Posts Tagged ‘paczula’

Olfactive Studio: Close up

środa, Marzec 29th, 2017

Nieczęsto dodaję nowe wpisy, bo choć często mnie coś zachwyca [albo obrzydza ;], to nie zawsze mam czas i pomysł jak to opisać. A nie umiem na siłę, wszelkie próby zmuszania się [na każdym polu] do czegokolwiek kończą się spektakularną porażką.

Zapach musi sam do mnie przemówić.

A wtedy najczęściej, bez zbędnej kultury osobistej, wrzeszczy „kup mnie!!!”.

.

Uwaga, tradycyjny akapit samoumartwiania.
Jakoś w okolicach Ombre Indigo straciłam zapał do Olfactive Studio. Panorama (brr, kiszonka) i Selfie (brr, nazwa) dobiły temat szpadlem. Na śmierć. Potem na czas jakiś wypadłam z obiegu, raz tylko wywracając oczami na wieść, że marka będzie zmieniać flakony (po co, skoro miała tak spójną wizję: że klisza, że obiektyw, że stary papier do opisywania zdjęć, po co?!) – a więc dalsze dobijanie martwego szpadlem… No bo naprawdę, nie wiem na co spuścić grubszą kurtynę milczenia, na ten klekoczący metal przy korku czy wypukłe koła z tyłu flakonu?
Ale już, miej litość kobieto, koniec tego sadystycznego kopania leżącego, tym bardziej że zawartość czeka na swoją kolej.

A zawartość to już inna bajka. Taka z happy endem i tańcem przy świetle księżyca.

.

Close up kojarzy mi się ze starymi, amerykańskimi komediami. Czarno-biały klimat Pół żartem, pół serio czy Filadelfijskiej opowieści. Lekko, inteligentnie (co obecnie w komediach jest rzadkością), z perfekcyjną grą aktorską i dykcją, z gracją i czarem. Te filmy pachną mi Close up.

Zapach oczarowuje od pierwszego spotkania i pierwszych sekund na skórze.
Dojrzałe wiśnie otoczone w pudrze z tonki i upaćkane miodem, nie tracą swojej rześkiej kwaskowości przez całą, trwającą w nieskończoność, kompozycję. Jak w filmie, po wiśniowym otwarciu pojawia się główny bohater. Popijając poranną kawę, wyperfumowany swoją korzenną wodą kolońską, z różą w butonierce, nienagannymi manierami i uśmiechem łobuza… pozornie nic nie robiąc, rzuca na kolana. Jest słodki i kochany, ale też chłodny i surowy.

Bo niby słodko-cierpkie, deserowe wiśnie wyczuwalne są cały czas, ale nie dominują ani nie „ubanalniają” kompozycji: kawa, róża, przyprawy i nuty tabakowo-skórzane pojawiają się i umykają. Jak u Heisenberga. Wyczuwasz jedną, gubisz pozostałe, i znowu musisz je wyławiać z wiśniowego sosu, podjadając po trochu.

Same dobre (żeby nie powiedzieć pyszne) nuty. Świetnie leży, świetnie się nosi, ma zabójczą trwałość i moc, zwraca uwagę i się podoba się, na tyle mocno, że muszę się odganiać od zainteresowanych bliższym spotkaniem z Close up.


Ten zapach coś w sobie ma. Nie tylko genialny skład w genialnych proporcjach.
On genialnie mnie uzależnia… Wrzeszcząc, bez śladu zażenowania, „kup mnie!!!”.

.

Nuty:
głowy: kawa, przyprawy, wiśnia
serca: róża, biały tytoń, paczula, cedr atlaski
bazy: ambra, piżmo, bób tonka
Data powstania: 2016
Twórca: Annick Menardo
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie pochodzi z materiałów reklamowych Olfactive Studio.
A gif jak mi ktoś powie, skąd, to ma u mnie dużą próbkę Close up!

Perris Monte Carlo: Bois d’Oud

piątek, Marzec 7th, 2014

Ach, jakże byłam szczęśliwa, kiedy odkryłam że jest na świecie oud, za którym szaleję i który wielbię pasjami!

flapjack
A potem się dowiedziałam, że nie ma w nim oudu.

Kurtyna.

 .

Perris od samego początku zrobił na mnie dobre wrażenie. Co prawda złocistość flakonów daje po oczach równie mocno, jak palant, który jedzie przez miasto na drogowych i przeciwmgielnych razem, ale idzie się przyzwyczaić. Warto. Dla zawartości.
Zawartość jest bowiem boska. Gęsta. Zawiesista. Perris to w zasadzie kwintesencja zajebisto zawiesistości. Czy to paczula [czekoladowa, drzewna], czy ambra [słodko-słona, żywiczna], czy róża [syropowa i krwistoczerwona] – wszystkie kompozycje autorstwa Gian Luca Perrisa mają niesamowitą moc i głębię. A te oudy…

.

perris.

Do Bois d’Oud idealnie pasuje określenie: mięsisty.

Wszystkie składniki są w nim pełne, dojrzałe i nasycone. Apetycznie słodko-kwaskowy miąższ śliwki łagodzi welurowa, grubo-płatkowa róża. Balsamiczne, twarde drewno otula gęsty, lepki oud i skórzane, ciemne labdanum. Jest gęsto, bogato, słodko-wytrawnie, orientalno-drzewnie i cieleśnie.
I o ironio, bez najważniejszego składnika, który tak sugestywnie i namacalnie wsiąka w całą kompozycję.

Bois d’Oud bez oudu? To jak sernik bez twarogu, absynt bez tujonu albo Avengers bez Loki’ego.
Można, ale smutno.
Więc siedzę, jak dziecko któremu pokazano magiczną sztuczkę, a potem wytłumaczono że cała magia to tylko iluzja. Siedzę i nie wierzę. Byłam gotowa nos sobie odciąć za oud w Bois d’Oud! Tymczasem z magicznego kapelusza zamiast oudu, wyskoczył na mnie Karanal [który nawiasem mówiąc aaaach, jak bosko pachnie!] i jeszcze się głupio uśmiecha.

Nie zmienia to, oczywiście, mojego uwielbienia do Bois d’Oud. Ani nieobecny oud, ani zabójcza moc zapachu, ani złoty flakon ani irys w składzie… No nic mnie do niego nie zniechęci. Jest zbyt piękny i zbyt oudowy.
Pokornie do nóżek Gian Luca Perrisa padam, bo stworzył prawdziwe coudo.

Bez oudu.

.

Nuty:
głowy: bergamotka
serca: brzoskwinia, śliwka, jaśmin, róża, irys, kwiat pomarańczy
bazy: cedr, czarne drewno, paczula, wanilia, ambra, labdanum, piżmo
Data powstania: 2012
Twórca: Gian Luca Perris
Koncentracja: woda perfumowana

Gif ze strony bluhgifs.tumblr.com.
Zdjęcie z it-it.facebook.com.

Fragonard: Cette Nuit Là

niedziela, Wrzesień 22nd, 2013

Znacie to? Odkryjecie coś przypadkiem [np. z pomocą Cbr ^^], zakochacie się, stanie się waszym nowym signature scent, będziecie nadużywać aż zacznie płynąć w waszej krwi i… wtedy się okaże, że go wycofują.

loki

No właśnie.
Miałam tak z Pocałunkiem Smoka, a obecnie z Cette. Mówią, że do trzech razy sztuka…

.
Cette Nuit Là to zapach absolutnie magiczny. I perfekcyjny.
Po pierwsze i bardzo ważne: jest idealnie odwzorowanym aromatem kadzidełek nag champa – Intrigant Patchouli może się schować do szuflady. Po drugie: ma piękny flakon z fragonardowym słońcem na dnie i bardzo pocieszającą pojemność 200ml. Po trzecie i najważniejsze: jest od początku do końca, od rana do nocy, od słońca po wichurę – absolutnie mój. Każda faza CNL jest piękna i mogłaby trwać wiecznie [w zasadzie nie jest to duża przesada, bo mimo koncentracji wody toaletowej, ten zapach ma i moc i ogon i trwałość, których może mu pozazdrościć wiele wód perfumowanych], każdą nie mogę się nasycić.
.

cette nuit.

Zaskakuje od samego początku – brakiem standardowego cytrusowego otwarcia. Zamiast niego, od pierwszych sekund Cette otula miękkim kadzidłem: słodkim, ale nie przesłodzonym, gdyż w ryzach trzyma je nieco męskie, cierpko-gorzkie neroli. Jednak ta surowa kwiatowa nuta w końcu mięknie pod urokiem kremowych żywicznych nutek, które coraz rozkoszniej układają się na skórze. Po zaledwie kilku minutach Cette rozkwita takim bogactwem orientu, że nie jestem w stanie oderwać od siebie nosa, z oczami jak u kotka ze Shreka podziwiając spójność i kocią grację tej kompozycji.

Granice między nutami głowy, serca i bazy są zatarte – składniki dryfują leniwie, spotykając się, wymieniając, obijając o siebie i wracając. Pierwsze skrzypce należą bezsprzecznie do wyraźnie morskiej ambry i świetnego jakościowo sandałowca [słono-słodkiego, gładkiego i śmietankowego, mniam]. Między nimi przemykają pikantne przyprawy i żywice – wyczuwam budyniową wanilię, słodko-gorzką mirrę, czekoladową paczulę i zaskakująco zwierzęcą [taką lekko „brudną”] nutę piżma. Słodycz pogłębiają upojne białe kwiaty: jestem pewna, że wyczuwam tu narkotyczną nutę gardenii tahitańskiej czy chociaż ylang-ylang, niestety skład o nich milczy, wymieniając jedynie jaśmin. Który potwierdzam, jest. Stłamszony przez gardenię i ylang ;]

Ta równowaga utrzymuje się już do samego końca zapachu, czyli nawet i czternaście godzin – wspominałam, że jest nie do zdarcia. Baza jest może subtelnie bardziej pudrowa i zwierzęca, ale nie zauważam dużych zmian; żadnych potajemnych angielskich wyjść, wszystkie składniki są, tylko mniej ruchliwe ze zmęczenia ;]

Słodkie, urocze i drewniane.

śpiący kotek

.

Wydaje mi się, że gdyby nie resztki instynktu samozachowawczego, wbiłabym w siebie widelec z łakomstwa.
Cała kompozycja daje podobnie apetyczny [owszem tak, dla mnie najapetyczniejsze nuty w perfumach to te, które absolutnie nie nadają się do jedzenia] efekt, co perfumowany Pocałunek Smoka – paczulowo-drzewnego, budyniowego ciasta. Podobna gęstość, słodycz, choć Cette jest dużo mniej humorzaste i kapryśne. Pachnie za każdym razem równie pięknie. Słodko. Zawiesiście i gorąco.

Cette Nuit La wprowadza mnie w tak przyjemnie senny i miękki stan, że nawet nie chce mi się rozrywać na strzępy twórców decyzji o wycofaniu tego arcydzieła. Pokładam całą nadzieję w gołębiach, przelatujących nad ich głowami i w ich malutkich, nieprzewidywalnych przewodach pokarmowych.
Choć zasłużyli na co najmniej kormorany ;]

.

Nuty:
głowy: bergamotka, neroli, galbanum
serca: irys, jaśmin, róża bułgarska, liście fiołka, kminek, kolendra
bazy: sandałowiec, ambra, paczula, piżmo, skóra, wanilia
Data powstania: 2005
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda toaletowa

.

Smutny, acz nadal oko cieszący Loki wzięty z hiddlesgif.tumblr.com
Pierwsze zdjęcie pochodzi ze strony www.fragonard.com
Drugie zdjęcie pochodzi z serwisu critteristic.com

Annick Goutal: Mon Parfum Cheri

środa, Maj 2nd, 2012

Oto nadciąga zło pierwotne; zło tak okrutne i mroczne, że nawet najtwardsze i najodważniejsze jednostki uciekają w popłochu.
I niech was nie zwiedzie ta słodka kokardka na flakonie. Staruszki w „Arszenik i Stare Koronki” też były słodkie.
I co z tego wyszło…

 

Pamiętam, że pierwsze chwile z MPC upłynęły mi całkiem… miło. Cieszyłam się naiwnie, że oto Annick Goutal [wiem że Camille, ale chodzi mi o markę ogółem] stworzyła prawdziwie niszowy zapach, coś zupełnie dla siebie nietypowego i zaskakującego… Coś, co wstrząśnie przemysłem perfumeryjnym i przegoni ten marazm, w którym znalazły się ostatnio szyprowe klimaty.
Paczulowe, mocne otwarcie, apteczne i ostre, świdrujące, koniakowe i wciskające gałki oczne w czaszkę. Hell yeah! Paczula dla twardzieli, zmysłowa i drapieżna. Jest dobrze, jest świetnie!

A potem pojawił się on.

Nie, ty później.

Najpierw pojawił się mój wróg publiczny numer jeden, w najbardziej odjechanie morderczym, szpetnym i traumatycznym wydaniu.

Wytoczył się, dokładniej rzecz ujmując, z jakiejś obmierzłej piwnicy, zakurzony i oplątany pajęczynami, z nadgniłym ziemniakiem w kieszeni i zdechłym fiołkiem w butonierce. Chwiejnym acz nonszalanckim krokiem światowca po przejściach, międląc w gębie resztkę zdobycznego petka, na widok przerażonej paczuli wykonał kilka niedwuznacznych gestów, po czym rechocząc wtoczył się do najbliższej knajpy.

 

Powiedziałam coś, jeszcze nie teraz!

Irys.
Cóż, wiele można o nim powiedzieć, ale niewiele dobrego. Miał kiedyś potencjał, miał warunki, ale nie poradził sobie najwidoczniej z oczekiwaniami i presją społeczeństwa. Wielu to spotyka.
W MPC jest nieokrzesany, brudny i wypudrzony dla zachowania pozorów przyzwoitości. Śmierdzi kilkudniową „rozgrywką szachową”, w trakcie której w akcie desperacji osuszono nawet Mamrota i stadionową wariację na temat śliwowicy. I ta jego obsesja na punkcie lukrecjowych cukierków.

Tak, już możecie.


Nie wiem, co on w nich widzi. Fakt, maskują nieco mamrotowe wyziewy, ale na boga, od tych czarnych mordoklejów język staje kołkiem od samego patrzenia na zdjęcie! A on je wsuwa jak żuk biedronkę.

Stary, miej litość, popatrz na siebie i ogarnij się wreszcie. Jeszcze kilka miesięcy na tym żelkowym ciągu i w twoich żelkach żyłach popłynie czarna, anyżkowa krew. A wtedy to już grób/mogiła, zapomnij o ambitnych rolach; tylko pajęczyny i Mamrot ci pozostaną…

 

Nuty: indonezyjska paczula, śliwka, heliotrop, włoski irys, przyprawy
Data powstania: 2011
Twórca: Camille Goutal
Koncentracja: woda toaletowa

 

Zdjęcie razy dwa pochodzi ze strony www.lolcandy.com
Drugie zdjęcie – www.thesweetiestop.co.uk

pożegnanie – Cartier: Le Baiser du Dragon

sobota, Luty 4th, 2012

Pocałunek Smoka nie jest może zapachem niszowym, ale uważam że zasługuje na niszowe traktowanie.
Szczególnie teraz, kiedy Cartier podjął wg mnie najbardziej niezrozumiałą [i głupią!] decyzję, jeśli chodzi o przemysł perfumeryjny – zaprzestał jego produkcji.

Pogłoski o rezygnacji ze Smoka czytałam już w grudniu, ale naiwnie wierząc w klasę marki, machałam na te ploty ręką, patrząc z lubością na trzy smocze flakony stojące w szafce. No to mam za swoje. Blady strach, że kiedyś mój signature scent zniknie na zawsze i że trzeba będzie tę ziejącą pustkę czymś wypełnić.

Ale czym?! Był jeden na milion.


Najpierw zakochałam się w nazwie i flakonie. Z zapachem było trudniej.

Długo ze sobą walczyliśmy. Długo pokazywał mi się od swojej najgorszej strony, ale tak się na niego diabelsko uparłam, tyle razy go nosiłam podduszana wściekłymi oparami – aż wreszcie się oswoił i odwzajemnił miłość. Udowodnił, że jaśmin może być ciężki i nie-morderczy naraz, że amaretto nie samymi migdałami żyje, a czekolada i karmel mają swoją ciemną stronę mocy.

I tak trwamy ze sobą, od pięciu lat, w zdrowiu i chorobie, w paczuli i neroli, latem i zimą. Jest doskonały. Zmienny, bogaty, mocny i mocy dodający, niezwykły i jedyny w swoim rodzaju. Co ja teraz zrobię?

Oprócz zapasów, oczywiście.

 

Z łezką w oku, tradycyjna garść informacji:

Nuty:
głowy: gardenia, migdały [to pewnie wasza wina!, węszę udział histerycznych macek IFRA], amaretto, neroli
serca: irys, jaśmin,  róża bułgarska, piżmo, drzewo cedrowe
bazy: ambra, paczula, benzoes, gorzka czekolada, karmel, wetiwer
Data powstania: 2003
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda toaletowa, woda perfumowana, ekstrakt perfum

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.perfumy.edu.pl


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates