Posts Tagged ‘le oud’

Perris Monte Carlo: Bois d’Oud

piątek, Marzec 7th, 2014

Ach, jakże byłam szczęśliwa, kiedy odkryłam że jest na świecie oud, za którym szaleję i który wielbię pasjami!

flapjack
A potem się dowiedziałam, że nie ma w nim oudu.

Kurtyna.

 .

Perris od samego początku zrobił na mnie dobre wrażenie. Co prawda złocistość flakonów daje po oczach równie mocno, jak palant, który jedzie przez miasto na drogowych i przeciwmgielnych razem, ale idzie się przyzwyczaić. Warto. Dla zawartości.
Zawartość jest bowiem boska. Gęsta. Zawiesista. Perris to w zasadzie kwintesencja zajebisto zawiesistości. Czy to paczula [czekoladowa, drzewna], czy ambra [słodko-słona, żywiczna], czy róża [syropowa i krwistoczerwona] – wszystkie kompozycje autorstwa Gian Luca Perrisa mają niesamowitą moc i głębię. A te oudy…

.

perris.

Do Bois d’Oud idealnie pasuje określenie: mięsisty.

Wszystkie składniki są w nim pełne, dojrzałe i nasycone. Apetycznie słodko-kwaskowy miąższ śliwki łagodzi welurowa, grubo-płatkowa róża. Balsamiczne, twarde drewno otula gęsty, lepki oud i skórzane, ciemne labdanum. Jest gęsto, bogato, słodko-wytrawnie, orientalno-drzewnie i cieleśnie.
I o ironio, bez najważniejszego składnika, który tak sugestywnie i namacalnie wsiąka w całą kompozycję.

Bois d’Oud bez oudu? To jak sernik bez twarogu, absynt bez tujonu albo Avengers bez Loki’ego.
Można, ale smutno.
Więc siedzę, jak dziecko któremu pokazano magiczną sztuczkę, a potem wytłumaczono że cała magia to tylko iluzja. Siedzę i nie wierzę. Byłam gotowa nos sobie odciąć za oud w Bois d’Oud! Tymczasem z magicznego kapelusza zamiast oudu, wyskoczył na mnie Karanal [który nawiasem mówiąc aaaach, jak bosko pachnie!] i jeszcze się głupio uśmiecha.

Nie zmienia to, oczywiście, mojego uwielbienia do Bois d’Oud. Ani nieobecny oud, ani zabójcza moc zapachu, ani złoty flakon ani irys w składzie… No nic mnie do niego nie zniechęci. Jest zbyt piękny i zbyt oudowy.
Pokornie do nóżek Gian Luca Perrisa padam, bo stworzył prawdziwe coudo.

Bez oudu.

.

Nuty:
głowy: bergamotka
serca: brzoskwinia, śliwka, jaśmin, róża, irys, kwiat pomarańczy
bazy: cedr, czarne drewno, paczula, wanilia, ambra, labdanum, piżmo
Data powstania: 2012
Twórca: Gian Luca Perris
Koncentracja: woda perfumowana

Gif ze strony bluhgifs.tumblr.com.
Zdjęcie z it-it.facebook.com.

Lubin: Korrigan, Galaad i Akkad

niedziela, Listopad 25th, 2012

Pamiętam szał uniesień, kiedy po raz pierwszy przeczytałam o nowych zapachach Lubin. Poeci tego nie opiszą! Flakony, nazwy, historie i składy nut, wszystko powodowało u mnie gorączkę nerwowego oczekiwania. Wreszcie mam, stoją przede mną trzy spore sample, które od kilku dni z lubością oglądam, odkręcam i testuję. Efekty? Uczuciowo zróżnicowane ;]

 

Korrigan

Wiązałam z nim chyba największe nadzieje. Karmelowa nuta pieczonego chleba, whiskey, szafran, drewniana baza, którą dodatek oudu może albo zmoczyć i zepsuć, albo wysuszyć i dopieprzyć… I wszystko to w nim znalazłam. No, prawie.

Otwarcie  jest dość mocno karmelowe i chlebkowe, co za pierwszym razem mnie przeraziło, szczególnie po Jeux de Peau Lutensa i moich ostatnich doświadczeniach perfumiarskich. Niedawno pracowałam z „laktonem klonowym” [nie wiem, jak brzmi jego polska nazwa, ale chodzi o ten składnik], który pachnie obłędnie pysznie, niestety bardzo nie lubi dzielić się przestrzenią z jakimkolwiek innym składnikiem – jest zaborczy i zabójczy. Psuł wszystko, za co się wzięłam, zagłuszał najmocniejsze nuty i sprawiał, że każda kompozycja pachniała w gruncie rzeczy tak samo…
Nie wiem czy użyto go w Korriganie, ale efekt jaki uzyskuję na skórze każe mi tak przypuszczać. Chlebek nie zostawi was ani na krok. Będzie trwać przez całą kompozycję, od wspomnianego otwarcia, przez coraz chłodniejszą i suchą nutę serca, w której obok chlebka próbuje zaistnieć lawenda i wytrawna ambretta, po bazę – niby drzewną, zgrabnie dosuszoną [uff, zero wilgoci!] oudem, ale ciągle słodką i jadalną. Muszę przyznać, że przejście z chłodu serca do szafranowego ciepła bazy [tak, dopiero bazy] jest zaskakujące i bardzo ciekawe; z drugiej strony mimo szczerych chęci i godnego podziwu własnego wysiłku, nie jestem w stanie wyczuć tu ani kropelki whiskey. Kto wysiorbał, przyznać się?!

Kiedy wszystkie nuty przeminą, chlebek pozostanie. Niczym samotny strażnik teksasu, trwać będzie nawet wtedy, kiedy przejadą napisy końcowe i wszyscy opuszczą salę. Jest uroczy, pysznościowy i bardzo miły, ale nie tego oczekiwałam po charakternych Korriganach.

Nuty:
głowy: jagody jałowca, szafran, koniak
serca: lawenda, ambretta (ketmia piżmowa), destylat whisky
bazy: cedr, oud, skóra, wetiwer, piżmo
Data powstania: 2012
Twórca: Thomas Fontaine
Koncentracja: woda perfumowana

Galaad

O tak, moc orientu: bogactwo złocistych przypraw i żywic, słodycz i moc, od której kręci się w głowie.
Zapach od samego początku tak mocny, że aż ciężko wyodrębnić z niego jakiekolwiek nuty czy składniki. W głowie ma się przede wszystkim pełne orientalnego przepychu obrazy. Galaad jest niesamowicie spójny i gęsty.

Mirra i złocisty, lekko drzewny miód, rozgrzany do czerwoności kardamon, ambra za którą dam sobie nos uciąć – po co komu nuty głowy, przejdźmy od razu do sedna serca! Jest intensywnie i głośno, mirra obezwładnia i wciąga do środka kompozycji, która ciągle gorąca i przyprawowa, zrzuca słodkie piórka i przeistacza się w… przystojnego nieznajomego, nonszalancko skręcającego papierosa. Od tabaki aż kręci w nosie; jest lekko pudrowa i słodkawa, na szczęście przed kompletnym zasłodzeniem ratuje ją dodatek skóry. Takiej znoszonej i cielesnej, lekko cierpkiej i bardzo zmysłowo… „męskiej”. Takiej, przez którą lekko się rumienię i poprawiam na krześle. Oto, co zdolne ręce i nos potrafią wyczarować z nudnego, z-lodówki-wyskakującego oudu!

To już kres naszej podróży. W powietrzu unosi się zapach wyschniętych traw, skórzanego siodła i przywleczonej przez wiatr odległej smużki kadzideł. Nieznajomy z zabójczym uśmiechem skręca kolejnego papierosa…

Nuty:
głowy: kardamon, cyprys, rozmaryn
serca: esencja i absolut mirry, miód, balsam copahu
bazy: oud, cedr atlaski, cypriol, tytoń Burley
Data powstania: 2012
Twórca: Delphine Thierry
Koncentracja: woda perfumowana

Akkad

Najlepsze zostawiłam sobie na deser. Bo to się skończy flakonem.

Jak głupio zabrzmiałoby stwierdzenie: „tak pachnie Mezopotamia”? Pewnie bardzo, szczególnie dla tych którzy mają o historii większe pojęcie niż nieco roztrzepany biotechnolog, ale dla mnie to jest właśnie zapach starożytności. Akkad ma w sobie coś z Kyphi, ale nie tak dosłownie… khem, mumijnego.
Jest zapachową sprzecznością. Z jednej strony kusi ziołowymi olejkami, słodkimi balsamicznymi żywicami i kremowo-puchatą ambrą, z drugiej – ciągle zachowuje dostojny, profesjonalny dystans. Wiedząc, jaki jest boski, nie czuje potrzeby narzucania się i egzaltowanego podkreślania swojej wyjątkowości; po prostu robi to, do czego został stworzony: jest boski ;)

Zachwyca mnie w nim przede wszystkim olibanum, które pachnie identycznie jak po zapaleniu, słodko-pikantnie-piaskowo. Nie potrafię „namacalnie” określić tego aromatu, wiem tylko że do tej pory perfumy czysto frankońskie musiałam omijać szerokim łukiem, bo doprowadzały mnie do nieprawdopodobnej, natychmiastowej migreny. Teraz, dzięki Akkadowi, mogę rozkoszować się tym zapachem bez wizji wciskania gałek ocznych do środka czaszki. Yay!

Ale nie ma co się oszukiwać – Akkad to przede wszystkim morze pięknej, kremowej ambry. Mając w składzie zarówno ambrę, jak i styraks i labdanum, które do tworzenia akordu ambry wykorzystywane są w pierwszej kolejności – ekstremum ambrowe jest nieuniknione. Nie oznacza to, że robi się nudno. Cały czas przez ambrową błogość przesączają się smużki dawnych czasów: ziołowo-paczulowy pył zmieszany z olejkami, palone żywice, kadzidlane maści i woskowe stożki, roztapiające się w kontakcie z ciepłem skóry… Wszystko pachnące, luksusowe, bezcenne i rozgrzane słońcem południa.

Nie ma co pisać. Trzeba powąchać.

Nuty:
głowy: mandarynka i bergamotka z Włoch, esencja szałwii muszkatołowej
serca: esencja kardamonu, elemi, kadzidło frankońskie, styrak
bazy: ambra, czystek (labdanum), wanilia, paczula
Data powstania: 2012
Twórca: Delphine Thierry
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcia pochodzą z portalu fragrantica.com.pl

Amouage: Interlude Man & Interlude Woman

czwartek, Lipiec 5th, 2012

Rozważam strategię.
Zacząć od zachwytów, a na koniec zjechać – czy na odwrót, najgorsze walnąć na początek i na spokojnie próbować znaleźć te dobre strony? Tak, zdecydowanie przemawia do mnie druga opcja; więc: TO JUŻ BYŁO.
Co oczywiście nie jest od razu i koniecznie „kompletnie złe”, ale w przypadku takiej marki jak Amouage, trochę rozczarowuje.

Recenzując Opus VI, zauważyłam że wyczuwam w nim wiele wcześniejszych kompozycji tej marki, wiele znanych mi już akordów i składników. I wszystko fajnie pięknie, kiedy zapach się podoba… W sumie jak się nie podoba, sprawa też jest prosta, bo łatwo wtedy można uzasadnić potok słów krytyki.
Ale powiedzmy sobie szczerze: ileż razy można coś powielać? Ile razy można zachwycać się i kupować w gruncie rzeczy – to samo? Wystarczą mi dyskusje z rodzicielką, która twierdzi że jestem cała w czerni, podczas gdy według mnie mam na sobie co najmniej trzy różne… no. Odcienie. Czerni. Różne! Np. brązową czerń albo bardzo ciemną szarość…

… zapada niezręczna cisza, zrozumienie otoczenia na poziomie ujemnym…

Ok, zmieńmy temat.

 

 

Wiecie, mam taki mały maleńki odchył. Nienawidzę niebieskiego. I czerwonego. I brązowego. Żółty w sumie też jest wstrętny, w pomarańczowym nikt nie wygląda dobrze, a biały to zło pierwotne. Nie potrafię nawet zaakceptować czy kupić perfum, które mają niebieskie opakowanie. Ani czerwone. Ani brązowe. Żółte w sumie… Po prostu nie lubię niebieskiego.

Ale w tych szafirkach Amouage jest coś tak głęboko majestatycznego, że nawet przeglądając zdjęcia w sieci mimowolnie przybieram fizys ameby i ślinię się jak pies do kiełbasy. PIĘKNE SĄ. Paczcie sami. Gaaah.

 

No tak, miałam zacząć od złych wiadomości.

Złe wiadomości są takie, że Interlude Man pachnie jak Opus IV + Opus VI, a Interlude Woman jak Acqua Fiorentina + Hajj.
Dobre wiadomości są takie, że Interlude Man pachnie jak Opus IV + Opus VI. Kropka. Coś, co chociażby stało koło AF, nie ma prawa być dobre. Nigdy.
I to tyle, jeśli chodzi o suspens.

 

Interlude Man

Rozpoczyna się pięknie, bo czarnym dymem i kardamonem.
Usiłując wyprzeć z głowy skojarzenie z Fvmidvsem, skupiam się na kardamonie, podbitym odświeżającą miętową żywicą [Opus IV kłania się nisko] i pieprzno-korzennym, coraz słodszym labdanum [Opus VI odbija piłeczkę]. Dym spowija skórę, unosi się nisko nad całą kompozycją chowając przed wzrokiem – i nosem – pozostałe składniki. W końcu resztki tlącej się materii gasną i okazuje się, że powodem całego zajścia było stare, powalone drzewo, sczerniałe od ognia i lśniące rozgrzaną żywicą agarową.

Interlude H jest ciepły, bardzo ciepły, cielesny i tętniący. Przed nadmiarem słodyczy broni go ostry, słony i przeraźliwie suchy oud. Nie jest to mój ulubiony składnik, co rozpoznaję po szpikulcu wbijającym mi się za prawe oko za każdym razem kiedy biorę wdech z I., ale z heroicznym masochizmem przyznać muszę, że to najlepszy oud, jaki w życiu wąchałam. Jednocześnie najbardziej zabójczy.

Po zaledwie dwóch godzinach Interlude znika za mgiełką słodkiej, skórzano-puchatej paczuli i z oudowego molocha staje się uperfumowaną skórzaną rękawiczką. Czarną.

 

Nuty:
głowy: bergamotka, oregano, pieprz [korzennik?]
serca: kadzidło, ambra, labdanum, opoponaks, mirra
bazy: skóra, paczula, oud, drzewo sandałowe
Data powstania: 2012
Twórca: Pierre Negrin
Koncentracja: woda perfumowana

 

Interlude Woman

I tu zaczynają się schody – jak ocenić zapach, od którego świeczki stają w oczach?
Nie z zachwytu, dodam.

Interlude F to w moim odczuciu kolejna po [również damskim] Honour ofiara europeizacji marki. Nie oszukujmy się, to nie jest już stary dobry Amouage, tylko owockowo-kwaskowy napój [nawet nie sok!], z syntetycznie upudrzonym, zabarwionym chemią na haluno-zielono i kwaśnym kiwi w roli głównej.

Ono nie zna litości i zdecydowanie nie wie, kiedy ze sceny zejść – trwa więc przez wszystkie fazy kompozycji, doprowadzając moje prawe oko do granic wytrzymałości. Nawet nuty kawy nie wytrzymały tej presji i się ukwasiły, a kadzidła i róża zwiały przy pierwszej nadarzającej się okazji. Przymykając [prawe] oko na kiwi-podobny twór syntetyczny, można wychwycić trochę orzechowo-miodowego akordu sianka. Pyszności. Póki nie wróci kiwi-po-twór, oczywiście, a wierzcie mi – ono zawsze wraca

 

Nuty:
głowy: bergamotka, imbir, grapefruit, nagietek lekarski
serca: kadzidło, róża, kwiat pomarańczy, jaśmin, orzech włoski, kawa, kiwi, drzewo sandałowe, miód, nieśmiertelnik, opoponaks
bazy: wanilia, skóra, mech dębowy, ambra, benzoes, bób Tonka, piżmo, oud, drzewo sandałowe
Data powstania: 2012
Twórca: Karine Vinchon Spehner
Koncentracja: woda perfumowana

 

Podsumowując… Czego nigdy w zasadzie nie robiłam…
Czy jestem zadowolona? Nie.
Czy kupiłabym Interlude Man? Oczywiście, że tak. W celu zrozumienia odsyłam do fragmentu o czarnych ubraniach lub zapraszam do obejrzenia mojej kolekcji sześćdziesięciu różów do policzków [nieee, nie mam takiego, ten jest zupełnie inny!]. Niektórych rzeczy nie da się zmienić ;]

 

Zdjęcie pierwsze pochodzi z profilu marki Amouage na Facebooku
Zdjęcie drugie – betterthandiamond.com

Olympic Orchids: Kyphi

czwartek, Kwiecień 5th, 2012

W pudełku z próbkami zrobiłam małe porządki, po których ten drewniany dupek jeszcze bardziej się nie domyka. I znów zaległości, tony zaległości! Chyba jesteśmy dla siebie stworzeni. Mam mnóstwo ponapoczynanych wpisów, które zostawiłam nie wiedzieć na kiedy i po co – ale dość tego lenistwa.

Dzisiejszy wpis powstał z dwóch powodów: bo się należy i ponieważ bardzo bardzo chciałabym już tę próbkę zamknąć szczelnie w jakiejś większej fiolce, zalać czymś trwałym [BETON?] i na wszelki wypadek dodatkowo zapieczętować. Jednocześnie mnie zadziwia i powoduje tzw. odruch.

Dzisiaj słodko nie będzie. Ani uroczo, ani ekstatycznie [chyba że odruch uznamy za przejaw ekstazy], ani flakonem się ten romans nie skończy. Chyba.
Zostałam jakiś czas temu obdarowana najbardziej dziwacznym, szkaradnym i porażającym zapachem z jakim kiedykolwiek miałam styczność. Przebił nawet cywetę, a to już jest coś.

 

Kyphi ma być „repliką” perfum starożytnego Egiptu, w pełni naturalną mieszanką żywic, olejków i absolutów, jakie noszono te… kilka tysięcy lat temu. Wierzę, że tak jest. Zapach jest grubo ciosany, roślinno-fizjologiczny aż do bólu, głośny i wgryzający się w skórę.

Pachnie mumią. MUMIĄ, właśnie tak. Choć mumii nigdy nie miałam okazji wąchać, tak właśnie by pachniała, gdyby stanęła teraz przede mną [choć mam nadzieję że nie stanie, jestem wyjątkowo nieodporna na wszelkie horror-klimaty i nie lubię jak mi piasek rysuje parkiety].
Początek Kyphi zabija mdlącą nutą zakurzonych, zapiaszczonych bandaży, starego olejku paczulowego i henny. Każdy wdech powietrza z tym zapachem powoduje u mnie ból istnienia i łzy w oczach. Po kilku chwilach przetrwanych na wdechu coś się zaczyna dziać. Nuta mdląco-mordercza blednie, zwalniając miejsce drewnom [słodkawy cedr? zwietrzały cynamon?], żywicom [labdanum, zdecydowanie] i wysuszonym, kruchym ziołom [wyczuwam szałwię, ale zanim moje zmysły zdążą ją pochwycić w sidła, paczula atakuje i z powrotem chowa domniemaną szałwię w głąb kompozycji]. Jest lepiej. Sucho, słodkawo, łagodnie. Mumia już niegroźna, wygląda i pachnie bardziej jak opatulony drewniany badylek niż czyjeś zmumifikowane zwłoki. Na tym etapie Kyphi mnie zachwyca i wprowadza w błogi stan zamyślenia i marzeń. Zawsze pasjonowały mnie konstrukcje piramid, wynalazki i życie codzienne Egipcjan… Kyphi świetnie wpasowuje się w aurę tajemnic i mistycyzmu starożytnego Egiptu i z archeologiczną dokładnością pozwala zajrzeć w głąb ukrytego przed światem grobowca. Jestem pod wrażeniem.

 

Nuty: kadzidło frankońskie, mirra, labdanum, wosk pszczeli, nard*, henna, trawa cytrynowa, pomarańcza, tatarak [kalamus], kasja**, turzyca***, szafran, jagody jałowca, przyprawy
Data powstania: 2012
Twórca: Ellen Covey
Koncentracja: ekstrakt oraz woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony: www.nytimes.com
Oficjalna strona marki: www.orchidscents.com

 

———
* – in. szpikanard [Nardostachys jatamansi], znany z Jatamansi L’Artisana
** – zakładam, że chodzi o gorzką korę cynamonowca cassia, choć może autorka użyła strączyńca? [jakież te polskie nazwy są szpetne…]
*** – i znowu moje założenie, że tym razem mowa o roślince z rodziny ciborowatych [turzycowatych]

Maison Francis Kurkdjian: Oud

środa, Marzec 14th, 2012

Mam duże zaległości. Miarą zaległości jest stopień nie-domykania się pudełka z próbkami, a ponieważ obecnie się z niego wysypuje… najwyższy czas coś skonsumować. Coś, co zajmuje w pudełku najwięcej miejsca. Wręcz się w nim rozpycha.

 

Moja reakcja na zapowiedź kolejnego zapachu oudowego nowego zapachu Francisa Kurkdjiana nie odbiegała od reakcji innych blogerów. Nie, wróć, źle – nie wywróciłam oczami, bom migrenowiec i wymachiwanie gałkami ocznymi źle się dla mnie kończy; ale mentalnie się na ten zapach zziewałam. Oud. Znowu. ZNOWU. Miejcie litość! Próbka wylądowała na dnie w/w pudełka i świat oraz Nisha o niej zapomnieli.

Dzisiaj, zmusiwszy się do przeczytania [wreszcie!] składu nut, stwierdziłam że może warto dać mu szansę? Może tym razem nie zabiją mnie słodko-mdlące opary cierpiącego drzewa [vide Pure Oud Kilian], nie podduszą żadne bandaże [Aoud M.Micallef], nic nie oblepi ani nie zatruje? Może zdarzy się cud?

Guess what. Się zdarzył. Cud nad Nishą!
Czy raczej dookoła niej, bo Oud zaaplikowałam hojnie i bezrozumnie, jak zawsze kiedy coś mnie zachwyci.

 

Można? Można.
Żadnych odrzucających akordów. Gładkość żywic i kremowych drewien, skromna suchość paczuli. Żadnej duszącej goryczki, irytującej nuty smaru czy tych przeklętych bandaży. Nie ma nawet róży, którą zawsze do oudu dowalają; ani kwiatu pomarańczy, który – po przetestowaniu kilku zapachów MFK – miałam wrażenie że prześladuje mnie i czyha z siekierą w gałązce za najbliższym zakrętem.

Jest pięknie! Środek lata, ciepła noc, świetlisty oud. Transparentny niemal, migoczący. Słodkawe, jakby wypolerowane drewienka [czyli cedr plus kwiatek – o fiołki Francisa nie posądzam, czyżby więc jednak przemycił pod oudem trochę pomarańczowych płatków?…], polane bursztynowo-złotą żywicą, posypane słodkawymi ziółkami [z szafranem wszystko lepiej smakuje pachnie!] i doprawione szczyptą bardzo szlachetnego, tylko lekko dymnego, oudu. Bon appétit!

 

Moje odczucia nie są osamotnione. Co z jednej strony oznacza że niepotrzebnie się tak produkowałam, skoro nic odkrywczego nie napisałam, z drugiej – dowodzi niezwykłości i unikatowości tego zapachu. Maniaków oudów nie muszę przekonywać, żeby go przetestowali, za to zachęcam tych, którzy tej żywicy nie cierpią – zdziwicie się.

 

Nuty: oud z Laosu, paczula, drewno cedrowe, szafran, elemi
Data powstania: 2012
Twórca: Francis Kurkdjian
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi z bloga scentsentiments.wordpress.com

Memo: Shams

sobota, Marzec 3rd, 2012

Wczoraj miał miejsce Dzień Dobroci Dla Nishy. Co prawda był to typowy dzień świra, którego nikomu nie życzę; ale ten wyjątkowo wyróżniał się kilkoma miłymi akcentami.
Jeden szczególnie miły akcent leży przede mną w szklanej fiolce i doprowadza mnie do szału, rozpaczy i zgrzytania zębami. Użyć? Tak go mało, że nic mi nie zostanie, poza szałem, rozpaczą i zgrzytaniem zębami. Nie użyć i przykryć innymi próbkami? Wtedy jak Jumanji będzie się tłuc i dobijać, żeby tylko zwrócić na siebie uwagę. Co bym nie zrobiła, i tak przegram.

No to chlup.

Gdyby nie moje nikłe zdolności informatyczne, dla pełni efektu przy przewijaniu zdjęcia, w tle zabrzmiałyby dźwięki z Odysei Kosmicznej 2001. Niestety, trzeba samemu [o tu] włączyć i przewinąć zdjęcie raz jeszcze, dziękuję ;]

A zaczęło się tak: biegając, jak przystoi w dzień świra, świńskim truchtem po pracy i robiąc kilka rzeczy na raz, zatrzymałam się na chwilę żeby porozmawiać z zaprzyjaźnionym klientem, również perfumomaniakiem, czasem dzielącym się swoimi zdobyczami. Najpierw zobaczyłam flakon – przy tej ilości skrzącego się złota trudno go w zasadzie nie zobaczyć – ale kiedy powąchałam co w nim siedzi… zamarłam i zaniemówiłam. Dosłownie. Wrosło mnie w podłoże i biorąc pod uwagę reakcję otoczenia, przez moment musiałam wyglądać równie inteligentnie co ameba. Czułam, jakby mnie wessało w wehikuł czasu i nie mogłam się z tego wrażenia otrząsnąć. To było nieprawdopodobne! I to jest właśnie ten efekt, szok i emocje, których oczekuję od zapachów.

 

To wspaniale, Nisho, urzekła nas twoja historia – ale jak on pachnie?

Jeśli napiszę że drewnem, wyjdzie banalnie. Kopcącym kadzidłem? To też już było.
Dla mnie Shams pachnie przede wszystkim wspomnieniami. Wakacjami, iglastym lasem nocą, wytwornicą dymu, smarami i klejem technicznym, drewnianym zbutwiałym kościółkiem, lekko zawilgoconym kadzidłem, kurzem, pastą konserwatorską z Muzeum Narodowego [aż zaczynam się zastanawiać, po co głównie chodziłam do MN – oglądać czy wąchać?], mokrymi kamieniami, piaskiem i muszelkami z plaży. Wszystkie moje cudowne lata.

Mówiąc bardziej zrozumiale: Shams to najlepsze nuty wydobyte z Messe de Minuit i L’eau Trois, perfekcyjnie doprawione. Idealnie drewniany, stary i zakonserwowany, balsamicznie słodki, ale nie mdlący, dopracowany dymno-wytrawnym oudem, który zaczynam coraz bardziej doceniać, o ile nie nokautuje mnie od pierwszych nut. Bez zbędnych dodatków, bez jakiejkolwiek nuty, do której mogłabym się przyczepić, spójny, piękny.

Zachorowałam na niego tak bardzo, że flakon mam już dodany do koszyka w ich oficjalnym sklepie i w zasadzie wystarczy jedno kliknięcie… Waham się głównie ze względu na cenę, ale chyba nie wytrzymam w swojej zdroworozsądkowej postawie zbyt długo. Taki piękny zapach. Taka mała fiolka.

 

Nuty:
głowy: pieprz, imbir, szafran
serca: wetiwer, papirus
bazy: labdanum, bób tonka, brzoza, balsam tolu, styraks, oud
Data powstania: 2011
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.diegoporcel.com

By Kilian: Amber Oud

czwartek, Marzec 1st, 2012

Sezon ambrowy uważam za otwarty.
I bardzo udany.

Kiedy bowiem byłam pewna, że po L’Ambre de Carthage nic ambrowszego spotkać mnie nie może, na horyzoncie pojawiła się elegancka czarna koperta z charakterystycznym złotym „K”, a Atelier Cologne puścił do mnie perskie oko.
No dobra. Nie takie pokusy pokonywałam.

I właśnie takim ulegałam…


Postaw obok siebie najpiękniejszy ambrowy zapach, jaki znasz. Popatrz na swój zapach, a potem na Amber Oud by Kilian. Jeszcze raz na swój zapach i na Amber Oud… Szkoda, że nie jest Kilianem.

 

Dość żartów, sprawa jest poważna, a piorunujący efekt Amber Oud można opisać jednym słowem: benzoes i stosem wykrzykników, które wyjątkowo zamieszczę: !!!

Wreszcie ktoś wysłuchał moich zawodzeń i narzekań, wreszcie ktoś zlitował się nad biedną panną Nishą i dał jej to, czego jej w perfumowym świecie brakowało – idealnego benzoesu. Syjamskiego, choć mój nos był niemal pewien że to odmiana sumatrzańska; ze względu na delikatnie skórzane, słodko-rodzynkowe, kremowe nuty [kocham benzoes].

Ale nie samym benzoesem Amber Oud żyje.
Jego rozwinięcie przypomina mi Cologne pour le Soir MFK [benzoes, znowu, kocham benzoes], ale tylko przez chwilę – A.O. jest bogatszy i zdecydowanie bardziej zmienny. Kiedy łapczywie pochłaniając zapach ze skóry, zaczynam się zastanawiać czy w całym tym morzu benzoesu [kocham benzoes] nie zaczyna się robić zbyt nudno, nagle pojawia się oud. Nie taki, do jakiego przywykłam w perfumach: syntetyczno-tłusty, apteczny czy mdlący – nie. To jest oud-dżentelmen.
Świetnie skrojony, stonowany, z gracją poruszający się między nutami i dyskretnie, acz stanowczo kierujący całą kompozycją. Pojawia się w zasadzie na moment, ale zostawia po sobie lekki rumieniec i zamieszanie w głowie. Taki oud lubię [ale bardziej benzoes].

Więcej pisać nie dam rady, odczuwam niezwykle palącą potrzebę wylania na siebie całej próbki i umierania w poczuciu benzoesowego spełnienia. Państwo wybaczą.

 

Nuty: oud (żywica agarowa), wanilia, benzoes [kocham benzoes!!!], cedr, korzennik, ambra
Data powstania: 2012
Twórca: Calice Becker
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony olfactoriastravels.com


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates