Posts Tagged ‘pyszności’

Olfactive Studio: Close up

środa, Marzec 29th, 2017

Nieczęsto dodaję nowe wpisy, bo choć często mnie coś zachwyca [albo obrzydza ;], to nie zawsze mam czas i pomysł jak to opisać. A nie umiem na siłę, wszelkie próby zmuszania się [na każdym polu] do czegokolwiek kończą się spektakularną porażką.

Zapach musi sam do mnie przemówić.

A wtedy najczęściej, bez zbędnej kultury osobistej, wrzeszczy „kup mnie!!!”.

.

Uwaga, tradycyjny akapit samoumartwiania.
Jakoś w okolicach Ombre Indigo straciłam zapał do Olfactive Studio. Panorama (brr, kiszonka) i Selfie (brr, nazwa) dobiły temat szpadlem. Na śmierć. Potem na czas jakiś wypadłam z obiegu, raz tylko wywracając oczami na wieść, że marka będzie zmieniać flakony (po co, skoro miała tak spójną wizję: że klisza, że obiektyw, że stary papier do opisywania zdjęć, po co?!) – a więc dalsze dobijanie martwego szpadlem… No bo naprawdę, nie wiem na co spuścić grubszą kurtynę milczenia, na ten klekoczący metal przy korku czy wypukłe koła z tyłu flakonu?
Ale już, miej litość kobieto, koniec tego sadystycznego kopania leżącego, tym bardziej że zawartość czeka na swoją kolej.

A zawartość to już inna bajka. Taka z happy endem i tańcem przy świetle księżyca.

.

Close up kojarzy mi się ze starymi, amerykańskimi komediami. Czarno-biały klimat Pół żartem, pół serio czy Filadelfijskiej opowieści. Lekko, inteligentnie (co obecnie w komediach jest rzadkością), z perfekcyjną grą aktorską i dykcją, z gracją i czarem. Te filmy pachną mi Close up.

Zapach oczarowuje od pierwszego spotkania i pierwszych sekund na skórze.
Dojrzałe wiśnie otoczone w pudrze z tonki i upaćkane miodem, nie tracą swojej rześkiej kwaskowości przez całą, trwającą w nieskończoność, kompozycję. Jak w filmie, po wiśniowym otwarciu pojawia się główny bohater. Popijając poranną kawę, wyperfumowany swoją korzenną wodą kolońską, z różą w butonierce, nienagannymi manierami i uśmiechem łobuza… pozornie nic nie robiąc, rzuca na kolana. Jest słodki i kochany, ale też chłodny i surowy.

Bo niby słodko-cierpkie, deserowe wiśnie wyczuwalne są cały czas, ale nie dominują ani nie „ubanalniają” kompozycji: kawa, róża, przyprawy i nuty tabakowo-skórzane pojawiają się i umykają. Jak u Heisenberga. Wyczuwasz jedną, gubisz pozostałe, i znowu musisz je wyławiać z wiśniowego sosu, podjadając po trochu.

Same dobre (żeby nie powiedzieć pyszne) nuty. Świetnie leży, świetnie się nosi, ma zabójczą trwałość i moc, zwraca uwagę i się podoba się, na tyle mocno, że muszę się odganiać od zainteresowanych bliższym spotkaniem z Close up.


Ten zapach coś w sobie ma. Nie tylko genialny skład w genialnych proporcjach.
On genialnie mnie uzależnia… Wrzeszcząc, bez śladu zażenowania, „kup mnie!!!”.

.

Nuty:
głowy: kawa, przyprawy, wiśnia
serca: róża, biały tytoń, paczula, cedr atlaski
bazy: ambra, piżmo, bób tonka
Data powstania: 2016
Twórca: Annick Menardo
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie pochodzi z materiałów reklamowych Olfactive Studio.
A gif jak mi ktoś powie, skąd, to ma u mnie dużą próbkę Close up!

Montale: So Iris Intense

niedziela, Marzec 5th, 2017

Są takie zapachy, po poznaniu których ma się ochotę zapalić papierosa.


If you know what I mean.

.

Przyznam się Wam, że już od dłuższego czasu nie spodziewa(ła)m się po Montale niczego. Brak oczekiwań = brak rozczarowań, co w przypadku coraz większej ilości niszowych perfum okazuje się wychodzić na zdrowie dla moich nerwów i ambicji. Montale zaczął iść w ilość, pakując zapachy do coraz bardziej szkaradnych kolorystycznie flakonów (spodziewałam się, że po gradientowym złoto-różusiu nie może być nic gorszego, ale wtedy pojawił się gradientowy złoto-majtowy turkusik…), więc straciłam do niego serce i trochę porzuciłam (nie powiem, z ulgą dla moich oczu i wyczucia gustu).

Widząc kolejną baterię blaszanych nowości od Montale (niespodzianka, gradienciki!), już, już miałam z pogardą je ominąć… kiedy zobaczyłam w nazwie jednego „iris”.
Nie żebym była irysową fetyszystką. Irys to jeden z bardziej traumatycznych składników jakie znam, szczególnie w – przerażająco przeważająco stosowanej – wersji pudrowo-szminkowo-tłustej (przysięgam, że na samą myśl mi niedobrze). A jednak do irysa mam jakąś dziwną słabość i sentyment, chyba ze względu na Hiris Hermesa. Możliwe że podświadomie szukam dla niego jakiegoś godnego, pięknego zamiennika, który nie przenicuje mi żołądka, ale rozkocha i uzależni… Było kilka całkiem udanych irysowych spotkań (znacząco strzela oczami w stronę Iris des Champs), ale brakowało motyli w brzuchu (nie mylić z motylami w żołądku).
Poza tym, orientalny, oudowy i mocarny Montale i iryski? To jakby My Dying Bride wydał album z bajkami dla dzieci. No helooł!

.

So Iris Intense jest piękny, czysty, irysowy i drewniany.

Zero ociężałej pudrowości. Lekko soczysta, melancholijna zieloność (klimat Zagorsk) łagodnie, kremowo rozlewa się na skórze i wysycha do przepięknych, równie łagodnych i szlachetnych nut drzewnych, nie gubiąc przy tym ani płateczka z irysowego bukietu.
Czysto, prosto, naturalnie. Żadnego obskurnego buduaru i zleżałych czerwonych szminek.

To nie jest zapach skomplikowany i zmienny – i być może to jest jego największa zaleta, bo nic tu irysa nie przytłacza i nie ujmuje jego piękna. Bazowa nuta drewienek przypomina mi nieco klasyka He Wood Dsquared2, z tą różnicą że w HW drewienka są bardziej wypolerowane i słodsze (w końcu połączono je z fiołkiem).

Można na upartego przyczepić się, że niewiele się dzieje, ale powiedzmy sobie szczerze – czasem fajnie jest dla odmiany pachnieć czymś nieskomplikowanym i „czystym”.

Ja jestem całkowicie kupiona. I chrzanić złoto-majtowy turkusik, chcę cały flakon!
(Najwyżej przemaluję go farbą w spray’u.)
(W sumie już ją nawet mam.)

Nuty: irys, sandałowiec, piżmo
Data powstania: 2017
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda perfumowana

.

Gif pochodzi z filmu „Marzyciele”, a macro-pornowe zdjęcie irysa z portfolio Silvii Spedicato (https://500px.com/silviaspedicato)

Nasomatto: Baraonda

piątek, Grudzień 16th, 2016

Mam wątpliwości.

Od godziny siedzę z laptopem na kolanach. Zdążyłam zeżreć dużą tabliczkę wedlowskiej Jedynej, wypić całą szałwię [nooo, oczywiście że wolałabym jakiś alkohol] i nadal nic nie napisać, choć tak bardzo chciałam.

Bo mam wątpliwości.
.

.

Zwykle nie czytam recenzji zapachu, który zamierzam opisać, co w zasadzie nie jest skomplikowane, bo ostatnio nie czytam niczego [poza mangami]. Tak się jednak złożyło, że jestem chwilowo mocno [perfumowo!!!] wyposzczona, więc jak tylko coś wpadnie mi w oko, to to hipnotyzuję w sieci – i na opisy Baraondy nie sposób było się nie natknąć.

I stąd te wątpliwości.
Bo mam wrażenie, że odczuwam ten zapach zupełnie inaczej.

Tak, nuta alkoholowa jest zauważalna, ale na mnie wyparowuje równie szybko jak z kieliszka. Przypomina mi koniak albo brandy – w wyraźną nutą suszonych owoców i słodyczą gorzkiej czekolady. Jest jednocześnie chropowata i gładka – zupełnie jak mocny alkohol, drapiący w gardło i pozostawiający pyszne nuty na języku. Na tym etapie bardzo, ale to BARDZO przypomina mi 1697 Frapin, w obu koncentracjach.

Ale to, co w Baraondzie najlepsze, przychodzi dopiero w dojrzałym sercu. Kiedy ostatnie promile znikną jak kamfora – na pierwszy plan wyłania się owocowy susz. Słodki, cierpki, rozkoszny, kwaskowo-pudrowy, głęboki i bogaty. Śliwki, jabłka, winogrona i cudowne, dojrzałe wiśnie posypane cukrem pudrem.

Widzicie to? Micha pełna wydrylowanych, kwaskowych, ciemnych wiśni.
Wiśśśśśśnie. Kwaśśśśne wiśśśśnie i pudrowy puch.
Gaaaaaah.

<Ociera ślinę.>
<Poprawia spódniczkę.>

Na tym – trwającym aż do końca – etapie Baraonda przypomina mi moje ukochane kompozycje od Christine Nagel (w szczególności In Black), o której wspominałam już w poprzednim wpisie. Przy czym jest jeszcze pyszniejsza, bardziej wyrazista, kwaskowa i w tej swojej pysznej (ile razy już to napisałam?) kwaskowości – prawdziwa. Podobnie jak w Sleeping with Ghosts, nie ma tu żadnego plastiku, żadnych zgrzytów. Jest za to prawdziwe, oblane brandy i zanurzone w kakao, sour-fruits-porn.

Rany, jakie to cudowne.

.

Nuty: brak informacji
Data powstania: 2016
Twórca: Alessandro Gualtieri
Koncentracja: perfumy

.

Zdjęcie pochodzi z twittera MASC – https://twitter.com/shopmasc
A gif (David Tennant w Fright Night [2011]) znalazłam w zasobach photobucket.com

Mark Buxton: Sleeping with Ghosts

poniedziałek, Wrzesień 26th, 2016

Z przykrością stwierdzam, że nie trzeba się namęczyć, żeby mnie czymś skusić. Wystarczy dobra nazwa, piękny flakon albo intrygująca piramida zapachowa, żebym przepadła i pożądała natychmiast i już. W przypadku kolekcji Marka Buxtona diabeł tkwi w nazwach, przez które szaleję jak kot po kocimiętce: Sexual Heeling, Devil in Disguise czy właśnie Sleeping with Ghosts… Pójdźcie w me ramiona!

Niestety nie wszystkie kompozycje dorównują nazwom, co stwierdzam z ogromnym smutkiem, ale robak na haczyk został już nadziany, dorodny i tłuściutki.
No to chlup.

sleeping_with_ghosts

Sleeping with Ghosts nie ma w sobie tajemniczej magii, ale ma coś jeszcze lepszego – jest cudownie dziwny.

Przepyszne, kwaśne, owocowe otwarcie zmusza do sięgnięcia po chusteczkę i zatamowania ślinotoku. Uwielbiam takie nuty w perfumach! Do tej pory moją osobistą mistrzynią kwasku była Christine Nagel [Madness, In Black J. del Pozo, Delices, Hypnose Senses, ściera kałużę śliny z laptopa, Encre Noire pour Elle, a ostatnio Eau de Rhubarbe Ecarlate], ale Buxton tym jednym zapachem pokazał, że też potrafi.

Jego kwaskowata pigwa jest perfekcyjna. Nie ma w tym owocowym kwasku ani grama sztuczności, plastiku czy proszkowej chemii. Lekkie kwiaty nadają cierpkim nutom chłodu i zieleni, a wanilia zmiękcza wszystko i utrwala, nie dominując – nawet po wielu godzinach. Niewielka zmienność nut jest tutaj zdecydowanym plusem: pigwa trwa przez całe serce, dopiero w bazie lekko się wysładzając i przejrzewając [to zasługa lekko bagiennego wetiweru].
Mam wrażenie, że jest tu również sporo pieprzu, może nawet różowego [nie przepadam za nim, ale pasowałby do pigwy]. Niestety, sieć o pieprzu milczy, wiec uznajmy że to znowu zasługa wetiweru.

nightmare-before-christmas-pumpkinsZałóżmy roboczo, że te dynie to pigwy.

Brzmi banalnie: kwaskowe owoce i wanilia, ale pomijając fakt że w prostocie nie widzę nic złego, ten zapach wcale nie jest banalny. Wyraźna, długotrwała cierpkość oznacza, że trzeba takie klimaty naprawdę lubić, żeby nie dostać szału po godzinie; a kontrastowa baza słodkiej, puchatej wanilii i surowego, zielono-pieprznego wetiweru nie daje się zaszufladkować żadnej kategorii.

.

I w końcu w bazie rozumiem, skąd ta nazwa.
Sleeping with Ghosts jest jak zwiewna, mleczna mgła, której nie ma, a która jednocześnie jest w dotyku miękka i ciepła. Wydaje się owocowo pyszna i miła, ale gdzieś pod tą komfortową puchatością siedzi coś nieuchwytnie gorzkiego i… melancholijnego. Jest perfumową martwą naturą, w której na półmisku pełnym dojrzałych, słonecznych owoców w oko kłuje ten jeden, już gnijący.

Uwielbiam dziwność i kwaśny charakter Sleeping with Ghosts.
I jak się można po nazwie spodziewać, uwielbiam w nim spać.

But you sleep like a ghost with me
It’s as simple as that
So tell me I’m mad
Roll me up and breathe me in
Come to my madness
My opium den

.

Nuty:
głowy: pigwa, nagietek
serca: piwonia, skóra
bazy: wetiwer, wanilia
Data powstania: 2012
Twórca: Mark Buxton
Koncentracja: woda perfumowana

.

Gif pochodzi ze strony www.tenor.co, z filmu „The Nightmare Before Christmas” Tima Burtona [zbieżność nazwisk całkowicie przypadkowa ;]
Zdjęcie z oficjalnej strony Mark Buxton Perfumes
A cytat z „Goodbye to all that” Marillion <3

Piotr Czarnecki: Sensei EdT, EdP, EXT

piątek, Wrzesień 12th, 2014

O ile jeszcze jakiś czas temu pytałabym „czy ktoś jeszcze nie zna Sensei?”, tak teraz powinnam raczej spytać „czy ktoś jeszcze nie ma Sensei?!” ;] Zapach ten, o którym miałam już okazję pisać, podskakując na krześle jak nastolatka na koncercie Timberlake’a; zrobił absolutną furorę. Zawojował nie tylko polskich perfumoholików, ale i zagranicznych, ba! pojawił się nawet na Luckyscent. Nie potrafię Wam opisać wewnętrznej dumy, która mnie rozpiera, kiedy widzę jaką sławę i uznanie zdobywa zapach Piotra Czarneckiego.

Bo naprawdę, wcale mnie to nie dziwi.
Pomijając aspekty wizualne, czyli piękny [i nieco steampunkowy, ale ja mam zboczenie, więc wiecie…] flakon i korek oraz klimatyczne pudełko, zapach od samego początku – zachwyca. Z moich wieloletnich poszukiwań i testów jasno wynika, że niestety ale ciężko jest znaleźć perfumy, które mając w sobie tyle mocnych, słodkich i ciężkich składników, są noszalne i nadają się „do ludzi” ;] I w których naprawdę można wyczuć i kawę, i cynamon, i żywice, i puchatą ambrę, a nie morderczą kakofonię.

To co, kawa kawusia, siądźmy wygodnie i przejdźmy do części najprzyjemniejszej…

mielona kawa

 

Zacznę od wody toaletowej, która wcale taka toaletowa nie jest. Od początku dominuje tu miękki i lekko wilgotny od świeżości, słodki i korzenny piernik. Z orzechami włoskimi i gorzką czekoladą na wierzchu. W zasadzie to zastanawiam się czy „dominuje” jest dobrym określeniem, skoro poza piernikiem niczego tam nie ma… Ok, odrobina białej czekolady i chyba lukier cytrynowy. A poza tym dużo, dużo piernika. Czy wspominałam o pierniku?

piernik

 

Woda perfumowana to mój faworyt.
Wyobraźcie sobie ciacho z wersji EdT, ale nasączone alkoholem. Duuużą ilością alkoholu. Na przykład całą butelką. Jest tu również i polewa czekoladowa, ale grubsza, miękka i lśniąca [nie ma mowy o żadnym produkcie czekoladopodobnym]. W powietrzu unosi się aromat goździków, słodkich owoców i świątecznego oczekiwania na ten cudowny moment, kiedy wreszcie nastanie godzina zero vel „koryto” i będzie można napchać się uszek po uszka.

Tak, skojarzenie mam jednoznaczne – z grudniowymi świętami. Na tyle mocne, że wąchając Sensei EdP, czuję w brzuchu motylki, jak kiedyś, kiedy jako dzieciak nie mogłam się nazachwycać świąteczną atmosferą, jedzeniem na stole, ciepłymi światełkami na choince i oczekiwaniem na prezenty [no ba!].

choinka

 

Jedna kropka ekstraktu Sensei i staję się cynamonową dziewczyną, o której absolutnie boskim niskim głosem śpiewał kiedyś Peter Steele. Dwie krople – i dziewczyna zmienia się w demona.
Ten zapach ma niebywałą gęstość i moc, a jednocześnie ma w sobie przestrzeń i nadal ładnie się zmienia. Cynamon, w otwarciu suchy i pylisty, łagodnieje i nabiera bardziej korzennych, „świątecznych” nut, do głosu dochodzi śliwkowy susz na kompot i pierniki w czekoladzie. Jest słodko i apetycznie, nic tylko wpić zęby w szyję, ale nie mdło ani ociężale-pudrowo.

Nie mogę się doczekać zimowych, smętnych wieczorów, kiedy to ekstrakt Sensei będzie mnie rozgrzewać i rozjaśniać od środka, jak przyprawiona i słodka kawa :)

Chyba nie muszę dodawać, jaka jestem szczęśliwa że mam swój flakon Sensei?

.

Nuty: whiskey, kawa, tabaka, pieprz, cynamon, kadzidło, mirra, akord przypraw, ambrette, labdanum, benzoes, ambra, piżmo
Data powstania: 2013
Twórca: Piotr Czarnecki
Koncentracja: woda toaletowa, woda perfumowana, ekstrakt perfum

.

Kawowy gif pochodzi ze strony rebloggy.com
Pyszny piernik z www.telegraph.co.uk
Choinka od środka z naczytane.blog.pl

Slumberhouse: Jeke

wtorek, Lipiec 8th, 2014

Ostatnimi, migrenowymi, czasy wieczory spędzam namiętnie w towarzystwie Henryka Boukołowskiego i Michaiła Bułhakowa ;) Mistrz i Małgorzata od zawsze była jedną z moich najukochańszych książek, a po dorwaniu się do audiobooka, uzależnienie i miłość wzrosły znacząco. Dla otoczenia wręcz… męcząco.

Teraz też: siedzę, słucham i… zastanawiam się, jaki zapach by tu pasował?
Nie zamierzam dopasowywać perfum do poszczególnych postaci [choć taki Azazello byłby prawdziwym wyzwaniem!], myślę bardziej o tym diabolicznym klimacie, panującym w powieści. Diabolicznym, pełnym sprytu, niezwykłego dowcipu i magii…
.

askew

Początek musiałby być mocny, dymny i wręcz odrzucający. Ale nie, nie, żadnej siarki. Wyobrażacie sobie Wolanda, jadącego siarą? Toż to kompletny brak profesjonalizmu ;)
Dymna nuta szybko by się rozwiała, sprawiając że widoczne i wyczuwalne stałyby się kolejne nuty; jak Behemot, leniwie rozwalające się na kanapie z kieliszkiem wódki w łapie. I z marynowanym grzybkiem nadzianym na widelec, w drugiej łapie, oczywiście.

Wódka, dużo wódki. Zimnej, podanej w oszronionej karafce, lekko gryzącej w gardło po piątej kolejce. Gorzkiej, ale na szczęście po chwili przełamanej lekką nutą białego wina (rozbitego w ilościach znacznych przez Stiopę w Jałcie) i czerwonego jak krew wina, pitego przez Procuratora. Po tym gorzkim początku nuty, coraz bardziej pijane i rozkosznie w swym pijaństwie szczęśliwe, rozsłodziłyby się i rozhulały.
Tytoń, tabaka, jakie Pan pali? Nasza marka?…
Czy pan w ogóle nie lubi kwiatów?…
Lubię róże.
Olejek różany, palmy i cyprysy.
Gęsty zapach róż, wręcz balsamiczny… Przechodzący w niesamowite, nieziemskie w swojej urodzie labdanum, ze wszystkimi fasetami, za które tak tę żywicę uwielbiam: jednocześnie kremowe, skórzane, koniakowe, śliwkowo-apetyczne, lekko korzenne i pikantne. Boskie labdanum wtula się z kolei w krągły i zmysłowy, mruczący benzoes. Tak, maść Małgorzaty musiała pachnieć labdanum i benzoesem.

Bo ja pachnąc Jeke, powoli odlatuję pod sufit.
.

slumberhouse

 

Nuty: jałowiec, goździki, czarna herbata Lapsang souchong, paczula, labdanum, benzoes, tytoń, wanilia
Data powstania: 2008
Twórca: b.d.
Koncentracja: ekstrakt perfum

 

P.S. Czy muszę mówić, że flakonu pragnę do bólu? <3

 

Pierwszy obraz autorstwa Christophera Conna Askew [http://www.sekretcity.com/]
Zdjęcie pochodzi z wątku o Slumberhouse na forum Basenotes.
A tutaj cała powieść: Mistrz i Małgorzata

Tak, dzisiaj bez gif-ów ;]

M. Micallef: Mon Parfum Cristal

czwartek, Listopad 7th, 2013

Jestem :)
Nie żebym przez ten miesiąc próżnowała. Zaliczyłam kilka migren, dwa stany okołokatarowe i jedną utratę motywacji, której jak widać na szczęście nie jestem w stanie się do końca pozbyć. Uszczupliłam kolekcję flakonów, potem ją znowu przytyłam, a potem się zakochałam.
Strasznie bardzo i nienishowo.

Ale, jak by to wyjaśnić…

Osoby które mnie znają, wiedzą że daleko mi do hmm „typowej” kobiety. Owszem, jestem sroką [szczególnie jeśli chodzi o biżuterię w czaszki] i piszczę na widok słodkich zwierzątek [do których zaliczam przede wszystkim szczury], ale jednocześnie noszę wiecznie czymś uwalone Martensy, klnę jak szewc i chyba nigdy nie nauczę się śmiać bez absurdalnego pochrząkiwania jak świnka morska. Wiem, brzmi bardzo zachęcająco. Eteryczności i kobiecej subtelności raczej próżno u mnie szukać.
Z perfumami podobnie: ma być drzewnie, kadzidlanie, czasem morderczo kwiatowo lub słodko, ale dla przeciętnego śmiertelnika prawie nigdy normalnie albo standardowo. Ani ładnie. Niee, to nie wchodzi w ogóle w grę ;]

wednesday

.
Kiedy więc Nisha, istota wiecznie walcząca ze spódnicami i wszystkim co ładne, przeczytała o jakże ładnym, „przepełnionym zmysłowością” Mon Parfum Cristal, uśmiechnęła się, jak zwykle uśmiecha się do spotkanych w komunikacji miejskiej świrów, i nawet nie tknęła flakonu. Flakonu, dodam dla zwiększenia efektu, upstrzonego kryształkami i z błyszczącym korkiem z różowego złota. No. Just no.

W końcu jednak poczucie obowiązku „znania” wygrało i Mon Parfum Cristal w ilości jednego niechętnie zaaplikowanego psiknięcia trafił na skórę… 3… 2… 1… I z dzikim amokiem w oczach oblałam się jeszcze sześcioma psikami. Gdyby nie fakt, że ludzie patrzyli, pewnie utłukłabym temu flakonu główkę jak żul butelce wina w parku i wylała na siebie całe 100ml.

Prosto w serce, Martine!

 

Nie przepadam za klasykiem, Mon Parfum. Jest zbyt zimny, wymagający. Ma w sobie chłodną, wykalkulowaną elegancję, która powoduje u mnie podobny dyskomfort i drganie oka, co garsonki, bereciki i beżowe buty na obcasie. Tak, jest ładny, ale może właśnie tutaj tkwi mój problem z tym zapachem? Ładny. Poprawny. Typowy.
Ale mniejsza z tym.

Po wersji Cristal spodziewałam się czegoś bardzo podobnego. No bo ileż to razy marki wypuszczały na rynek flankery, przez które miałam ochotę usiąść w kącie i zapłakać, zastanawiając się za jakie grzechy spotykają mnie takie rozczarowania? Ileż to razy czytałam o nowych, wspaniałych wersjach, wzbogaconych i udoskonalonych, które pachniały po prostu… marnie? Otóż więcej, niż bym sobie tego życzyła. Odgrzewane kotlety rzadko kiedy dobrze smakują, odświeżanie perfum i kolejne wariacje nt. klasyków również.
Na szczęście zdarzają się też wyjątki: perfumowany Idole de Lubin jest jeszcze lepszy niż jego toaletowy pierwowzór, kolejnym odsłonom klasyków Muglera też ciężko coś zarzucić. Więc można? Można.

Tu też można było. Cristal nie ma nic ze swojego poważnego i sztywnego protoplasty.
Jest ciepły. Miękki. Kobiecy w ten nienarzucający się, naturalnie zmysłowy sposób, bez zbędnej pretensjonalności i wyszukanych poz. Od razu otula waniliowymi kwiatami i kwiatową wanilią. Cynamon z toffi tworzy bardzo apetyczną mieszankę, całkowicie bezpieczną i ugładzoną, bez nawet cienia zwierzęcości. Przepyszność potęguje domowa nuta jabłek w bursztynowym karmelu i klasyczne ujęcie róży: głębokiej, aksamitnej, powiedziałabym – pudrowej i zielonej – ale to tylko dwie jej fasetki. Pięknie oszlifowana róża ma ich tutaj znacznie więcej. Jest miodowa, syropowa, owocowa, wilgotna i mięsista. Słodka i kwaskowa. Skrajna, a jednocześnie spójna.

Ale najwspanialsze jest to, jak w tym zapachu się czuję.
Jest mi niezwykle wygodnie, czego nie spodziewałabym się po tak klasycznie „kobiecych” i naprawdę zmysłowych perfumach. Ba, czuję jakbym nagle była w stanie chodzić w najwyższych obcasach i najbardziej plączącej się pod nogami sukience. Mogę założyć kolię z diamentami. Mogę być śliczna i eteryczna. Mogę być nawet miła dla ludzi!

Marilyn-Monroe

Ok, to ostatnie jeszcze przemyślę.

Mimo wszystko Mon Parfum Cristal naprawdę jest niezwykły. Nie jest oczywiście pierwszym zapachem, który coś we mnie budzi i do czegoś inspiruje [bo to u mnie podstawowe kryterium zakochiwania się, kupowania i używania], ale jako pierwszy poruszył tę część, której istnienia nie do końca się w sobie spodziewałam ;]

Jest apetyczny, ale nie dosłownie jadalny. Kobiecy i zmysłowy, ale jednocześnie… wyluzowany. Naturalny.
Nie chrząka z zażenowaniem, kiedy jesz sernik wsiorbywując galaretkę bez łyżeczki, tylko robi to samo co ty, nie tracąc przy tym ani grama swojej gracji.

I w sumie to różowe złoto też wygląda ślicznie.
Nie obraziłabym się, gdyby błyskało do mnie z mojej prywatnej szafki z flakonami. Jestem pewna, że będzie tam idealnie pasować.

.

Nuty:
głowy: cynamon, różowy pieprz
serca: bułgarska róża, wanilia z Madagaskaru
bazy: toffi, ambra, piżmo
Data powstania: 2013
Twórca: Geoffrey Nejman i Jean-Claude Astier
Koncentracja: woda perfumowana

.

Gif pierwszy: rebloggy.com
Gif drugi: www.fanpop.com


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates