Posts Tagged ‘nędza panie’

Parfumerie Generale: 04 Musc Maori

poniedziałek, Lipiec 22nd, 2013

Wyciągając tę próbkę z pudła i czytając na szybko nazwę, ucieszyłam się że może zaraz przyjdzie mi zrecenzować urocze piżemko w stylu etrowym, transparentne, czyste, przy którym można wziąć głęboki wdech powietrza. No to chlup…

Przy Musc Maori można, owszem, wziąć głęboki wdech – ale Nutelli, prosto w płuca; a potem udusić się z M&Ms’ami wciśniętymi w nozdrza.

Nutella

Co, że się czepiam?
Że Chocolate Greedy czy Aomassai wcale nie są mniej hardcorowe?
Może i nie, ale dżizas, nie udają że są czymkolwiek innym jak morderczym ulepem.

Natomiast Musc Maori ma czelność mamić nas puchatkowymi, delikatnymi wizjami futerkowego piżma i przyjemnej, mlecznej słodyczy. Tyle w teorii. W praktyce mleko jest tu tylko dodatkiem w szklance, towarzyszącym lepkim od czekolady ciastkom. Waniliowa ambra? Tak, chyba kojarzę ten zapach, miałam nieprzyjemność stworzyć go w laboratorium w przypływie zaćmienia z kumaryny, Cosmone, waniliny i benzoesu. Never ever, póki żyję.

I to niestety mamy w MM. Zapach od początku bytności na skórze nie pozostawia złudzeń, że stanie się kiedyś ładnym piżmem. Choć na początku ratuje się jeszcze pylistym, słodko-gorzkim i aromatycznym kakao, to później kompletnie traci ikrę, bezpłciowo i mdło mieszając się z nijaką waniliną i kleistą, męczącą słodyczą. Coś jak waniliowa świeczka z Ikei, tylko bardziej chwytająca za żołądek.

W sumie do serca już niedaleko…

Mnie do bieżącej wody na szczęście również.

..

..

Nuty: kakaowiec, białe piżmo, ambra, bób tonka
Data powstania: 2005
Twórca: Pierre Guillaume
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie ze strony kulfoto.com

..

P.S. Jeszcze jedna plastikowa wanilia i rzucam to wszystko w cholerę!!!

By Kilian: In The Garden of Good and Evil, część III

niedziela, Marzec 10th, 2013

W mieście grzechu jest… znajomo.
Podobieństwo rzuciło mi się w nos od razu. Po chwili dopadło mnie drugie.

Róża, śliwka, kardamon… Jakieś skojarzenia?
Zamiast kardamonu dodajcie kadzidło – a teraz?

 

inoui

Ok, a teraz?

Nie?
Czyli jednak jestem freekiem.

Więc już tłumaczę. Zdjęcie pochodzi z szalonej reklamy kosmetyków INOUI Serge’a Lutensa, a In The City of Sin pachnie na mnie jak Feminite du Bois post mortem.
There. In your face.


Duch FdB
naciera od samego otwarcia, bez żadnej gry wstępnej, pytania „pieniądze albo życie” czy choćby subtelnego chrząknięcia. Po prostu jest i kropka.
Nasączone olejkami drewna, gęste i ciemne, polane owocowym sokiem i jasnym miodem wydają się być jadalne i przepysznie chrupkie – jak schłodzona czekolada. Trwam w niemym zachwycie, tym bardziej że śliwkowo-różane otwarcie ma w sobie również coś z boskiej Poison… Charakterystyczna zawiesistość obu duchów dość szybko jednak znika.
W sercu, In the City of Sin nabiera miękkości i świetlistości. Przepiękny kardamon, delikatne płatki róż, suche acz słodkie kadzidło… Nie da się ukryć, że na tym etapie dominuje kardamon, dzielnie trwając na szczycie mimo ciągłych ataków ze strony odzianego w lukrowy płaszczyk kadzidlanego dymku.

I tu podobieństwo do FdB ponownie daje się we znaki, jednak tym razem w sposób, za który dzieło Lutensa dawno już pożegnałam – robi się mdląco. I tak niestety zostaje, na wieki wieków, amen.
Jest mlecznie, cieleśnie, ciepło, mechato-morelowo. Brzmi całkiem nieźle, owszem, taka mleczność Etry zmieszana z Yvresse: jest retro-puder, jest błyszczący i soczysty miąższ owoców, są urocze drewienka… Ale wszystko to jest zbyt namacalne i natarczywe. Szczególnie puder z czasem zaczyna przyduszać, stając się irytującym, niemożliwym do usunięcia ze skóry upiorem z szafy. Przeperfumowanym futrem, zostawioną w szufladzie na miesiąc brzoskwinią, kiepskiej jakości wilgotnym pudrem do twarzy… Czy wyraziłam się dość jasno?

To świetnie.
Zatem w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku oraz w stanie lekkiej zieleni, opuszczam Miasto Grzechu.
Tęsknić nie będę.

 

Nuty:
głowy: bergamotka, różowy pieprz, gwatemalski kardamon
serca: brzoskwinia, śliwka, róża turecka, kadzidło
bazy: cedr atlaski, paczula, białe piżmo
Data powstania: 2012
Twórca: Calice Becker
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie znalazłam w serwisie www.tumblr.com

By Kilian: In The Garden of Good and Evil, część II

czwartek, Luty 21st, 2013

Dziś biorę w obroty drugi zapach z grzesznej linii Kiliana – Good Girl Gone Bad.
I dziewczyno, nie wiem czym nagrzeszyłaś, ale obawiam się że dni twoje są już policzone…

 

Zapach jest tak bliskoskórny i ulotny, że aż ciężko go opisać.

Otwarcie mocno wytrawne, namalowane ledwie umoczonym w ziołowej nalewce pędzlem. Muśnięte pojedynczym kwiatem pomarańczy i ochłodzone pudrowym… irysem? fiołkiem? Przez tę ulotność ciężko jest mi cokolwiek z GGGB wyłapać, bo mocniejsze wwąchanie się w skórę powoduje natychmiastowe „zmiecenie” z niej kompozycji.

Z czasem transparentną biel delikatnych kwiatów zakłócać zaczynają pierwsze brązowe plamki na płatkach – zapach nabiera „cielesności”, w ten zbyt intymny, pudrowo-mleczny sposób. Na tym etapie [wczesnego serca] przypomina mi Agent Provocateur w wersji Eau Emotionnelle: w obu zapachach występuje duet osmantus-i-jaśmin, który zbyt wykwiecony [miodowa róża, zielona tuberoza, narcyz – dość ciężkie towarzystwo], bez żadnego ostrzejszego, pilnującego kompozycję składnika, niestety ale się dusi – szybko i bezszelestnie.
Baza lekko się rozmywa, w ostatnim tchnieniu rozkwitając bladą różą, która szybko tonie w wodnisto-zielonym cieniu.

Po kilkunastu minutach próżno szukać go na skórze. Znika niezauważony, nie pozostawiając żadnych śladów.

Pozostaje cisza.

I moja podstępnie zamordowana nadzieja na wielką miłość.

z rozkazu padyszacha

 

Nuty:
głowy: jaśmin, osmantus, róża majowa
serca: tuberoza, narcyz, akord fiołka, akord śliwki
bazy: cedr, ambra, paczula, wetiwer, piżmo
Data powstania: 2012
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda perfumowana

 

Boski obraz autorstwa Franciszka Żmurko.

Naomi Goodsir: Cuir Velours

wtorek, Grudzień 11th, 2012

Wypadałoby, co? Rok minął, a tu żadnego rocznicowego wpisu… Ba, żadnego wpisu. Niby pojawiają się czasem nowe Short Stories, ale czy ktokolwiek zwraca na te maleństwa uwagę? ;] Tak by człowiek coś radośnie zjechał, ale wszystko co ostatnio wącham jest albo 1) zaskakująco ładne albo 2) przeciwnie przerażające. Albo 3) niech mnie piekło pochłonie, niezwykle frapujące.

Do tej trzeciej, niesprecyzowanej kategorii zaliczyć muszę Cuir Velours, nowość Naomi Goodsir, która w perfumiarstwie również jest nowością. Świetne opakowania i flakony, bardzo efektowne blottery, słowem – forma na piątkę, tylko z treścią gorzej. Bo o ile Bois d’Ascese broni się w kontakcie ze skórą, prezentując bardzo ciekawe: dymne, mocne, gryzące kadzidło w jego najbardziej dosłownej, kopcącej się formie; to Cuir Velours kompletnie już nie rozumiem i jednoznacznie ocenić nie potrafię. Jestem zdezorientowana. Już wiem co czuli moi poloniści, kiedy uparcie, acz zgodnie z ustalonymi zasadami, brnęłam pod prąd.

Tam jest irys.
Czy tam jest irys?

Jest. Musi być. Przecież wywraca mnie przy każdym wdechu.
Mojego żołądka nie da się oszukać, nawet jeśli umoczy się go w najprzedniejszym rumie. Irysa, nie żołądek. Oczywiście.

To mógł być świetny zapach, ale niestety komuś ręka drgnęła o jeden raz za bardzo. Skóra mogła być bardzo realna, wytrawna i miękka. Rum bardzo piraci. Tabaka sucha i słodkawa. Ale do tej przystojnej mieszanki dołączył nieproszony gość, którego nie potrafię zlokalizować i który zamordował całe velourowe piękno.
Nie podejrzewam o tę zbrodnię labdanum, to bardzo ładny, niepsujliwy, owocowo-zamszowy składnik. Kocanka, jaka jest, każdy wie i wąchał [choćby w Sables], sucha, lekko zdrewniała i kwaskowo-lawendowa. Kadzidło znam z każdej strony, żadna nie śniła mi się po nocach tak jak CV. Więc o co chodzi? Że paczula? Nawet w Noir Patchouli nie jest tak bagienna. Narcyz może? Bywa migrenogenny, ale to mimo wszystko dżentelmen i do pawia [a tym bardziej morderstwa] nigdy nie doprowadza. NIE WIEM, CO TO JEST. Żaden ze znanych mi składników [poza irysem] nie doprowadza do takiego dramatu.

Może za daleko szukam? Może zamiast ganiać po organach i wymyślać kosmiczne połączenia, powinnam spojrzeć tam gdzie najciemniej, bo rozwiązanie mam pod nosem?
Niestety, tym razem Sherlock nie zatriumfuje. Połamał dwie fajki, skrzypce [jak Trent Reznor na koncertach, hell yeah!] i do niczego nie doszedł. Drogi Watson rozkłada bezradnie ręce. Grzeczne, znane składniki, każdy z nich prawidłowy, dobrze skomponowany, a jednak całość idzie w kompletnie złym, nieoczekiwanym kierunku. Zupełnie jak ja na lekcjach j. polskiego.

Nie wiem, tajemnica wciąż nie rozwiązana, a przestępca pozostaje na wolności.

 

Nuty: tabaka, rum, czystek (labdanum), kadzidło, kwiat nieśmiertelnika
Data powstania: 2012
Twórca: Julien Rasquinet
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie pochodzi ze strony shinycreation.com

Comme des Garçons Play Series: Black

wtorek, Październik 23rd, 2012

Jeśli chodzi o testowanie nowości, jestem fatalna. F A T A L N A. Nie mylić z femme fatale. Choć to może również…

W pudełku z próbkami nic się nie zmienia, wszystko jak leżało kilka miesięcy temu – tak leży i teraz, czasem może tylko coś przybędzie. I nawet nie dlatego, że nie mam czasu, po prostu jakoś nie potrafię się za te próbki zabrać. Podobny problem mam z filmami – muszę mieć odpowiedni nastrój, żeby zdecydować się na obejrzenie czegoś nowego, inaczej kończy się na zdzieraniu po raz setny płyty Sleepy Hollow albo szóstej części Pottera. Mamonioza straszna!
I tak jest zawsze, że siedzę nad tym pudłem z próbkami, grzebię i „nie, to nie dzisiaj”, „a może coś innego”, „nie, to wymaga cierpliwości”, „tego mogę nie przeżyć”, „to mi się chyba nie spodoba”. Ooo właśnie – chyba za bardzo boję się zawodu, że coś na co się nakręcałam okaże się porażką stulecia.
Efekt jest taki, że albo ktoś mnie postawi przed faktem dokonanym i wsadzi zapach prosto w nos, albo odwalam takie kilkumiesięczne podchody bez żadnych efektów.

Ale dość tego wstępu.

 

Dzisiaj postanowiłam być bardzo dzielna. Wzięłam się i próbkę w garść i chlapnęłam na skórę wyczekiwany Play: Black, który… o bogowie. Mogłam zostać w łóżku otoczona zużytymi chusteczkami i zbierać kłujo-kulki w Monster World, albowiem ponieważ…


… Black jest wstrętny. Jak mało co na tym pachnącym świecie.

Miało być tak pięknie! Tak commedesgarconowo, z ich suchą pieprznością, dosłownością bel drewna, genialnymi kadzidłami, ludzie co się stało? Gdzie to jest i dlaczego nie na mojej skórze?

Ale po kolei, udając że wcale nie mam torsji i nie czuję się, jakby ktoś mnie walił kijem w żołądek.


Popatrz na mnie, siedzę na wdechu.

Jest niedobrze od samego początku i choć oczywiście początek o niczym nie świadczy, to jest pewne stężenie „niedobrości”, przy którym wiadomo, że lepiej już nie będzie. Po pierwsze, mamy tu klasyczny efekt yuzu. Może to lekko sfermentowana herbata, wetiwer, który usycha z tęsknoty za fiordami albo zbyt długo stojący w wazonie fiołek… Dość, że coś gnije.
Hm, śliska sprawa.

Po drugie, ktoś w tej kompozycji popełnił podstawowy błąd kawalera, czyli zamiast towarzystwo sprzątnąć i wywalić, to ten wyziew zapach zamaskował innym zapachem. Pieprzu. Niestety, znowu wtopa, bo choć w składzie widnieje pieprz czarny i czerwony, ja czuję jedynie jakieś zwietrzałe okruszki, których nie dałoby się nazwać pieprzem, nawet gdybym przepuściła przez nie 4 tysiące woltów.
Przekichane.

Roniąc łzy nad własnym masochizmem, bo wąchanie tego czarnego straszydła tylko masochizmem nazwać można, usiłuję wydobyć z tego zapachu coś… cokolwiek… godnego ciepłego słowa? Może chociaż dziegieć się pojawi? No to czekam.
Godzinę.
Drugą.
Koło trzeciej, zielona i obolała, kapituluję.

Ten zapach bezwarunkowo nie żyje.

Wszystko w nim pływa jak w kiszonce, zielenieje w sposób bardzo niezdrowy i jest galaretowato-zatęchłe. Nie wierzę, że z tak boskich składników można było zrobić taką marność. Wroga bym tym nie wysmarowała, a wierzcie że jestem z natury bardzo pamiętliwa i mściwa…
Koniec, kurtyna. Pora spuścić na tę nędzę zasłonę milczenia i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku obciąć umyć rękę.

 

Nuty: czarny pieprz, czerwony pieprz, pepperwood, fiołek, tymianek, czarna herbata, dziegieć, kadzidło, mech drzewny
Data powstania: 2012
Twórca: Antoine Maisondieu
Koncentracja: woda toaletowa

 

Zdjęcie pochodzi ze strony 10magazine.com
A kilka cytatów… wiadomo skąd ;]

Vibrational Perfumes: Tiger Eye

niedziela, Sierpień 5th, 2012

Jakiś czas temu buszując po stronie Lului, natknęłam się na zapachy Vibrational Perfume. Zaintrygowały mnie – a nawet bardziej niż zapachy, zaintrygowała mnie potencjalna zrzynka z flakonów Oliviera Durbano, którego z resztą uwielbiam.
Intryga zmieniła się w absolutną ciekawość i pomijając omdlewająco-ekstatyczne opisy, uznałam że coś co ma w składzie szałwię, pelargonię [czyżby chodziło o geranium?] i całą masę fajności w bazie [nie licząc podanego na stronie „bursztynu”, który wywołuje u mnie wywrot oczami], nie może być złe – więc wielce podjarana, dodałam próbkę do koszyka.

Ach, jakże się myliłam.

 

Widzicie te kamysie na dnie? Urocze są.
Liczyłam na coś co najmniej tak ciekawego jak zapachy Durbano [no bo jak już zrzynać, to na całego!], a okazało się że kamysie to taki gadżet, ratujący zapach przed kompletną klapą. Tak, klapą! Bo jest marnie, marniutko, słodkawo, nijako i massmarketowo.

Zaczyna się ostrą, kolońsko-cytrynową nutą, jak w co drugim produkowanym [bo to już nie jest tworzenie, tylko właśnie produkcja, jak w fabrykach cukierków…] zapachu dla „młodego, nowoczesnego i pewnego siebie mężczyzny”, potem dochodzi słodkawa, sztuczno-ziołowa nuta, która chyba powinna być szałwią i cedrem, a potem wszystko wpada do czarnej dziury rozpaczy bliżej nieokreślonej, słodkawo-kolońskiej masy, z której jestem w stanie wyłowić… NIC. Na upartego i wymuszonego stawiam na ambroxan, cashmeran, cinnamal, kephalis i najtańszy, lekko wiśniowy akord skórzany.

To jest tak nijaki niewypał, że aż nie mam pomysłu co mogłabym jeszcze o nim napisać. Nędza zapachowa. Flakon jak od Coco Mademoiselle… Przynajmniej cenę ma dość rozsądną. Dzięki temu może bez problemu konkurować z popłuczynami męskimi tworami Boss, Davidoff czy Azzaro – bo tam jest jego miejsce.

 

Nuty:
głowy: grejpfrut, cynamon, gałka muszkatołowa, bergamota, gorzka pomarańcza, skórka cytrynowa, mięta, lawenda, szałwia
serca: jaśmin, pelargonia, cedr, wetiwer, kolendra, kminek, kwiat pomarańczy
bazy: bursztyn (?), piżmo, skóra, wanilia, bób tonka, cynamon, drewno
Data powstania: b.d.
Twórca: Ramón Béjar
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.lulua.pl


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates