Posts Tagged ‘orient express’

Olfactive Studio: Close up

środa, Marzec 29th, 2017

Nieczęsto dodaję nowe wpisy, bo choć często mnie coś zachwyca [albo obrzydza ;], to nie zawsze mam czas i pomysł jak to opisać. A nie umiem na siłę, wszelkie próby zmuszania się [na każdym polu] do czegokolwiek kończą się spektakularną porażką.

Zapach musi sam do mnie przemówić.

A wtedy najczęściej, bez zbędnej kultury osobistej, wrzeszczy „kup mnie!!!”.

.

Uwaga, tradycyjny akapit samoumartwiania.
Jakoś w okolicach Ombre Indigo straciłam zapał do Olfactive Studio. Panorama (brr, kiszonka) i Selfie (brr, nazwa) dobiły temat szpadlem. Na śmierć. Potem na czas jakiś wypadłam z obiegu, raz tylko wywracając oczami na wieść, że marka będzie zmieniać flakony (po co, skoro miała tak spójną wizję: że klisza, że obiektyw, że stary papier do opisywania zdjęć, po co?!) – a więc dalsze dobijanie martwego szpadlem… No bo naprawdę, nie wiem na co spuścić grubszą kurtynę milczenia, na ten klekoczący metal przy korku czy wypukłe koła z tyłu flakonu?
Ale już, miej litość kobieto, koniec tego sadystycznego kopania leżącego, tym bardziej że zawartość czeka na swoją kolej.

A zawartość to już inna bajka. Taka z happy endem i tańcem przy świetle księżyca.

.

Close up kojarzy mi się ze starymi, amerykańskimi komediami. Czarno-biały klimat Pół żartem, pół serio czy Filadelfijskiej opowieści. Lekko, inteligentnie (co obecnie w komediach jest rzadkością), z perfekcyjną grą aktorską i dykcją, z gracją i czarem. Te filmy pachną mi Close up.

Zapach oczarowuje od pierwszego spotkania i pierwszych sekund na skórze.
Dojrzałe wiśnie otoczone w pudrze z tonki i upaćkane miodem, nie tracą swojej rześkiej kwaskowości przez całą, trwającą w nieskończoność, kompozycję. Jak w filmie, po wiśniowym otwarciu pojawia się główny bohater. Popijając poranną kawę, wyperfumowany swoją korzenną wodą kolońską, z różą w butonierce, nienagannymi manierami i uśmiechem łobuza… pozornie nic nie robiąc, rzuca na kolana. Jest słodki i kochany, ale też chłodny i surowy.

Bo niby słodko-cierpkie, deserowe wiśnie wyczuwalne są cały czas, ale nie dominują ani nie „ubanalniają” kompozycji: kawa, róża, przyprawy i nuty tabakowo-skórzane pojawiają się i umykają. Jak u Heisenberga. Wyczuwasz jedną, gubisz pozostałe, i znowu musisz je wyławiać z wiśniowego sosu, podjadając po trochu.

Same dobre (żeby nie powiedzieć pyszne) nuty. Świetnie leży, świetnie się nosi, ma zabójczą trwałość i moc, zwraca uwagę i się podoba się, na tyle mocno, że muszę się odganiać od zainteresowanych bliższym spotkaniem z Close up.


Ten zapach coś w sobie ma. Nie tylko genialny skład w genialnych proporcjach.
On genialnie mnie uzależnia… Wrzeszcząc, bez śladu zażenowania, „kup mnie!!!”.

.

Nuty:
głowy: kawa, przyprawy, wiśnia
serca: róża, biały tytoń, paczula, cedr atlaski
bazy: ambra, piżmo, bób tonka
Data powstania: 2016
Twórca: Annick Menardo
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie pochodzi z materiałów reklamowych Olfactive Studio.
A gif jak mi ktoś powie, skąd, to ma u mnie dużą próbkę Close up!

Slumberhouse: Jeke

wtorek, Lipiec 8th, 2014

Ostatnimi, migrenowymi, czasy wieczory spędzam namiętnie w towarzystwie Henryka Boukołowskiego i Michaiła Bułhakowa ;) Mistrz i Małgorzata od zawsze była jedną z moich najukochańszych książek, a po dorwaniu się do audiobooka, uzależnienie i miłość wzrosły znacząco. Dla otoczenia wręcz… męcząco.

Teraz też: siedzę, słucham i… zastanawiam się, jaki zapach by tu pasował?
Nie zamierzam dopasowywać perfum do poszczególnych postaci [choć taki Azazello byłby prawdziwym wyzwaniem!], myślę bardziej o tym diabolicznym klimacie, panującym w powieści. Diabolicznym, pełnym sprytu, niezwykłego dowcipu i magii…
.

askew

Początek musiałby być mocny, dymny i wręcz odrzucający. Ale nie, nie, żadnej siarki. Wyobrażacie sobie Wolanda, jadącego siarą? Toż to kompletny brak profesjonalizmu ;)
Dymna nuta szybko by się rozwiała, sprawiając że widoczne i wyczuwalne stałyby się kolejne nuty; jak Behemot, leniwie rozwalające się na kanapie z kieliszkiem wódki w łapie. I z marynowanym grzybkiem nadzianym na widelec, w drugiej łapie, oczywiście.

Wódka, dużo wódki. Zimnej, podanej w oszronionej karafce, lekko gryzącej w gardło po piątej kolejce. Gorzkiej, ale na szczęście po chwili przełamanej lekką nutą białego wina (rozbitego w ilościach znacznych przez Stiopę w Jałcie) i czerwonego jak krew wina, pitego przez Procuratora. Po tym gorzkim początku nuty, coraz bardziej pijane i rozkosznie w swym pijaństwie szczęśliwe, rozsłodziłyby się i rozhulały.
Tytoń, tabaka, jakie Pan pali? Nasza marka?…
Czy pan w ogóle nie lubi kwiatów?…
Lubię róże.
Olejek różany, palmy i cyprysy.
Gęsty zapach róż, wręcz balsamiczny… Przechodzący w niesamowite, nieziemskie w swojej urodzie labdanum, ze wszystkimi fasetami, za które tak tę żywicę uwielbiam: jednocześnie kremowe, skórzane, koniakowe, śliwkowo-apetyczne, lekko korzenne i pikantne. Boskie labdanum wtula się z kolei w krągły i zmysłowy, mruczący benzoes. Tak, maść Małgorzaty musiała pachnieć labdanum i benzoesem.

Bo ja pachnąc Jeke, powoli odlatuję pod sufit.
.

slumberhouse

 

Nuty: jałowiec, goździki, czarna herbata Lapsang souchong, paczula, labdanum, benzoes, tytoń, wanilia
Data powstania: 2008
Twórca: b.d.
Koncentracja: ekstrakt perfum

 

P.S. Czy muszę mówić, że flakonu pragnę do bólu? <3

 

Pierwszy obraz autorstwa Christophera Conna Askew [http://www.sekretcity.com/]
Zdjęcie pochodzi z wątku o Slumberhouse na forum Basenotes.
A tutaj cała powieść: Mistrz i Małgorzata

Tak, dzisiaj bez gif-ów ;]

M. Micallef: Mon Parfum Cristal

czwartek, Listopad 7th, 2013

Jestem :)
Nie żebym przez ten miesiąc próżnowała. Zaliczyłam kilka migren, dwa stany okołokatarowe i jedną utratę motywacji, której jak widać na szczęście nie jestem w stanie się do końca pozbyć. Uszczupliłam kolekcję flakonów, potem ją znowu przytyłam, a potem się zakochałam.
Strasznie bardzo i nienishowo.

Ale, jak by to wyjaśnić…

Osoby które mnie znają, wiedzą że daleko mi do hmm „typowej” kobiety. Owszem, jestem sroką [szczególnie jeśli chodzi o biżuterię w czaszki] i piszczę na widok słodkich zwierzątek [do których zaliczam przede wszystkim szczury], ale jednocześnie noszę wiecznie czymś uwalone Martensy, klnę jak szewc i chyba nigdy nie nauczę się śmiać bez absurdalnego pochrząkiwania jak świnka morska. Wiem, brzmi bardzo zachęcająco. Eteryczności i kobiecej subtelności raczej próżno u mnie szukać.
Z perfumami podobnie: ma być drzewnie, kadzidlanie, czasem morderczo kwiatowo lub słodko, ale dla przeciętnego śmiertelnika prawie nigdy normalnie albo standardowo. Ani ładnie. Niee, to nie wchodzi w ogóle w grę ;]

wednesday

.
Kiedy więc Nisha, istota wiecznie walcząca ze spódnicami i wszystkim co ładne, przeczytała o jakże ładnym, „przepełnionym zmysłowością” Mon Parfum Cristal, uśmiechnęła się, jak zwykle uśmiecha się do spotkanych w komunikacji miejskiej świrów, i nawet nie tknęła flakonu. Flakonu, dodam dla zwiększenia efektu, upstrzonego kryształkami i z błyszczącym korkiem z różowego złota. No. Just no.

W końcu jednak poczucie obowiązku „znania” wygrało i Mon Parfum Cristal w ilości jednego niechętnie zaaplikowanego psiknięcia trafił na skórę… 3… 2… 1… I z dzikim amokiem w oczach oblałam się jeszcze sześcioma psikami. Gdyby nie fakt, że ludzie patrzyli, pewnie utłukłabym temu flakonu główkę jak żul butelce wina w parku i wylała na siebie całe 100ml.

Prosto w serce, Martine!

 

Nie przepadam za klasykiem, Mon Parfum. Jest zbyt zimny, wymagający. Ma w sobie chłodną, wykalkulowaną elegancję, która powoduje u mnie podobny dyskomfort i drganie oka, co garsonki, bereciki i beżowe buty na obcasie. Tak, jest ładny, ale może właśnie tutaj tkwi mój problem z tym zapachem? Ładny. Poprawny. Typowy.
Ale mniejsza z tym.

Po wersji Cristal spodziewałam się czegoś bardzo podobnego. No bo ileż to razy marki wypuszczały na rynek flankery, przez które miałam ochotę usiąść w kącie i zapłakać, zastanawiając się za jakie grzechy spotykają mnie takie rozczarowania? Ileż to razy czytałam o nowych, wspaniałych wersjach, wzbogaconych i udoskonalonych, które pachniały po prostu… marnie? Otóż więcej, niż bym sobie tego życzyła. Odgrzewane kotlety rzadko kiedy dobrze smakują, odświeżanie perfum i kolejne wariacje nt. klasyków również.
Na szczęście zdarzają się też wyjątki: perfumowany Idole de Lubin jest jeszcze lepszy niż jego toaletowy pierwowzór, kolejnym odsłonom klasyków Muglera też ciężko coś zarzucić. Więc można? Można.

Tu też można było. Cristal nie ma nic ze swojego poważnego i sztywnego protoplasty.
Jest ciepły. Miękki. Kobiecy w ten nienarzucający się, naturalnie zmysłowy sposób, bez zbędnej pretensjonalności i wyszukanych poz. Od razu otula waniliowymi kwiatami i kwiatową wanilią. Cynamon z toffi tworzy bardzo apetyczną mieszankę, całkowicie bezpieczną i ugładzoną, bez nawet cienia zwierzęcości. Przepyszność potęguje domowa nuta jabłek w bursztynowym karmelu i klasyczne ujęcie róży: głębokiej, aksamitnej, powiedziałabym – pudrowej i zielonej – ale to tylko dwie jej fasetki. Pięknie oszlifowana róża ma ich tutaj znacznie więcej. Jest miodowa, syropowa, owocowa, wilgotna i mięsista. Słodka i kwaskowa. Skrajna, a jednocześnie spójna.

Ale najwspanialsze jest to, jak w tym zapachu się czuję.
Jest mi niezwykle wygodnie, czego nie spodziewałabym się po tak klasycznie „kobiecych” i naprawdę zmysłowych perfumach. Ba, czuję jakbym nagle była w stanie chodzić w najwyższych obcasach i najbardziej plączącej się pod nogami sukience. Mogę założyć kolię z diamentami. Mogę być śliczna i eteryczna. Mogę być nawet miła dla ludzi!

Marilyn-Monroe

Ok, to ostatnie jeszcze przemyślę.

Mimo wszystko Mon Parfum Cristal naprawdę jest niezwykły. Nie jest oczywiście pierwszym zapachem, który coś we mnie budzi i do czegoś inspiruje [bo to u mnie podstawowe kryterium zakochiwania się, kupowania i używania], ale jako pierwszy poruszył tę część, której istnienia nie do końca się w sobie spodziewałam ;]

Jest apetyczny, ale nie dosłownie jadalny. Kobiecy i zmysłowy, ale jednocześnie… wyluzowany. Naturalny.
Nie chrząka z zażenowaniem, kiedy jesz sernik wsiorbywując galaretkę bez łyżeczki, tylko robi to samo co ty, nie tracąc przy tym ani grama swojej gracji.

I w sumie to różowe złoto też wygląda ślicznie.
Nie obraziłabym się, gdyby błyskało do mnie z mojej prywatnej szafki z flakonami. Jestem pewna, że będzie tam idealnie pasować.

.

Nuty:
głowy: cynamon, różowy pieprz
serca: bułgarska róża, wanilia z Madagaskaru
bazy: toffi, ambra, piżmo
Data powstania: 2013
Twórca: Geoffrey Nejman i Jean-Claude Astier
Koncentracja: woda perfumowana

.

Gif pierwszy: rebloggy.com
Gif drugi: www.fanpop.com

Fragonard: Cette Nuit Là

niedziela, Wrzesień 22nd, 2013

Znacie to? Odkryjecie coś przypadkiem [np. z pomocą Cbr ^^], zakochacie się, stanie się waszym nowym signature scent, będziecie nadużywać aż zacznie płynąć w waszej krwi i… wtedy się okaże, że go wycofują.

loki

No właśnie.
Miałam tak z Pocałunkiem Smoka, a obecnie z Cette. Mówią, że do trzech razy sztuka…

.
Cette Nuit Là to zapach absolutnie magiczny. I perfekcyjny.
Po pierwsze i bardzo ważne: jest idealnie odwzorowanym aromatem kadzidełek nag champa – Intrigant Patchouli może się schować do szuflady. Po drugie: ma piękny flakon z fragonardowym słońcem na dnie i bardzo pocieszającą pojemność 200ml. Po trzecie i najważniejsze: jest od początku do końca, od rana do nocy, od słońca po wichurę – absolutnie mój. Każda faza CNL jest piękna i mogłaby trwać wiecznie [w zasadzie nie jest to duża przesada, bo mimo koncentracji wody toaletowej, ten zapach ma i moc i ogon i trwałość, których może mu pozazdrościć wiele wód perfumowanych], każdą nie mogę się nasycić.
.

cette nuit.

Zaskakuje od samego początku – brakiem standardowego cytrusowego otwarcia. Zamiast niego, od pierwszych sekund Cette otula miękkim kadzidłem: słodkim, ale nie przesłodzonym, gdyż w ryzach trzyma je nieco męskie, cierpko-gorzkie neroli. Jednak ta surowa kwiatowa nuta w końcu mięknie pod urokiem kremowych żywicznych nutek, które coraz rozkoszniej układają się na skórze. Po zaledwie kilku minutach Cette rozkwita takim bogactwem orientu, że nie jestem w stanie oderwać od siebie nosa, z oczami jak u kotka ze Shreka podziwiając spójność i kocią grację tej kompozycji.

Granice między nutami głowy, serca i bazy są zatarte – składniki dryfują leniwie, spotykając się, wymieniając, obijając o siebie i wracając. Pierwsze skrzypce należą bezsprzecznie do wyraźnie morskiej ambry i świetnego jakościowo sandałowca [słono-słodkiego, gładkiego i śmietankowego, mniam]. Między nimi przemykają pikantne przyprawy i żywice – wyczuwam budyniową wanilię, słodko-gorzką mirrę, czekoladową paczulę i zaskakująco zwierzęcą [taką lekko „brudną”] nutę piżma. Słodycz pogłębiają upojne białe kwiaty: jestem pewna, że wyczuwam tu narkotyczną nutę gardenii tahitańskiej czy chociaż ylang-ylang, niestety skład o nich milczy, wymieniając jedynie jaśmin. Który potwierdzam, jest. Stłamszony przez gardenię i ylang ;]

Ta równowaga utrzymuje się już do samego końca zapachu, czyli nawet i czternaście godzin – wspominałam, że jest nie do zdarcia. Baza jest może subtelnie bardziej pudrowa i zwierzęca, ale nie zauważam dużych zmian; żadnych potajemnych angielskich wyjść, wszystkie składniki są, tylko mniej ruchliwe ze zmęczenia ;]

Słodkie, urocze i drewniane.

śpiący kotek

.

Wydaje mi się, że gdyby nie resztki instynktu samozachowawczego, wbiłabym w siebie widelec z łakomstwa.
Cała kompozycja daje podobnie apetyczny [owszem tak, dla mnie najapetyczniejsze nuty w perfumach to te, które absolutnie nie nadają się do jedzenia] efekt, co perfumowany Pocałunek Smoka – paczulowo-drzewnego, budyniowego ciasta. Podobna gęstość, słodycz, choć Cette jest dużo mniej humorzaste i kapryśne. Pachnie za każdym razem równie pięknie. Słodko. Zawiesiście i gorąco.

Cette Nuit La wprowadza mnie w tak przyjemnie senny i miękki stan, że nawet nie chce mi się rozrywać na strzępy twórców decyzji o wycofaniu tego arcydzieła. Pokładam całą nadzieję w gołębiach, przelatujących nad ich głowami i w ich malutkich, nieprzewidywalnych przewodach pokarmowych.
Choć zasłużyli na co najmniej kormorany ;]

.

Nuty:
głowy: bergamotka, neroli, galbanum
serca: irys, jaśmin, róża bułgarska, liście fiołka, kminek, kolendra
bazy: sandałowiec, ambra, paczula, piżmo, skóra, wanilia
Data powstania: 2005
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda toaletowa

.

Smutny, acz nadal oko cieszący Loki wzięty z hiddlesgif.tumblr.com
Pierwsze zdjęcie pochodzi ze strony www.fragonard.com
Drugie zdjęcie pochodzi z serwisu critteristic.com

Viktoria Minya: Hedonist

wtorek, Marzec 26th, 2013

Kiedy kilka dni temu napisała do mnie Viktoria Minya, piękna i zdolna węgierska perfumiarka, zrobiło mi się bardzo miło; po pierwsze że zauważyła mój – jakby nie patrzeć, mało standardowy i popularny – blog; a po drugie tym bardziej, że kilka dni wcześniej czytałam o jej perfumach na angielskiej Fragrantice i zwyczajnie się do tych nut i flakonika zaśliniłam.

Viktoria po krótkiej rozmowie zaproponowała wysłanie do mnie próbki jej debiutu, która to próbka niestety – co by mi najwyraźniej za dobrze w życiu nie było – w transporcie uległa kompletnemu zmiażdżeniu. Koperta pachniała jednak tak kusząco, że ryzykując pochlastanie się szkłem [jak to brzmi, zabita próbką perfum] rozsmarowałam resztki na sobie… I ponieważ, mając na względzie moje pokręcone słowotwórstwo i dziwną składnię zdań, zdaję sobie sprawę że ciężko będzie zrozumieć coś z tłumaczenia via google translate, wyjątkowo i dla Viktorii – recenzję postanowiłam napisać w języku angielskim. Oby z sensem nie mniejszym niż zwykle :)

Hedonist, the first perfume made by Viktoria, is meant to be a woody chypre, but for me it’s more of soft, luminous, spicy oriental – classic back from the 90’s. I love how it blends with my skin: warm, radiant and succulent. I love the suede peach in the opening and opulent sweetness of flowers in the base. It feels just right. And so familiar.

hedonist

As you may have noticed before, I’m all crazy about sweet/sour play of notes. Give me some rhubarb and I’m all yours. Plum and peach? Oh yes please. Add some roses and I may die happy now.

Hedonist is all about sweet/sour balance.
At first, you get a really strong – almost plastic with its untamed power – note of glassy, ripe fruit pulp. Apples, plush-apricot osmantus, peaches, cut to pieces and „watered” with sparkling, ice-cold vermouth. This must have been gods’ ambrosia!  But don’t let this fool you, Hedonist is not that fruity, sweet and lovely. It has its dark side also: heavy cluster of jasmine makes heart of H. dense and sticky, but… somehow still very tasty. White petals tingle my nose, giving me again this strange sensation of déjà vu…
Hey, I know you!
Cloves and roses? Sweet, dewy orange blossoms? Cool lily of the valley? Fragile carnation? Or maybe all of them, intertwined with creamy, smooth woods [sandalwood mostly, for my nose], white-chocolate-and-cinnamon vanilla and dry, woody vetiver, which gives an extra sourness to this fervent orient. Again, base notes don’t overpower the composition – you can still get sweet/sour bite of fruits – but they are definitely palpable. And. So. Tasty.

Hedonist is rich and dense, it lasts forever and feels so comfortable and utterly feminine.
It’s silk and velvet. Lace and leather. It’s golden sun and full moon and… Oh. And I finally caught my déjà vu. This sensation I got right from the beginning, this warm memory, the sun?  Le Roy Soleil, if you remember this lovely, but melancholic sun. Subtract the sadness, add luminosity, a few pralines and there you have it.

I’m really glad that I met Hedonist. It’s just my kind of orient. I simply enjoy its coziness and rich floriental…ness ;]  And maybe it’s better I couldn’t splash H. all over and from head to bottom. I would literally eat myself.
Thank You, Viktoria!

 

P.S. Right after posting my review, I started looking for some other and I was really surprised to see Kafkaesque great opinion. So many common feelings! It happened once with Kurkdjian’s Oud, when several bloggers shared the same feelings; and for me it clearly shows how perfectly perfume can be made, evolving so similar, „intended” with creation, pictures and emotions.

Mam nadzieję, że mój angielski był strawny.
Obiecuję więcej tego nie popełniać ;]

Nuty:
głowy: bergamotka, brzoskwinia, rum CO2
serca: absolut jaśminu, absolut kwiatu pomarańczy, absolut osmantusa, tabaka
bazy: wetiwer, cedr, wanilia
Data powstania: 2013
Twórca: Viktoria Minya
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie pochodzi z portalu fragrantica.com

Parfumerie Generale: PG14 Iris Taizo

sobota, Wrzesień 8th, 2012

Wracam.

Parfumerie Generale ma w sobie to coś, co ma również Hermes i L’Artisan – to nie jest sinusoida czy równia pochyła, ich zapachy ciągle trzymają świetny poziom i styl. Rzadko komu udaje się nie przejechać i zepsuć na fali chwilowej popularności. I jeszcze te proste, urocze flakony…

Tak, uwielbiam PG [nie licząc Cuir Venenum, które litościwie wepchnęłam w Short Stories]. Natomiast ten zapach przejdzie do mojej prywatnej historii pt. „gorzkie żale” – nie znałam, chciałam kupić w ciemno, ale przeraziłam się irysem w składzie. Mogłam do wszystkich diabłów kupić. Teraz żałuję ;]

Akt I – Wróg u bram
Otwarcie jest… cóż, brutalnie irysowe. Nie jest to może najbardziej traumatyczna wersja irysa, ale nadal mnie przeraża – pudrowo-gorzką nutą, lekko spaczulowioną i wytrawioną drewnem. Podgrzany ciepłem skóry wydaje się lepić i dusić.
Łez jeszcze nie ronię, ale tak jakby „coś mi wpadło do oka”.

Akt II – Starcie tytanów
Koniec hegemonii irysa następuje nagle i zaskakująco szybko. Irys on – irys off.
Zapach ewoluuje jak pozostawione na słońcu zielsko – ostry, gryzący aromat znika; susz nabiera lekkości, słodyczy i pylistości. Do głosu dochodzi uroczy kardamon, znane i kochane z [nie-zreformułowanej] Dolce Vity kadzidełkowe połączenie wanilii i orientalnych drzew i świetliste, słodkie ciepełko. Iris Taizo łagodnieje, wycisza się i siada na leżaku opatulony kocykiem, grzejąc się w jesiennym słońcu. Jakże mu tego zazdroszczę ;]

Akt III – Delicatessen
Im dłużej Iris Taizo siedzi na skórze, tym mocniej upodabnia się do wspomnianej wcześniej [i nie zepsutej jeszcze „poprawkami”] Dolce Vity. Jest tak samo korzenno-słodki, bardzo ciepły i miodowy, kobiecy, z lekkim kocim pazurem.

To zabawne: gdybym zdobyła odlewkę IT miesiąc temu, rzuciłabym pewnie w kąt – nie, lepiej nie, jeszcze bym ją stłukła i musiała się mordować z zapachem dłużej niż z najgorszą grypą ;] Ale że moje kości już czują jesień, wszystko mi nią pachnie… Dolce Vita stała się moją codzienną towarzyszką, skrzętnie reglamentowaną ze względu na rychły koniec „starego” flakonu. A Iris Taizo wkroczył w moją jesienną melancholię w najlepszym możliwym momencie, dzięki czemu ma naprawdę dużą szansę na ciepłą posadkę w kolekcji. Piękny jest.
Kocham jesień!

 

Nuty: kardamon, miód figowy, irys, egzotyczne drzewo jinkoh z Indonezji, meksykańska wanilia, kadzidło kyara (olibanum), nuty drzewne
Data powstania: 2006
Twórca: Pierre Guillaume
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie pochodzi ze strony luckyscent.com

Dawn Spencer Hurwitz: Mahjoun

piątek, Lipiec 20th, 2012

Hm. Miałam pisać częściej, ale skutecznie zawiesiłam się na Opusie VI oraz [usiądźcie] Lolicie w wersji Midnight Couture i nawet jak chcę – z czystej przyzwoitości i empatii dla otoczenia – wyperfumować się czymś innym, ręka automatycznie łapie za którąś z tych dwóch flach. Magia!

 

Wczoraj, zwalczając nocą wczesną odruch bezwarunkowy, stanęło na nic-mi-nie-mówiącej próbce. Wybrałam ją, bo miała atomizer ;] Test nadgarstkowy wypadł pozytywnie, tzn. zapach nie zabił, wręcz przeciwnie – szybko zniknął. Przyszpiliłam gada globalnie i póki co, nie ucieka.
Mogę więc spokojnie sprawdzić, ki diabeł.

 

Perfumiarz Dawn Spencer Hurwitz tworzy zapachy z naturalnych składników, inspirowane sztuką, artystami, literaturą i otaczającym ją światem. Widnieją one pod szyldem Parfums des Beaux Arts oraz skrótem DSH. Nie wnikam, skąd to rozdwojenie, ale…
Przy okazji poprzeglądałam sobie na Fragrantice naturalne marki, potem te mocno niszowe i stwierdzam, że w Stanach mają… jakoś tak łatwiej. Każdy może stworzyć firmę z naturalnymi perfumami lub kosmetykami mineralnymi [drugi świr własny], nikt się nie czepia o badania, atesty i papierki, ludzie w zaciszu własnych czterech ścian kręcą sobie autorskie mikstury i je najnormalniej w świecie sprzedają. To musi być radocha.

Dobra, dość tego rozmarzania się. Pora zejść na siano ziemię i wrócić do siana Mahjoun. Który pachnie [niespodzianka!] sianem. Słodkawym, suchym, przyjemnie, prawie pudrowo-kremowym. Takim jak w Hajj SoOud. Jest też dość spora dawka cukru w wersji zdrowej, czyli miodu. Jak w Asmar SoOud…
Widzicie już, do czego zmierzam? Do kolejnej fali narzekań z cyklu „wszystko już znam, wszystko już było, foch”.

 

Wycinając jęki, pozostaje do stwierdzenia jedynie, że zapach jest słodki, ale nie aż tak żeby należała mu się kategoria gourmand [przydzielona na IndieScents], nie ma w nim ani grama mistycznego kadzidła i mirry, nie czuć w nim grama Marakeszu, a orzechowo-lawendowa baza po dobie zaczyna straszyć niczym Upiór w Operze.
A taki boski skład nut, tyle dobra w jednym… Szkoda, że zaledwie trzy składniki topią w swojej gęstwinie całą resztę.

Ciekawa jestem innych kompozycji DSH [December, Seven, Three Kings], ale Mahjoun niestety nie zachwycił ani nie zaskoczył. Bloki cukrowe nigdy nie należały do moich deserowych ulubieńców.

 

Nuty:
głowy: migdały, nasiona kardamonu, kwiat wiśni, kwiat lawendy, cytryna, słodka pomarańcza
serca: absolut róży bułgarskiej, figa, orzechy laskowe, miód, gałka muszkatołowa, kwiat pomarańczy, cukier daktylowy
bazy: ambra, cedr atlaski, kora cynamonowca, goździk (przyprawa), kadzidło frankońskie, drzewo sandałowe, arabska mirra
Data powstania: b.d.
Twórca: Dawn Spencer Hurwitz
Koncentracja: woda perfumowana i olejek

 

Zdjęcie – old.nathanbranch.com


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates