystkie inne składniki, dominuje, rozstawia po kątach, nie zejdzie z tronu nawet za potrzebą, no po prostu nic go nie rusza ani nie wzrusza. Także w Séville à L’Aube nie daje o sobie zapomnieć, ale… ma konkurencję. Jaśmin też ciężko nazwać składnikiem subtelnym i towarzyskim – zachowuje się podobnie do kwiatu pomarańczy, choć może nie aż tak ostentacyjnie… Więc owszem, kwiat pomarańczy trzyma za gardło jaśmin, ale cóż to za zwycięstwo, jeśli przeciwnik trzyma przy twoich el grande cojones całkiem porządnej wielkości nóż? Impas.

Coś mnie drapie w gardle, ale boję się odchrząknąć, bo jeszcze zwrócę ich uwagę. Wyglądają dość groteskowo – jednemu od tego duszenia bieleją knykcie, drugiemu ręka zaczyna niebezpiecznie drżeć… Na szczęście do niczego nie dochodzi i – po chwili trwającej wieczność – nasi bohaterowie pierwszoplanowi rozchodzą się w znaczącym milczeniu, leczyć urażone dumy i szukać rękawiczek do chlaśnięcia się po gębach w celu wyzwania na kolejny groteskowy pojedynek.

I wtedy zauważam drzewko mandarynkowe. Nie żeby nagle pojawiło się w obłoku magicznego dymu – cały czas tam stało, skromne i urocze, zasłonięte przez tych dwóch pieniaczy, uginając się pod ciężarem własnych owoców.
O tak, serce Séville à L’Aube należy do soczystych, słonecznych i słodkich mandarynek. To niesamowite, że kwiaty prawie całkowicie znikają, gdzieś w tle zostaje może delikatna zielona smużka jaśminu, ale to cytrus gra teraz pierwszą rolę. Znacznie ciekawszą, bardziej wielowymiarową i „prawdziwą” niż w l’artisanowej Mandarine. Brawa również dla subtelnej lawendy, która potęguje wytrawną, niedojrzałą zieloność jaśminu i sprawia, że drzewko mandarynkowe daje taki przyjemny cień.
Okolica skąpana jest w promieniach słońca, wokół panuje cisza, którą przerywa jedynie szum traw i cykanie świerszczy, czuję się jakbym znowu była w moim greckim raju, tym razem bez ciążącego jak chmura gradowa terminu wylotu… *Zzzz*.

Budzę się o zachodzie słońca. Ciągle jest przyjemnie ciepło, trawy nabrały złocistej barwy, moja skóra pachnie słońcem, a mandarynki są wprost przepyszne. Moszczę się w trawie czekając na coś nowego, na godne zwieńczenie dnia: powiew dymu z okolicznych domów, smużkę kadzidła z drewnianego kościółka, no może chociaż na jedną miodną pszczołę?
Niestety. Z zapowiadanych hucznie żywicznych składników, w bazie mamy tylko trochę śmietankowego,  magnolio-benzoesowego puchu, nic więcej. Zapach dość szybko niknie, trzy godziny i po mandarynkowo-kremowym akordzie nie ma ani śladu, co dziwi mnie niezmiennie od tygodnia – przecież to woda perfumowana! Nawet toaletowe trzymają się na mnie cały dzień, a tu taka skucha!

 

I nie wiem, co o nim myśleć. Nie potrafię się określić.
Z jednej strony to klasyczne rozczarowanie, bo SaLA pachnie kompletnie inaczej niż go sobie wyobrażałam: połowa nut jest tylko „na papierze”, a druga połowa na skórze odstawia jakieś cyrki. Z drugiej strony – to jest naprawdę niezły zapach, bardzo słoneczny i śródziemnomorski [uprzedzając pytania, wiem gdzie leży Sewilla], typowo cytrusowo-zielony, z upajającą kremowo-biało-płatkową bazą…
Póki jest. Bo znika naprawdę szybko.

 

Nuty:
głowy: pieprz, liście drzewa cytrynowego, petitgrain
serca: kwiat pomarańczy, jaśmin, magnolia, lawenda
bazy: wosk pszczeli, benzoes, olibanum
Data powstania: 2012
Twórca: Bertrand Duchaufour
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony achat-dijon.com

Tom Ford: Black Orchid

wtorek, Lipiec 31st, 2012

Przez moment obawiałam się, że po okresie fujania na wszystko odbiło mi w drugą stronę i będę się teraz wszystkim zachwycać. Wzięło mnie na ulepy ekstremalne, kobiecy orient i dużą ilość kwiatów. Białych. Morderczych.
Na szczęście trafiłam na zapach, który wywracając na lewą stronę, skutecznie mnie uspokoił: jeszcze nie zwariowałam! Jeszcze.

 

Ale się o tym cudzie stworzenia naczytałam. Że gęsty, upajający, dziwny, mroczny, przyprawowy, trudny… Wszystkie te zachwyty i kontrowersje spowodowały, że napaliłam się do nieprzytomności, a nawet (!) próbowałam go kupić w ciemno (!!!). Ręka lub macka boska na szczęście w porę mnie powstrzymała.

Albowiem ponieważ kiedy w końcu i z własnego sampla przetestowałam „Mhoczną Ohhidęę”, zatkało mnie. Raz że z obrzydzenia, drugi – z zaskoczenia ;] Byłam pewna, że do nieszczęsnej fiolki, zamiast BO, ktoś mi wlał Ombre Platine – które jak pamiętacie zachwytów u mnie nie wywołało, że eufemizmem zarzucę.
Z szoku się otrząsnąwszy i nadgarstek umywszy, postanowiłam jeszcze raz zajrzeć w skład nut Black Orchid i przeczytać wszystkie recenzje; próbka, uznana za niegodną zaufania, wylądowała w kuferku z próbkami; a ja – pewna, że BO pachnie pięknie i na pewno zakocham się w nim na zabój, wylądowałam w perfumerii, gdzie BO hojnie zaaplikowałam na się.

I co?
Odpisałabym coś, co się „ładnie” rymuje, ale mi nie wypada :)

 

Wbrew wszelkim zapowiedziom, znakom na niebie i na ziemi oraz moim radosnym przewidywaniom, Black Orchid co prawda wywołuje u mnie intensywne emocje, ale z miłością niewiele mają one wspólnego…
Nie wiem, gdzie te trufle, orchidee czy inne piękne białe kwiaty, naprawdę nie wiem gdzie one mają być, ale w Black Orchid ich nie ma. Jest za to mnóstwo pospiesznie zmieszanych i nieco nieświeżych [jak truskawki z dna łubianki] owoców, plastikowych i pożółkłych imitacji kwiatów [nie więdną, podlewać nie trzeba] i czekoladopodobnych pralinek [grunt, że wyglądają luksusowo].

Każdorazowa próba powąchania tego trochę dłużej, wgryzienia się i rozgryzienia nut, powoduje u mnie odruch pierwotny. Nie potrafię, nie mogę. BO jest mdły i wodnisto-brejowaty. Irytujący. Od samego otwarcia atakują mnie wylakierowane płatki egzotycznych kwiatów w czekoladowej kakaowej tłustej, imitującej czekoladę polewie. Kadzidło, drewna? Silly me.

W pięknym flakonie ze złotą kokardką na szyi nie ma nic poza rozczarowaniem.

To nieprawdopodobne i wkurzające, jak wybredny potrafi być nos, a odczucia różnych osób – skrajne. Może mam zbyt wygórowane oczekiwania? Może zbyt mocno znieczuliłam sobie morderczymi mieszankami nos, który przy diecie kwiatko-sratko-owockowej reagowałby na tę pseudo-bogatą-i-zmysłową kompozycję zupełnie inaczej = lepiej?  W każdym razie – mroczne, gęste kwiaty ciągle są poszukiwane.

A próbkę gorąco przepraszam za podejrzenie, że nie ma w niej tego, co z całą pewnością niestety jest ;]

 

Nuty:
głowy: jaśmin, gardenia, ylang-ylang, bergamotka, cytryna, mandarynka, czarna porzeczka, trufla
serca: przyprawy, nuty owocowe, lotos, orchidea
bazy: wetiwer, drewno sandałowe, paczula, ambra, kadzidło, wanilia, meksykańska czekolada
Data powstania: 2006
Twórca: perfumiarze Givaudan
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.theage.com.au

SoOud: Hajj Eau Fine

piątek, Czerwiec 8th, 2012

Zaglądam zrezygnowana do blogowego kokpitu, niestety – żadnych napoczętych szkiców nie mam. No, nikt nie mówił że będzie łatwo, trzeba napisać coś nowego. Tylko jak tu pisać, kiedy nic nie zachwyca? Sami widzicie, jakie recenzje ostatnio popełniam i wierzcie, poprawy na horyzoncie [zasłanym nowościami] nie widać. Nie bałdzo. Niby kolejka próbek czeka na recenzje, ale mam taką ochotę na coś kompletnie nowego, „świeżego”, nie oczekiwanego i nie wyczekiwanego…

W całym tym perfumowym malkontenctwie [bo przecież „nic mi się nie podoba”] i wbrew jakiejkolwiek logice [przecież nie lubię oudu] postanawiam w końcu oswoić [choć trochę] SoOud. Ale! Bez zaglądania w ściągawki i rozpiski nut, bez wybierania, nie – wzięłam te, które jako pierwsze wpadły mi w ręce, bez patrzenia nawet na nazwy. Pierwsze efekty nie nastrajają pozytywnie: Nur. Łe. Hajj. Łe. Fam. ŁEEE. Cholera, kiepski początek, ale nie ma zmiłuj – męczym się dalej. W imię nauki!

Nur po kwadransie.
Łe
. Nie wiem co, ale coś tu skisło. Rzut oka na rozpiskę nut – IRYS. Aha.
Nur zostaje nominowany do opuszczenia skóry Wielkiej Nishy.

Hajj po kwadransie.
Nie reaguję na protest okręconego wokół kręgosłupa żołądka i biorę wdech całą pojemnością płuc. Acqua Fiorentina? Płuca płaczą.

Fam po dwudziestu minutach [powrót do siebie po Hajj wymaga czasu].
Oud, lekko skórzany, ale szybko wskakujący na oklepane tory oudowej kwaskowości i koniec końców fatalnie się wymydlający. Ziewam przeciągle…

 

„A może by tak to wszystko pierdolnąć i wyjechać w Bieszczady?”

 

I tu proszę państwa, następuje nagły zwrot akcji.
Przeczucie. Wracam do Hajj. Ba, ja się nim zlewam bez opamiętania!
Napięcie rośnie. Hajj zdejmuje maskę Acqua Fiorentiny i oczom naszym ukazuje się…

Tak. To jest siano. Bele siana.
Na upartego, znajdziemy tam nawet lekko zmoczonego gryzonia.

Kojarzycie Fougere Bengale? Od niego wszystko się zaczęło, w nim po raz pierwszy wyczułam siano – co prawda zbytnio zlawendzone, ostre, kwaśnawe wręcz, jak na mój nos, ale BYŁO i rozpoczęło prawdziwą obsesję. Od tej pory wiernie oddany zapach siana to moje, jeszcze większe niż wierna lipa, marzenie perfumowe. Lipy do tej pory nie odnalazłam, ale Misję „Siano” od dzisiaj mogę uważać za zakończoną.

 

Hajj jest pod tym względem idealny. Wielowymiarowy.
Jest tu charakterystyczna słoneczna słodycz, jest dużo suchych traw i polnych kwiatów, jest też lekko miętowy akord chłodnej świeżości. Trawy, pokrzywy, rumianki, chaberki, a w tle herbaciana mimoza. Z czasem chwastowy bukiet coraz bardziej schnie, nabierając macierzankowej goryczy. Coś wspaniałego. Nie wiem co Hajj ma do bogactwa orientu czy pielgrzymek, ale siano z niego pierwsza klasa.

 

Nuty:
głowy: bergamotka, kandyzowana mandarynka, anyż gwiazdkowy
serca: drzewo różane, osmantus, lukrecja, imbir
bazy: paczula, balsam tolu, tytoń, wetiwer
Data powstania: 2010
Twórca: Stèphane Humbert Lucas
Koncentracja: woda perfumowana [Eau Fine] i perfumy [Parfum Nektar] – jestem bardzo ciekawa mocniejszej koncentracji

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.tn.gov.

Annick Goutal: Mon Parfum Cheri

środa, Maj 2nd, 2012

Oto nadciąga zło pierwotne; zło tak okrutne i mroczne, że nawet najtwardsze i najodważniejsze jednostki uciekają w popłochu.
I niech was nie zwiedzie ta słodka kokardka na flakonie. Staruszki w „Arszenik i Stare Koronki” też były słodkie.
I co z tego wyszło…

 

Pamiętam, że pierwsze chwile z MPC upłynęły mi całkiem… miło. Cieszyłam się naiwnie, że oto Annick Goutal [wiem że Camille, ale chodzi mi o markę ogółem] stworzyła prawdziwie niszowy zapach, coś zupełnie dla siebie nietypowego i zaskakującego… Coś, co wstrząśnie przemysłem perfumeryjnym i przegoni ten marazm, w którym znalazły się ostatnio szyprowe klimaty.
Paczulowe, mocne otwarcie, apteczne i ostre, świdrujące, koniakowe i wciskające gałki oczne w czaszkę. Hell yeah! Paczula dla twardzieli, zmysłowa i drapieżna. Jest dobrze, jest świetnie!

A potem pojawił się on.

Nie, ty później.

Najpierw pojawił się mój wróg publiczny numer jeden, w najbardziej odjechanie morderczym, szpetnym i traumatycznym wydaniu.

Wytoczył się, dokładniej rzecz ujmując, z jakiejś obmierzłej piwnicy, zakurzony i oplątany pajęczynami, z nadgniłym ziemniakiem w kieszeni i zdechłym fiołkiem w butonierce. Chwiejnym acz nonszalanckim krokiem światowca po przejściach, międląc w gębie resztkę zdobycznego petka, na widok przerażonej paczuli wykonał kilka niedwuznacznych gestów, po czym rechocząc wtoczył się do najbliższej knajpy.

 

Powiedziałam coś, jeszcze nie teraz!

Irys.
Cóż, wiele można o nim powiedzieć, ale niewiele dobrego. Miał kiedyś potencjał, miał warunki, ale nie poradził sobie najwidoczniej z oczekiwaniami i presją społeczeństwa. Wielu to spotyka.
W MPC jest nieokrzesany, brudny i wypudrzony dla zachowania pozorów przyzwoitości. Śmierdzi kilkudniową „rozgrywką szachową”, w trakcie której w akcie desperacji osuszono nawet Mamrota i stadionową wariację na temat śliwowicy. I ta jego obsesja na punkcie lukrecjowych cukierków.

Tak, już możecie.


Nie wiem, co on w nich widzi. Fakt, maskują nieco mamrotowe wyziewy, ale na boga, od tych czarnych mordoklejów język staje kołkiem od samego patrzenia na zdjęcie! A on je wsuwa jak żuk biedronkę.

Stary, miej litość, popatrz na siebie i ogarnij się wreszcie. Jeszcze kilka miesięcy na tym żelkowym ciągu i w twoich żelkach żyłach popłynie czarna, anyżkowa krew. A wtedy to już grób/mogiła, zapomnij o ambitnych rolach; tylko pajęczyny i Mamrot ci pozostaną…

 

Nuty: indonezyjska paczula, śliwka, heliotrop, włoski irys, przyprawy
Data powstania: 2011
Twórca: Camille Goutal
Koncentracja: woda toaletowa

 

Zdjęcie razy dwa pochodzi ze strony www.lolcandy.com
Drugie zdjęcie – www.thesweetiestop.co.uk


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates