Posts Tagged ‘przyprawy’

Olfactive Studio: Close up

środa, Marzec 29th, 2017

Nieczęsto dodaję nowe wpisy, bo choć często mnie coś zachwyca [albo obrzydza ;], to nie zawsze mam czas i pomysł jak to opisać. A nie umiem na siłę, wszelkie próby zmuszania się [na każdym polu] do czegokolwiek kończą się spektakularną porażką.

Zapach musi sam do mnie przemówić.

A wtedy najczęściej, bez zbędnej kultury osobistej, wrzeszczy „kup mnie!!!”.

.

Uwaga, tradycyjny akapit samoumartwiania.
Jakoś w okolicach Ombre Indigo straciłam zapał do Olfactive Studio. Panorama (brr, kiszonka) i Selfie (brr, nazwa) dobiły temat szpadlem. Na śmierć. Potem na czas jakiś wypadłam z obiegu, raz tylko wywracając oczami na wieść, że marka będzie zmieniać flakony (po co, skoro miała tak spójną wizję: że klisza, że obiektyw, że stary papier do opisywania zdjęć, po co?!) – a więc dalsze dobijanie martwego szpadlem… No bo naprawdę, nie wiem na co spuścić grubszą kurtynę milczenia, na ten klekoczący metal przy korku czy wypukłe koła z tyłu flakonu?
Ale już, miej litość kobieto, koniec tego sadystycznego kopania leżącego, tym bardziej że zawartość czeka na swoją kolej.

A zawartość to już inna bajka. Taka z happy endem i tańcem przy świetle księżyca.

.

Close up kojarzy mi się ze starymi, amerykańskimi komediami. Czarno-biały klimat Pół żartem, pół serio czy Filadelfijskiej opowieści. Lekko, inteligentnie (co obecnie w komediach jest rzadkością), z perfekcyjną grą aktorską i dykcją, z gracją i czarem. Te filmy pachną mi Close up.

Zapach oczarowuje od pierwszego spotkania i pierwszych sekund na skórze.
Dojrzałe wiśnie otoczone w pudrze z tonki i upaćkane miodem, nie tracą swojej rześkiej kwaskowości przez całą, trwającą w nieskończoność, kompozycję. Jak w filmie, po wiśniowym otwarciu pojawia się główny bohater. Popijając poranną kawę, wyperfumowany swoją korzenną wodą kolońską, z różą w butonierce, nienagannymi manierami i uśmiechem łobuza… pozornie nic nie robiąc, rzuca na kolana. Jest słodki i kochany, ale też chłodny i surowy.

Bo niby słodko-cierpkie, deserowe wiśnie wyczuwalne są cały czas, ale nie dominują ani nie „ubanalniają” kompozycji: kawa, róża, przyprawy i nuty tabakowo-skórzane pojawiają się i umykają. Jak u Heisenberga. Wyczuwasz jedną, gubisz pozostałe, i znowu musisz je wyławiać z wiśniowego sosu, podjadając po trochu.

Same dobre (żeby nie powiedzieć pyszne) nuty. Świetnie leży, świetnie się nosi, ma zabójczą trwałość i moc, zwraca uwagę i się podoba się, na tyle mocno, że muszę się odganiać od zainteresowanych bliższym spotkaniem z Close up.


Ten zapach coś w sobie ma. Nie tylko genialny skład w genialnych proporcjach.
On genialnie mnie uzależnia… Wrzeszcząc, bez śladu zażenowania, „kup mnie!!!”.

.

Nuty:
głowy: kawa, przyprawy, wiśnia
serca: róża, biały tytoń, paczula, cedr atlaski
bazy: ambra, piżmo, bób tonka
Data powstania: 2016
Twórca: Annick Menardo
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie pochodzi z materiałów reklamowych Olfactive Studio.
A gif jak mi ktoś powie, skąd, to ma u mnie dużą próbkę Close up!

Orto Parisi: Boccanera

wtorek, Styczeń 12th, 2016

Nadal istnieję! I nadal wącham. Tylko za dużo się działo i w sumie nadal dzieje się więcej, niż potrzeba ;] Więc jeszcze zanim mi odbije i zacznę kisnąć z zachwytu nad tym, jak to cudownie pachnie moje własne dziecko oraz wszystko, co z siebie wyprodukuje – postaram się napisać coś o perfumach.

A właśnie, są tu jacyś fani Gualtieri? Tak? O, to sory ^^

boccanera

Ogólnie z perfumami Alessandro mam trudne relacje.
Jego pierwsza marka – Nasomatto, jej szata graficzna [drewniane korki wielkości samego szklanego flakonu ♥] i gęste, zaskakujące zapachy – bardzo mi się podobają. W szczególności uwielbiam narkotyczny i seksualny Narcotic Venus vel Narcotic V., drzewno-pyszny Pardon i zielony od piołunu Absinth. Potem zaczęły się cyrki z dostępnością Black Afgano [którego szału do tej pory nie rozumiem], potem jeszcze większe cyrki z dostępnością próbek; zmienianie filozofii i otoczki wokół zapachów, a dokładnie zakaz mówienia o składnikach; no telenowela!

A potem pojawiło się Orto Parisi i cały czar prysł. To znaczy, sama nie wiem. [Uwaga, będzie rozkmina.]

Już od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy perfumiarza [w szczególności niszowego] na pewno można nazywać artystą? No bo zobaczcie, każdy artysta ma swój styl. Szczególnie ci najwięksi i najbardziej rozpoznawalni mają tak charakterystyczną kreskę, że nie pomyli się ich z nikim innym. Ich obrazy mogą przedstawiać różne miejsca, postacie, przedmioty… Każdy jest inny, a jednak – no właśnie, jednak od razu wiadomo, że każdy wyszedł spod tego czy tamtego pędzla.

A perfumiarz? Pomijając wyjątkowość Jean-Claude Elleny, ciężko znaleźć nosa, który tworzyłby wyjątkowe i wybitne zapachy, mimo wszystko zachowując swój unikalny styl. Perfumiarz, który się powtarza, staje się nudny i przewidywalny – wąchając trzeci podobny-do-już-istniejącego zapach ma się wrażenie, że albo odwala manianę albo stara się łatwo i szybko zarobić.
Gdzie jest ta cienka perfumowa granica pomiędzy „charakterystycznym czymś” a „powtarzalnością”?

Ok, to może teraz – uśpiwszy wszystkie dwie osoby, które weszły na mojego bloga i wytrwały do połowy wpisu – przejdę do rzeczy. Nie bez powodu zrobiłam tak długi wstęp, albowiem ponieważ bo – mam właśnie taki problem z Alessandro Gualtierim.
Wąchając i oglądając materiały prasowe do Orto Parisi, odnoszę wrażenie że oto oryginalny i czasem szokujący artysta-perfumiarz zmienił się w kota, który naćpał się kocimiętką i świruje. Zachłysnął się własną sławą i przestał tak naprawdę tworzyć, a zaczął odtwarzać. Ja wiem że seks, wszelkie dwuznaczności, etc. się dobrze sprzedają; ale to już staje się zbyt nachalne i oczywiste w swojej podtekstowości.
No wiecie, jak w tym skeczu Monty Pythona

.

A więc, Boccanera. Spodobała mi się nazwa – skojarzyła mi się z habanerą, dopiero później doszukałam się tego bardzo hm, oczywistego tłumaczenia.
No więc, Boccanera. Mroczna dziurka. Pardon, ciemne usta. Choć biorąc pod uwagę zdjęcie do zapachu, to jednak moje pierwsza tłumaczenie bardziej tu pasuje. A to i tak lepsze, niż znaczenie łacińskiego słowa stercus
Boccanera, czyli zróbmy sobie drugie Black Afgano.

philadelphia story gif

Szałłłowo.
Aż zastanawiam się, czy na tym nie zakończyć recenzji.

Boccanera nie jest zapachem złym. To dymny, słodko-gorzki eliksir, gęsty i charakterny. Ma w sobie chropowatość opalonych nad ogniem kawałków drewna i masochistyczną słodycz cierpko-gorzkiego kakao. Oblepia skórę na wiele godzin, choć w dość jednostajny sposób. Jest piękny, ale nadal… to klon Black Afgano.
Tego się nie da nazwać „charakterystycznym stylem”, tak jak obecnej władzy nie można nazwać dorosłą demokracją. To raczej przeniesienie zabawek do nowej piaskownicy i czekanie na piniąszki, które niedługo wpłyną na konto za nowe dzieło.

Więcej energii z siebie nie wykrzeszę, a jad na bieżąco staram się odsączać. Nie wypada tak po długim powrocie brutalnie po kimś jechać; bo widz odzwyczajony szoku dostanie i ucieknie. I stracę tych dwóch czytelników na zawsze ;D

.

Nuty: tajemna tajemnica!
Data powstania: 2014
Twórca: Alessandro Gualtieri
Koncentracja: perfumy

Zdjęcie pochodzi ze strony ortoparisi.com
A gif z filmu Filadelfijska Opowieść z 1940 roku [Katharine Hepburn, Cary Grant i James Stewart, aaa! ♥]

Frapin: Nevermore

wtorek, Lipiec 21st, 2015

Czasem zdarza się, że w coś się wpadnie i choć zachwyca to i emocjonalnie poniewiera, to brakuje słów, żeby wszystkie emocje opisać. W ciągu ostatnich kilku miesięcy zdarzyło mi się trzykrotnie wpaść po uszy i planuję wszystkie te obsesyjne miłości dzielnie spisać… Choć wszyscy wiemy, jak się u mnie kończą wszelkie obietnice dotyczące częstotliwości dodawania wpisów :3

 

dark-brown-flourish-border-line-hi.

Nie pamiętam już, kiedy po raz pierwszy przeczytałam o Nevermore, ale dokładnie pamiętam to uczucie: wiedziałam że będzie mój. Składu nie musiałam nawet czytać [i co właśnie z zaskoczeniem sobie uświadomiłam, nie pamiętam go do dziś] – nazwa, jak przystało na osobę od kilkunastu lat zakochaną w Edgarze Allanie Poe i jego dziełach, przesądziła sprawę i mój los. Przepadłam, zanim go jeszcze powąchałam.

Zastanawiam się, z której strony podejść do Nevermore, bo aż kusi, żeby zanurzyć się w „Kruku” E.A. Poe, ba, zanurzyć się w całej jego poezji i jak Vincent z filmiku Tima Burtona, już z niej nie wypływać. Ale ten zapach, choć melancholijny, nie jest wcale mroczny. Nie ma w nim horroru ani fantastyki, żadnych romantycznych i tragicznych tajemnic… Jest za to senne przemijanie i zapomnienie.

.
dach2

Nevermore pachnie jak stary, zapomniany kościółek gdzieś na skraju równie starej i zapomnianej drogi. Próchniejące stropy powoli, ale nieubłaganie tracą swoje cenne malowidła, ściany pokrywają się wilgocią i zieloną tapetą z mchów i porostów. Zniszczenia są wszechobecne, ale nadal wyglądają i pachną pięknie…

Pachną starym – przez lata okadzonym i zabalsamowanym palonymi żywicami oraz pastami konserwującymi – drewnem. Ciepłym, miękkim drewnem, przetykanym świeżo kiełkującą zielenią nieubłaganej natury, która koniec końców zawsze zwycięży. Przesyconym kadzidlanym dymem i przykurzonym drewnem, w którym tli się jeszcze aromat świeżo ściętych i oheblowanych desek, na których perliła się kiedyś żywica.
Starym drewnem, który pamięta jeszcze swoją młodość i siłę.

To najpiękniejszy drewniany [nie drzewny] zapach, jaki kiedykolwiek wąchałam i miałam przyjemność nosić. Ciepły i pylisty, a jednocześnie balsamiczny. Stary i zielony, smutny i napawający radosnym wzruszeniem. Ma w sobie coś z dzieciństwa, i to sądzę że dzieciństwa każdego z nas. Przytulny i kojący, wzbudza szacunek i zachwyt.

I tu chyba mogę wrócić do melancholijnego kruka, który uparcie wypowiadał tylko jedno słowo. Jest jak Nevermore: nieubłagany, dostojny, piękny, idealnie spojony z naturą. I już na zawsze, dzięki wierszom E.A. Poe – melancholijny.

 crow1

Nuty: aldehydy, czarny pieprz, gałka muszkatołowa, szafran, róża, ambra, cedr
Data powstania: 2014
Twórca: Anne-Sophie Behaghel
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie pochodzi z bloga liskamonet.blogspot.com
Gif – z serwisu tumblr.com

Lorenzo Villoresi: Piper Nigrum

wtorek, Marzec 10th, 2015

Ten pieprz, och ten pieprz! *-*

Kiedy biorę do ręki [wreszcie własny!] flakon Piper Nigrum, kończy się zawsze tak samo. Jak kot z kocimiętką, jak pies z ekhm, truchłem królika w trawie… Bez umiaru, niczym człowiek pierwotny, z amokiem w oczach mam ochotę się w tych perfumach wytarzać, wykąpać, wypić duszkiem i strzelić w krwioobieg.

.

requiem

 

Piper Nigrum to najkrócej mówiąc zioła doprowadzone do perfumeryjnej perfekcji.

Choć tytułowy pieprz obecny jest stale i na każdym etapie trwania fazy kompozycji, nie powiedziałabym że to on jest tu najważniejszy i najciekawszy… Zdecydowanie największe drżenie serca i tzw. opad majtów powodują u mnie anyż i goździki. Słodkie, balsamiczne i bezkresne. Kiedy raz zapadną w nos, zmysły bezwiednie będą za nimi podążać, nieczułe na inne nuty, piętrzące się w tej ziołowej masie.

Tutaj goździki to kremowa słodycz o barwie ciepłego mahoniu, gładka i apetyczna. Kobieca i zmysłowa.
Goździkowy epos.

.

No ale, ponieważ wypadałoby napisać coś więcej…

Rozgryzając ambitnie pieprzną głębię PN, zachwyca w niej przede wszystkim łagodny i kojący akord suszonych ziół. Mięta, lawenda, lebiodka – wszystkie te przyprawy są same w sobie dość ostre i bardzo łatwe do odróżnienia, ale po wysuszeniu nabierają charakterystycznie miękkiej, przykurzonej słodyczy. Takie właśnie jest serce PN. Kwiaty lawendy schną w dłoniach w ciągu kilku chwil, kruszejąc do popielatego pyłu. Gałka muszkatołowa i drzewny kardamon [tam musi być kardamon!] dodają starodawnej, kuchennej i orientalnej pikanterii. Takie kuchenne retro w wersji drapieżnej; jak kucharz-kochanek, uwijający się po kuchni w fartuszku. Wyłącznie w fartuszku ;]

.

Piszę o sercu zapachu, ale tak naprawdę w przypadku PN to określenie bardzo względne. Piper Nigrum to jednolita, pieczołowicie ukręcona w moździerzu mieszanka ziół i przypraw, w której [poza nokautującym wejściem smoka pieprzem i kardamonem] wszystkie nuty tworzą spójną, bogatą ale niezmienną w czasie kompozycję, w której na dodatek… przykro mówić – zabrakło miejsca na nuty bazy.

Możemy się kłócić i pojedynkować, zdania nie zmienię. W gęstym morzu goździków nie jestem w stanie dosięgnąć do dna tego zapachu. Żadnego cedru, żadnej ambry, żadnych kadzidlanych bobków. Możliwe, że wzburzone morze roztarło miękkie żywice w pył i ślad na zawsze po nich zaginął. Jak kiedyś po jednym neonku w moim akwarium.

 

clove-spice

Nuty:
głowy: dziki anyż, dziki koper, mięta pieprzowa, cytrusy, akordy zielone i iglaste
serca: czarny pieprz, oregano, gałka muszkatołowa, elemi, olibanum, petitgrain, liście goździka, morski rozmaryn, przyprawy
bazy: ambra, styraks, benzoes, balsam peru, mirra, cedr atlaski, nuty drzewne
Data powstania: 1999
Twórca: Lorenzo Villoresi
Koncentracja: woda toaletowa (o mocy wody perfumowanej, nawiasem mówiąc)

 

Gif pochodzi z filmu Requiem dla Snu.
Zdjęcie ze strony pipetea.com

 

P.S. Ciągle podejrzewam skalara.

Opus Oils: Star Fucker

piątek, Wrzesień 12th, 2014

Mówią, że pierwsze skojarzenia są najlepsze.

Więc teraz jedyne co mi chodzi po głowie, kiedy wącham Star Fuckera, to Trent Reznor na tylnym siedzeniu samochodu. W skórze. I makijażu.

libertine

 

Ekhm. To może wrócę do samego zapachu. Który z pewnością najlepiej byłoby wąchać na męskiej skórze, np. Trenta Reznora, bo to kompozycja typowo męska w moim odczuciu.
Lawendowo-aromatyczna, z rześkim, intensywnie cytrusowym akordem, który jest zaskakująco i uparcie trwały, wchodząc aż do serca kompozycji. Dalsze cuda, które dzieją się z tym zapachem, są pewnie winą mojej wysładzającej wszystko skóry…  Chociaż, może tak miało być? Bo pomijając lekko gorzką, cytrusowo-ziołową dżentelmeńską nutę, Star Fucker nie ma w sobie absolutnie nic więcej z dżentelmena.

Im więcej czasu mija, tym bardziej widzę i czuję, że ten rześki, lawendowy paprociowiec był jedynie „przykrywką”, próbą zmylenia pościgu i ofiar. Z daleka widoczna sylwetka eleganckiego mężczyzny we fraku i cylindrze, z bliska okazuje się być ufryzowanym i teatralnie przebranym libertynem z ironicznym uśmiechem na twarzy. Jedno jego spojrzenie, lekki dotyk i wiesz, że to spotkanie zapamiętasz na długo. Może nawet do końca życia. O ile oczywiście przeżyjesz najbliższą noc.

Pod niewinną chmurką świeżutkich, radosnych cytrusków tkwi coś niezwykle gorszącego. Cielesna nuta skórzana, odrobinę fizjologiczna i zwierzęca; ciepła, duszna, jednoznaczna. Może nie aż tak jednoznaczna jak 1740 Markiz de Sade od Histoires de Parfums, ale poczekajcie – jeszcze kilka miesięcy i SF go prześcignie. O więcej niż głowę, if you know what I mean ;>

Co dalej dzieje się z naszym libertynem, trudno powiedzieć. Znika ze skóry dość szybko, zostawiając po sobie ledwo wyczuwalną cytrusową smużkę, którą obsesyjnie usiłuje zatrzeć swoją prawdziwą naturę. Otumaniona i osamotniona, usiłuję sobie przypomnieć co dokładnie działo się przez ostatnie dwie godziny, ale jedyne co tłucze mi się po głowie, to jego słowa…

do not want you to like me

I Trent Reznor w makijażu.

.

Nuty: limonka, zielona mandarynka, esencja cytryny, włoska bergamotka, dzika pomarańcza, absolut kwiatu pomarańczy, lawenda, jaśmin, sandałowiec, iso e super, ambra, wetiwer, oud (agar), mech dębowy
Data powstania: 2012
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda kolońska

.

Pierwszy gif pochodzi ze strony www.tumblr.com
Drugi gif: alysonwonder.tumblr.com

Piotr Czarnecki: Sensei EdT, EdP, EXT

piątek, Wrzesień 12th, 2014

O ile jeszcze jakiś czas temu pytałabym „czy ktoś jeszcze nie zna Sensei?”, tak teraz powinnam raczej spytać „czy ktoś jeszcze nie ma Sensei?!” ;] Zapach ten, o którym miałam już okazję pisać, podskakując na krześle jak nastolatka na koncercie Timberlake’a; zrobił absolutną furorę. Zawojował nie tylko polskich perfumoholików, ale i zagranicznych, ba! pojawił się nawet na Luckyscent. Nie potrafię Wam opisać wewnętrznej dumy, która mnie rozpiera, kiedy widzę jaką sławę i uznanie zdobywa zapach Piotra Czarneckiego.

Bo naprawdę, wcale mnie to nie dziwi.
Pomijając aspekty wizualne, czyli piękny [i nieco steampunkowy, ale ja mam zboczenie, więc wiecie…] flakon i korek oraz klimatyczne pudełko, zapach od samego początku – zachwyca. Z moich wieloletnich poszukiwań i testów jasno wynika, że niestety ale ciężko jest znaleźć perfumy, które mając w sobie tyle mocnych, słodkich i ciężkich składników, są noszalne i nadają się „do ludzi” ;] I w których naprawdę można wyczuć i kawę, i cynamon, i żywice, i puchatą ambrę, a nie morderczą kakofonię.

To co, kawa kawusia, siądźmy wygodnie i przejdźmy do części najprzyjemniejszej…

mielona kawa

 

Zacznę od wody toaletowej, która wcale taka toaletowa nie jest. Od początku dominuje tu miękki i lekko wilgotny od świeżości, słodki i korzenny piernik. Z orzechami włoskimi i gorzką czekoladą na wierzchu. W zasadzie to zastanawiam się czy „dominuje” jest dobrym określeniem, skoro poza piernikiem niczego tam nie ma… Ok, odrobina białej czekolady i chyba lukier cytrynowy. A poza tym dużo, dużo piernika. Czy wspominałam o pierniku?

piernik

 

Woda perfumowana to mój faworyt.
Wyobraźcie sobie ciacho z wersji EdT, ale nasączone alkoholem. Duuużą ilością alkoholu. Na przykład całą butelką. Jest tu również i polewa czekoladowa, ale grubsza, miękka i lśniąca [nie ma mowy o żadnym produkcie czekoladopodobnym]. W powietrzu unosi się aromat goździków, słodkich owoców i świątecznego oczekiwania na ten cudowny moment, kiedy wreszcie nastanie godzina zero vel „koryto” i będzie można napchać się uszek po uszka.

Tak, skojarzenie mam jednoznaczne – z grudniowymi świętami. Na tyle mocne, że wąchając Sensei EdP, czuję w brzuchu motylki, jak kiedyś, kiedy jako dzieciak nie mogłam się nazachwycać świąteczną atmosferą, jedzeniem na stole, ciepłymi światełkami na choince i oczekiwaniem na prezenty [no ba!].

choinka

 

Jedna kropka ekstraktu Sensei i staję się cynamonową dziewczyną, o której absolutnie boskim niskim głosem śpiewał kiedyś Peter Steele. Dwie krople – i dziewczyna zmienia się w demona.
Ten zapach ma niebywałą gęstość i moc, a jednocześnie ma w sobie przestrzeń i nadal ładnie się zmienia. Cynamon, w otwarciu suchy i pylisty, łagodnieje i nabiera bardziej korzennych, „świątecznych” nut, do głosu dochodzi śliwkowy susz na kompot i pierniki w czekoladzie. Jest słodko i apetycznie, nic tylko wpić zęby w szyję, ale nie mdło ani ociężale-pudrowo.

Nie mogę się doczekać zimowych, smętnych wieczorów, kiedy to ekstrakt Sensei będzie mnie rozgrzewać i rozjaśniać od środka, jak przyprawiona i słodka kawa :)

Chyba nie muszę dodawać, jaka jestem szczęśliwa że mam swój flakon Sensei?

.

Nuty: whiskey, kawa, tabaka, pieprz, cynamon, kadzidło, mirra, akord przypraw, ambrette, labdanum, benzoes, ambra, piżmo
Data powstania: 2013
Twórca: Piotr Czarnecki
Koncentracja: woda toaletowa, woda perfumowana, ekstrakt perfum

.

Kawowy gif pochodzi ze strony rebloggy.com
Pyszny piernik z www.telegraph.co.uk
Choinka od środka z naczytane.blog.pl

L’Artisan Parfumeur: Aedes de Venustas

czwartek, Marzec 6th, 2014

Załóżmy roboczo, że [podobnie jak Muminki] Nisha zapadła w sen zimowy i obudziła się dopiero wiosną…

willy wonka

… żeby od razu popaść w egzystencjonalne zwątpienie, spowodowane rosnącą zawartością perfumowej kolekcji [co nie uwalnia wbrew pozorom od codziennych dylematów pt. „nie mam czym pachnieeeeć”] i również rosnącym poziomem absurdu na świecie. Ale nie o tym miałam.

Wróćmy do szafy.

narnia

Perfumowej szafy!

.
.

Jak pewnie zauważyliście, miewam różne zapachowe ześwirowania. Lista chciejstw zmienia się jak w kalejdoskopie, choć przeważnie, jak przystało na nosicielkę wirusu mamoniozy, są to rzeczy które już znam i lubię. I oczywiście – mam.
Ale na tej liście są też pozycje od wielu lat niezmienne, w wielu przypadkach nie-do-zdobycia albo zwyczajnie poza moim finansowym zasięgiem. Jednym z takich zapachów był, jak sądziłam, Aedes de Venustas – limitowany l’artisanowy kadzidlak, stworzony dla tytułowego butiku. Naczytałam się o nim, ooo, ileż się naczytałam i ileż to razy brodę ocierałam, bo mi pociekło. Potem w końcu AdV poznałam i oczywiście było jeszcze gorzej.

A teraz, od dwóch dni, mam własny flakon.

Choć w ręce moje wpadł we wtorek koło południa [Escritoro, będę Ci wdzięczna do śmierci!], dopiero przed chwilą zebrałam się na odwagę porwania folii i wyjęcia mojego skarbu z pudełka.

wonka2

Yup.

 

Przypomnijcie sobie wszystko, co przeczytaliście o Aedes de Venustas i dodajcie do tego „Nisha czuje, że”. Ten zapach jest bardzo prosty w odbiorze; nuty są wyraziste i tak zgrabnie wykaligrafowane, że każdy je rozpozna i odczyta bez problemu. Tu nie ma miejsca na teoretyzowanie i kombinowanie.

Dużo pomarańczy, delikatne kyotowe kadzidło, przestrzeń. Słodycz [męskiego] Jubilation XXV, pieprzność Cristal de Roche, soczystość Seville a l’Aube. Otwarcie może nieco odrzucić lub zmigrenić [lub zastosować atak podwójny], ze względu na dość intensywne i gryzące połączenie mdlącego opoponaksu i słodkiego kardamonu. Na szczęście szybko łagodnieje, przechodząc w uroczy, „noszalny” i wygodny dymek. Dymek z pomarańczowym soczkiem i ciepłą, przytulną słodyczą gładkich lśniących żywic.

AdV jest łagodny i przyjemny. Nieprzekombinowany.
Kadzidlany, ale nie gryzący tak, że aż oczy łzawią.
Słodki, ale nie oblepiający gęstymi sokami albo morderczymi kwiatami.
Ciepły, jak tlące się żywice.
Leniwy.

 

Trochę jestem zaskoczona, że wcześniej nie zauważyłam podobieństwa do Jubilation XXV, skupiona na skojarzeniu z Kyoto. Tymczasem na skórze to połączenie obu powyższych kadzideł [które nawiasem mówiąc, jak przystało na nosicielkę wirusu mamoniozy, oczywiście że już mam -.-].

Nie zmienia to faktu, że jestem przeszczęśliwa. Marzyłam o własnym flakonie AdV, pięknym, fioletowo-dymnym i matowym, z apetycznie kadzidlaną zawartością… Marzenia się czasem spełniają! Czego i Wam życzę :)

 

aedes de venustas

Nuty:
głowy: pomarańcza, różowy pieprz, kardamon, kadzidło
serca: pieprz, róża, irys, cedr
bazy: paczula, kawa, opoponaks, benzoes [kocham benzoes!], mech dębowy
Data powstania: 2008
Twórca: Bertrand Duchaufour
Koncentracja: woda perfumowana

.

Gify z odmętów internetu, a piękne zdjęcie flakonu – z Fragrantiki.


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates