Posts Tagged ‘pieprz’

Lorenzo Villoresi: Piper Nigrum

wtorek, Marzec 10th, 2015

Ten pieprz, och ten pieprz! *-*

Kiedy biorę do ręki [wreszcie własny!] flakon Piper Nigrum, kończy się zawsze tak samo. Jak kot z kocimiętką, jak pies z ekhm, truchłem królika w trawie… Bez umiaru, niczym człowiek pierwotny, z amokiem w oczach mam ochotę się w tych perfumach wytarzać, wykąpać, wypić duszkiem i strzelić w krwioobieg.

.

requiem

 

Piper Nigrum to najkrócej mówiąc zioła doprowadzone do perfumeryjnej perfekcji.

Choć tytułowy pieprz obecny jest stale i na każdym etapie trwania fazy kompozycji, nie powiedziałabym że to on jest tu najważniejszy i najciekawszy… Zdecydowanie największe drżenie serca i tzw. opad majtów powodują u mnie anyż i goździki. Słodkie, balsamiczne i bezkresne. Kiedy raz zapadną w nos, zmysły bezwiednie będą za nimi podążać, nieczułe na inne nuty, piętrzące się w tej ziołowej masie.

Tutaj goździki to kremowa słodycz o barwie ciepłego mahoniu, gładka i apetyczna. Kobieca i zmysłowa.
Goździkowy epos.

.

No ale, ponieważ wypadałoby napisać coś więcej…

Rozgryzając ambitnie pieprzną głębię PN, zachwyca w niej przede wszystkim łagodny i kojący akord suszonych ziół. Mięta, lawenda, lebiodka – wszystkie te przyprawy są same w sobie dość ostre i bardzo łatwe do odróżnienia, ale po wysuszeniu nabierają charakterystycznie miękkiej, przykurzonej słodyczy. Takie właśnie jest serce PN. Kwiaty lawendy schną w dłoniach w ciągu kilku chwil, kruszejąc do popielatego pyłu. Gałka muszkatołowa i drzewny kardamon [tam musi być kardamon!] dodają starodawnej, kuchennej i orientalnej pikanterii. Takie kuchenne retro w wersji drapieżnej; jak kucharz-kochanek, uwijający się po kuchni w fartuszku. Wyłącznie w fartuszku ;]

.

Piszę o sercu zapachu, ale tak naprawdę w przypadku PN to określenie bardzo względne. Piper Nigrum to jednolita, pieczołowicie ukręcona w moździerzu mieszanka ziół i przypraw, w której [poza nokautującym wejściem smoka pieprzem i kardamonem] wszystkie nuty tworzą spójną, bogatą ale niezmienną w czasie kompozycję, w której na dodatek… przykro mówić – zabrakło miejsca na nuty bazy.

Możemy się kłócić i pojedynkować, zdania nie zmienię. W gęstym morzu goździków nie jestem w stanie dosięgnąć do dna tego zapachu. Żadnego cedru, żadnej ambry, żadnych kadzidlanych bobków. Możliwe, że wzburzone morze roztarło miękkie żywice w pył i ślad na zawsze po nich zaginął. Jak kiedyś po jednym neonku w moim akwarium.

 

clove-spice

Nuty:
głowy: dziki anyż, dziki koper, mięta pieprzowa, cytrusy, akordy zielone i iglaste
serca: czarny pieprz, oregano, gałka muszkatołowa, elemi, olibanum, petitgrain, liście goździka, morski rozmaryn, przyprawy
bazy: ambra, styraks, benzoes, balsam peru, mirra, cedr atlaski, nuty drzewne
Data powstania: 1999
Twórca: Lorenzo Villoresi
Koncentracja: woda toaletowa (o mocy wody perfumowanej, nawiasem mówiąc)

 

Gif pochodzi z filmu Requiem dla Snu.
Zdjęcie ze strony pipetea.com

 

P.S. Ciągle podejrzewam skalara.

Opus Oils: Star Fucker

piątek, Wrzesień 12th, 2014

Mówią, że pierwsze skojarzenia są najlepsze.

Więc teraz jedyne co mi chodzi po głowie, kiedy wącham Star Fuckera, to Trent Reznor na tylnym siedzeniu samochodu. W skórze. I makijażu.

libertine

 

Ekhm. To może wrócę do samego zapachu. Który z pewnością najlepiej byłoby wąchać na męskiej skórze, np. Trenta Reznora, bo to kompozycja typowo męska w moim odczuciu.
Lawendowo-aromatyczna, z rześkim, intensywnie cytrusowym akordem, który jest zaskakująco i uparcie trwały, wchodząc aż do serca kompozycji. Dalsze cuda, które dzieją się z tym zapachem, są pewnie winą mojej wysładzającej wszystko skóry…  Chociaż, może tak miało być? Bo pomijając lekko gorzką, cytrusowo-ziołową dżentelmeńską nutę, Star Fucker nie ma w sobie absolutnie nic więcej z dżentelmena.

Im więcej czasu mija, tym bardziej widzę i czuję, że ten rześki, lawendowy paprociowiec był jedynie „przykrywką”, próbą zmylenia pościgu i ofiar. Z daleka widoczna sylwetka eleganckiego mężczyzny we fraku i cylindrze, z bliska okazuje się być ufryzowanym i teatralnie przebranym libertynem z ironicznym uśmiechem na twarzy. Jedno jego spojrzenie, lekki dotyk i wiesz, że to spotkanie zapamiętasz na długo. Może nawet do końca życia. O ile oczywiście przeżyjesz najbliższą noc.

Pod niewinną chmurką świeżutkich, radosnych cytrusków tkwi coś niezwykle gorszącego. Cielesna nuta skórzana, odrobinę fizjologiczna i zwierzęca; ciepła, duszna, jednoznaczna. Może nie aż tak jednoznaczna jak 1740 Markiz de Sade od Histoires de Parfums, ale poczekajcie – jeszcze kilka miesięcy i SF go prześcignie. O więcej niż głowę, if you know what I mean ;>

Co dalej dzieje się z naszym libertynem, trudno powiedzieć. Znika ze skóry dość szybko, zostawiając po sobie ledwo wyczuwalną cytrusową smużkę, którą obsesyjnie usiłuje zatrzeć swoją prawdziwą naturę. Otumaniona i osamotniona, usiłuję sobie przypomnieć co dokładnie działo się przez ostatnie dwie godziny, ale jedyne co tłucze mi się po głowie, to jego słowa…

do not want you to like me

I Trent Reznor w makijażu.

.

Nuty: limonka, zielona mandarynka, esencja cytryny, włoska bergamotka, dzika pomarańcza, absolut kwiatu pomarańczy, lawenda, jaśmin, sandałowiec, iso e super, ambra, wetiwer, oud (agar), mech dębowy
Data powstania: 2012
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda kolońska

.

Pierwszy gif pochodzi ze strony www.tumblr.com
Drugi gif: alysonwonder.tumblr.com

Hermès: Terre Pure Perfume

piątek, Lipiec 20th, 2012

Jeśli nie chcesz mojej zguby,
Amouage’a kup mi, luby!

Do takiego właśnie wniosku doszłam niedawno z pewnym czarującym mężczyzną, w trakcie rozmowy o serii bibliotecznej Amouage. Przez Opus VI do serca [Nishy] ;]

Żarty żartami, ale jakiś czas później zaczęłam się zastanawiać, czy jest jakiś zapach który działałby na mnie równie mocno i który – noszony przez mężczyznę – trafiłby we mnie, wraz z osobą mu towarzyszącą, jak szczała Amora. Lub piorun – w wersji bardziej optymistycznej.
Bo Opus VI jest tylko mój. Pamiętajcie!

 

Tylko jak ten szczał sprawdzić? Na moim drogim Drugim Połówku? On nie musi mieć na sobie perfum, żeby na mnie działać… On w zasadzie nic na sobie mieć nie musi…

Ekhm, wracając do problemu. Dumałam, ryjąc w próbkach i odlewkach, aż w końcu mnie olśniło. Po kiego szukać daleko i głęboko w niszy, skoro najlepszy przykład mam tuż obok siebie? Dosłownie.

Yup.
Terre d’Hermès.

Uwielbiam Hermèsa. Uwielbiam jego charakterystyczną nutę, która jak filigranowy podpis w rogu obrazu, jest zauważalna w większości kompozycji. Za ten efekt w dużej mierze odpowiedzialny jest Jean-Claude Ellena, ale ta powtarzalność wyjątkowo mi się nie nudzi. Hermès to Hermès. Kocham go.


Terre
w wersji skoncentrowanej po prostu miażdży. Mocą, pieprzną zielonością, specyficznie kwaśnawym wetiwerem i gęstą słodyczą lekko pudrowych, ale nadal mocno drzewnych ziół. Między roślinami wyczuwalny nilowy ogródek, bo czemu nie. I ta żywiczna kremowość w bazie, bogowie!
Tak, to bierze Nishę.

Otwarcie jest bardzo… szybkie. Cytrusy trwają z siedem sekund, czyli pewnie tyle ile na mnie w spotkaniu z mężczyzną-w-Terre trwałoby ubranie.
Grzecznie, nie narzekając na swoją przykrótką rolę, ustępują miejsca nasłonecznionej, łąkowej zieloności ziół. Rozmaryn, geranium, grejpfrut, wetiwer, pieprz [duużo pieprzu] –  serce należy do nich.
W głębi starzejącego się serca, nagrzaną słońcem łąkę wita chłodny wieczór, cień drzew i wilgoć pobliskiego, górskiego strumienia. Mokry mech, kora drzew, ciemnozielone liście… Baza jest coraz ciemniejsza i słodsza, a jednocześnie – coraz bardziej „męska”, ostra. Mimo wszystko, Terre nosi mi się wyśmienicie. Dla tego zapachu nie ma złej skóry.

I co najbardziej mnie zadziwia: mimo że Terre sprzedaje się lepiej niż ciepłe bułeczki, nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek wyczuła go na jakimś anonimowym przechodniu. Nie, na pewno nie mogłam – inaczej pisali by o mnie w gazetach: „Związała i wykorzystała!”, „Przerażeni mężczyźni boją się wychodzić z domów po zmroku. Bary świecą pustkami!”. Nieee, na pewno nie miałam przyjemności.

A szkoda :}
To najlepszy zapach dla faceta; genialnie stapia się ze skórą, genialnie ewoluuje i doprowadza mnie do szaleństwa. Hermesowa perfekcja.

 

Nuty: grejpfrut, pomarańcza, krzemień, pieprz, oleander [bay rose – ?], geranium, wetiwer, paczula
Data powstania: 2009
Twórca: Jean-Claude Ellena
Koncentracja: perfumy

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.dandiz.fr

Rancé 1795: Triomphe Millesime

czwartek, Lipiec 5th, 2012

Od godziny siedzę w oparach Triomphe i uroczyście oświadczam, że Napoleon miał dobry gust. A pani Jeanne ma niezaprzeczalny talent, skoro stworzyła coś tak uroczego z irysem w roli [prawie że] głównej.

 

Nie radzę sugerować się składem nutowym. Ani przydzieloną rodziną zapachową, Triomphe to zdecydowanie bardziej zapach aromatyczny niż fougere. Do jego najbliższych krewnych zaliczyłabym Musk Etro, który nabiera podobnie pieprzno-piżmowych nut. I jest podobnie… unisexowy.
Ciekawe, co by na to powiedział Napoleon ;]

 

 

Początek nie zachwyca, jak to często niestety bywa. Irysowy proszek do prania kręci w nosie, a kwiat pomarańczy wydaje się być welurową imitacją prawdziwego kwiatu pomarańczy. A może mam przesyt po Kurkdjianie?
Syntetyczne, na siłę świeże nuty głowy szybko uciekają, zwalniając scenę dla pieprzu – a ten jest nad wyraz udany. Wyczuwalny, ale nie za ostry, złagodzony zielonym, wytrawnym irysem i wetiwerowo-ziemistymi nutami drzewnymi. Na tym etapie Triomphe ma dużo wspólnego z 1681 Carthusii. Kadzidła nie wyczuwam, choć może to ten wetiwerowy w moim odczuciu dymek. Jest ciekawie i spokojnie, bez wybuchów, fajerwerków czy zbędnych popisów.

A potem robi się absolutnie błogo.
Irys coraz bardziej drewnieje, pieprz wietrzeje i ostatecznie, jak po podmuchu gorącego wiatru na pustyni, rozwiewa się. Pozostaje rozgrzany piasek i kawałki wysuszonych drzew. I to drewienkowe piżmo! Właśnie takie jak w Musk Etro, suche, ani trochę pudrowe czy kwiatuchowe, ze wspomnieniem pieprzu i cieniem geranium, apetycznie przyprawowe, no ach. I tak trwa.

 

Muszę ze skruchą przyznać się, że markę Rancé omijałam zawsze szerokim łukiem, ale odkąd pojawiła się seria Riche z boskim Pres de Toi na czele, wpadłam w rance’owy wir z jak najbardziej pozytywnymi skutkami.
A zatem – to jeszcze nie koniec!

 

Nuty:
głowy: bergamotka, neroli, czarny pieprz
serca: irys florencki, kadzidło
bazy: drzewo sandałowe, drzewo cedrowe, wetiwer, piżmo
Data powstania: 2009
Twórca: Jeanne Sandra Rancé [pierwowzór autorstwa Français Rancé]
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.woodfordes-perfumery.co.uk


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates