Posts Tagged ‘pyszności’

Fragonard: Cette Nuit Là

niedziela, Wrzesień 22nd, 2013

Znacie to? Odkryjecie coś przypadkiem [np. z pomocą Cbr ^^], zakochacie się, stanie się waszym nowym signature scent, będziecie nadużywać aż zacznie płynąć w waszej krwi i… wtedy się okaże, że go wycofują.

loki

No właśnie.
Miałam tak z Pocałunkiem Smoka, a obecnie z Cette. Mówią, że do trzech razy sztuka…

.
Cette Nuit Là to zapach absolutnie magiczny. I perfekcyjny.
Po pierwsze i bardzo ważne: jest idealnie odwzorowanym aromatem kadzidełek nag champa – Intrigant Patchouli może się schować do szuflady. Po drugie: ma piękny flakon z fragonardowym słońcem na dnie i bardzo pocieszającą pojemność 200ml. Po trzecie i najważniejsze: jest od początku do końca, od rana do nocy, od słońca po wichurę – absolutnie mój. Każda faza CNL jest piękna i mogłaby trwać wiecznie [w zasadzie nie jest to duża przesada, bo mimo koncentracji wody toaletowej, ten zapach ma i moc i ogon i trwałość, których może mu pozazdrościć wiele wód perfumowanych], każdą nie mogę się nasycić.
.

cette nuit.

Zaskakuje od samego początku – brakiem standardowego cytrusowego otwarcia. Zamiast niego, od pierwszych sekund Cette otula miękkim kadzidłem: słodkim, ale nie przesłodzonym, gdyż w ryzach trzyma je nieco męskie, cierpko-gorzkie neroli. Jednak ta surowa kwiatowa nuta w końcu mięknie pod urokiem kremowych żywicznych nutek, które coraz rozkoszniej układają się na skórze. Po zaledwie kilku minutach Cette rozkwita takim bogactwem orientu, że nie jestem w stanie oderwać od siebie nosa, z oczami jak u kotka ze Shreka podziwiając spójność i kocią grację tej kompozycji.

Granice między nutami głowy, serca i bazy są zatarte – składniki dryfują leniwie, spotykając się, wymieniając, obijając o siebie i wracając. Pierwsze skrzypce należą bezsprzecznie do wyraźnie morskiej ambry i świetnego jakościowo sandałowca [słono-słodkiego, gładkiego i śmietankowego, mniam]. Między nimi przemykają pikantne przyprawy i żywice – wyczuwam budyniową wanilię, słodko-gorzką mirrę, czekoladową paczulę i zaskakująco zwierzęcą [taką lekko „brudną”] nutę piżma. Słodycz pogłębiają upojne białe kwiaty: jestem pewna, że wyczuwam tu narkotyczną nutę gardenii tahitańskiej czy chociaż ylang-ylang, niestety skład o nich milczy, wymieniając jedynie jaśmin. Który potwierdzam, jest. Stłamszony przez gardenię i ylang ;]

Ta równowaga utrzymuje się już do samego końca zapachu, czyli nawet i czternaście godzin – wspominałam, że jest nie do zdarcia. Baza jest może subtelnie bardziej pudrowa i zwierzęca, ale nie zauważam dużych zmian; żadnych potajemnych angielskich wyjść, wszystkie składniki są, tylko mniej ruchliwe ze zmęczenia ;]

Słodkie, urocze i drewniane.

śpiący kotek

.

Wydaje mi się, że gdyby nie resztki instynktu samozachowawczego, wbiłabym w siebie widelec z łakomstwa.
Cała kompozycja daje podobnie apetyczny [owszem tak, dla mnie najapetyczniejsze nuty w perfumach to te, które absolutnie nie nadają się do jedzenia] efekt, co perfumowany Pocałunek Smoka – paczulowo-drzewnego, budyniowego ciasta. Podobna gęstość, słodycz, choć Cette jest dużo mniej humorzaste i kapryśne. Pachnie za każdym razem równie pięknie. Słodko. Zawiesiście i gorąco.

Cette Nuit La wprowadza mnie w tak przyjemnie senny i miękki stan, że nawet nie chce mi się rozrywać na strzępy twórców decyzji o wycofaniu tego arcydzieła. Pokładam całą nadzieję w gołębiach, przelatujących nad ich głowami i w ich malutkich, nieprzewidywalnych przewodach pokarmowych.
Choć zasłużyli na co najmniej kormorany ;]

.

Nuty:
głowy: bergamotka, neroli, galbanum
serca: irys, jaśmin, róża bułgarska, liście fiołka, kminek, kolendra
bazy: sandałowiec, ambra, paczula, piżmo, skóra, wanilia
Data powstania: 2005
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda toaletowa

.

Smutny, acz nadal oko cieszący Loki wzięty z hiddlesgif.tumblr.com
Pierwsze zdjęcie pochodzi ze strony www.fragonard.com
Drugie zdjęcie pochodzi z serwisu critteristic.com

Montale: Fruits od the Musk

czwartek, Sierpień 22nd, 2013

Wszyscy mamy jakieś odpały. Jedni wpieprzają Nutellę prosto ze słoika, inni lubią 50 Shades of Grey, a jeszcze inni – spowici w niszowe mroczne cienie – w zaciszu czterech ścian zlewają się do pępka mgiełką Sweet Pea i walczą z pokusą schrupania się z owockowej apetyczności.

Tak, to ostatnie jest o mnie.

.

Come on, mogło być gorzej!

.

sweet transvestite

.

Szczerze mówiąc, owocki to nie taka prosta sprawa. 99% obecnych na rynku owocowych wytfurów to z przeproszeniem wstrętne plastiki, które z zapachem owoców mają tyle wspólnego, co pamiętna główka kapusty z filmu „Skrzydełko czy nóżka” z kapustą z krwi i kości z ogródka. Wygląd, o ile.

Ale zgodnie z tytułem, dzisiaj nie o Sweet Pea będzie.
Nie, nie wspomnę już ani słowem o boskim Sweet Pea od Bath & Body Works, zapachu soczystym, rześkim, wilgotnym od owocowego miąższu, z cudownie roślinną, łykowatą nutką… Nie, kompletnie nic o nim już nie napiszę.

Po Montale cudów się nie spodziewałam. W końcu jak bardzo prawdopodobne jest, że marka która robi boskie oudy, genialne kadzidła, ślinogenne gourmandy i najpiękniejsze róże ever – stworzy ładne owoce? To była szansa jedna na milion… ;]

.

Tymczasem Fruits od the Musk się nie cacka. Nuty głowy to on zjada na śniadanie.
A niewinnego noszącego bez ostrzeżenia wrzuca w krzaki malin.

balladyna.

Malin dojrzałych, mięsistych, czerwonych jak krew i diabelnie słodkich. Dla równowagi podanych z kwaskowymi poziomkami i leśnymi jeżynami. Ta mieszanka jest nie do zniesienia przepyszna – i co gorsza, przepysznieje jeszcze bardziej. Kojarzycie nutę rabarbarowego ciasta z cukrem pudrem w Brit Red od Burberry? To właśnie tkwi w głębinie serca FotM. Owocowa czerwień konfitury i cukier puder.

A wiecie, co tak naprawdę odpowiada za całą cudowność tych przepysznych wizji?

Róża. RÓŻAAA! ♥

To ona tak czerwieni owoce malin, dosładza je i udojrzewia. Ona nadaje zapachowi aksamitnej gładkości i welurowej, futerkowej głębi. Fruits od the Musk pachnie jak przepyszne, miękkie posłanie z płatków czerwonych róż i równie czerwonych owoców. I pulsuje: to nie jest tylko malina i tylko kwaskowa róża. To są ciągle zmieniające się koktajle: raz maliny z cukrem, po chwili poziomki z piżmem, a potem nagle znowu maliny – z gładkimi płatkami niesamowicie intensywnej, szkarłatnej róży.

Jestem zachwycona i szczęśliwa, że dałam mu szansę mimo początkowej niechęci i po niezbyt dobrym pierwszym wrażeniu [nazwa, wyobrażenie nut, opisy w sieci].

.

Nuty: mandarynka, bergamotka, liść truskawki, malina, róża, piżmo, jeżyna.
Data powstania: 2008?
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda perfumowana

.

Gif z tumblr.com – chyba się wkręciłam na stałe.
Drugie zdjęcie pobrane z ksiazkizbojeckie.blox.pl, to plakat do spektaklu Balladyna w Teatrze Narodowym

Costamor: Sugarwood

czwartek, Lipiec 4th, 2013

Król pączków. Wyobraźcie go sobie: pięknie, równo przypieczony, miękki i jeszcze ciepły, nie za tłusty, posypany cukrem-pudrem lub polany luuuukrem…

pączki z pudrem

Wchodzicie do cukierni, pachnąc Gaiac’iem i kupujecie dziesięć pączków.
To najkrótszy możliwy opis Sugarwood.

Flakon Gaiac Micallef można w nim dosłownie wymacać. Nuty drzewne są gładkie, lśniące i słodkie. I bardzo wyraźne. Na nich zaś z taką gracją, na jaką stać stos pączków, spoczywa… no, stos pączków. Słodycz jest bardziej apetyczna i łatwiejsza w noszeniu niż Dulcis in Fundo Profumum Roma, ma w sobie mniej zakalca i więcej pylistego cukru-pudru.
Zapach dość karmelowy, z lekką nutą spalenizny i owocowego, kwaskowego nadzienia. Niestety, ponieważ Sugarwood jest zapachem miłości pączków nieskonsumowanych, ciężko określić jakie to nadzienie. Pachnie trochę lekką jak piórko jaśminową marmoladą [vide Caligna], ale pączka głowy za to nie oddam.

I tak już zostaje. Niezmienny, prościutki [jak przepis na pączka].
Z czasem ulatuje drożdżowa masa, zostaje natomiast futerkowa, lekko drzewna wanilia. Zapach wydaje się jaśniejszy, lżejszy, ale nadal bardzo apetyczny. Nosa nie idzie odkleić.

Chyba żeby odbyć heroiczną wyprawę do najbliższej cukierni po dziesięć pączków.

Nuty: bergamotka, figa, pulpa z trzciny cukrowej, jaśmin, piżmo, irys, wanilia, cedr
Data powstania: 2009
Twórca: Elizabeth Wright
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie pochodzi z apetycznego bloga cioccolatogatto.blox.pl

Viktoria Minya: Hedonist

wtorek, Marzec 26th, 2013

Kiedy kilka dni temu napisała do mnie Viktoria Minya, piękna i zdolna węgierska perfumiarka, zrobiło mi się bardzo miło; po pierwsze że zauważyła mój – jakby nie patrzeć, mało standardowy i popularny – blog; a po drugie tym bardziej, że kilka dni wcześniej czytałam o jej perfumach na angielskiej Fragrantice i zwyczajnie się do tych nut i flakonika zaśliniłam.

Viktoria po krótkiej rozmowie zaproponowała wysłanie do mnie próbki jej debiutu, która to próbka niestety – co by mi najwyraźniej za dobrze w życiu nie było – w transporcie uległa kompletnemu zmiażdżeniu. Koperta pachniała jednak tak kusząco, że ryzykując pochlastanie się szkłem [jak to brzmi, zabita próbką perfum] rozsmarowałam resztki na sobie… I ponieważ, mając na względzie moje pokręcone słowotwórstwo i dziwną składnię zdań, zdaję sobie sprawę że ciężko będzie zrozumieć coś z tłumaczenia via google translate, wyjątkowo i dla Viktorii – recenzję postanowiłam napisać w języku angielskim. Oby z sensem nie mniejszym niż zwykle :)

Hedonist, the first perfume made by Viktoria, is meant to be a woody chypre, but for me it’s more of soft, luminous, spicy oriental – classic back from the 90’s. I love how it blends with my skin: warm, radiant and succulent. I love the suede peach in the opening and opulent sweetness of flowers in the base. It feels just right. And so familiar.

hedonist

As you may have noticed before, I’m all crazy about sweet/sour play of notes. Give me some rhubarb and I’m all yours. Plum and peach? Oh yes please. Add some roses and I may die happy now.

Hedonist is all about sweet/sour balance.
At first, you get a really strong – almost plastic with its untamed power – note of glassy, ripe fruit pulp. Apples, plush-apricot osmantus, peaches, cut to pieces and „watered” with sparkling, ice-cold vermouth. This must have been gods’ ambrosia!  But don’t let this fool you, Hedonist is not that fruity, sweet and lovely. It has its dark side also: heavy cluster of jasmine makes heart of H. dense and sticky, but… somehow still very tasty. White petals tingle my nose, giving me again this strange sensation of déjà vu…
Hey, I know you!
Cloves and roses? Sweet, dewy orange blossoms? Cool lily of the valley? Fragile carnation? Or maybe all of them, intertwined with creamy, smooth woods [sandalwood mostly, for my nose], white-chocolate-and-cinnamon vanilla and dry, woody vetiver, which gives an extra sourness to this fervent orient. Again, base notes don’t overpower the composition – you can still get sweet/sour bite of fruits – but they are definitely palpable. And. So. Tasty.

Hedonist is rich and dense, it lasts forever and feels so comfortable and utterly feminine.
It’s silk and velvet. Lace and leather. It’s golden sun and full moon and… Oh. And I finally caught my déjà vu. This sensation I got right from the beginning, this warm memory, the sun?  Le Roy Soleil, if you remember this lovely, but melancholic sun. Subtract the sadness, add luminosity, a few pralines and there you have it.

I’m really glad that I met Hedonist. It’s just my kind of orient. I simply enjoy its coziness and rich floriental…ness ;]  And maybe it’s better I couldn’t splash H. all over and from head to bottom. I would literally eat myself.
Thank You, Viktoria!

 

P.S. Right after posting my review, I started looking for some other and I was really surprised to see Kafkaesque great opinion. So many common feelings! It happened once with Kurkdjian’s Oud, when several bloggers shared the same feelings; and for me it clearly shows how perfectly perfume can be made, evolving so similar, „intended” with creation, pictures and emotions.

Mam nadzieję, że mój angielski był strawny.
Obiecuję więcej tego nie popełniać ;]

Nuty:
głowy: bergamotka, brzoskwinia, rum CO2
serca: absolut jaśminu, absolut kwiatu pomarańczy, absolut osmantusa, tabaka
bazy: wetiwer, cedr, wanilia
Data powstania: 2013
Twórca: Viktoria Minya
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie pochodzi z portalu fragrantica.com

By Kilian: In The Garden of Good and Evil, część I

czwartek, Luty 21st, 2013

Łaaa, mam takie zaległości, że nie wiem od czego zacząć!
Niedługo pojawi się nowa seria Kiliana, różana świeca Yankee miażdży mocą, Candy Rose Montale trafił na listę must-have’ów i chyba w ogóle róża do łask wraca, bo wszędzie jej ostatnio pełno… Z niecierpliwością wyczekuję La Fille de Berlin Lutensa i Rosae Mundi Profumum Roma, bo te marki rzadko kiedy mnie zawodzą. Ostatnio w ogóle ;]

Tymczasem w ogrodzie dobra i zła

kilian good and evil packaging

… Nisha ociera brodę.
Pociekło jej na samą myśl o kilianowych szkatułkach.

No co jak co, Kilian wie jak kupić takie sroki jak ja. Wie jakich symboli użyć, w jakie klimaty się zapuścić. W tej kasetce z wężem jestem tak beznadziejnie zakochana, że – obawiam się – byłabym w stanie kupić którykolwiek z tych zapachów, dla samego opakowania. W ciemno.
Lecz tym razem los postanowił mnie oszczędzić: fiolki wszystkich trzech zapachów leżą przede mną, lśniące i kuszące…

 

Dziś będzie o Forbidden Games.

Miało być tak. Ale tak nie jest.
Jest gorzko i cierpko. Tak intensywnie kwaskowo-soczyście, aż mam ochotę wgryźć się w miękką brzoskwinię i poczuć, jak jej sok cieknie mi po brodzie, po czym popchnąć ją kilkunastoma dojrzałymi śliwkami. Nuta otwarcia jest tak uzależniająca i apetyczna, że od dłuższego czasu chrzaniąc rozwój kompozycji, dosmarowuję się FG, żeby jeszcze raz poczuć nuty głowy. PROFANACJA, wiem, ale jakże przyjemna.

Po godzinie…
… i jeszcze jednym kwadransie, bo zapomniałam że miałam czekać i znowu się usmarowałam.

Cudownie świetlista i pikantna goryczka powoli zanika, nabierając miękkich, puchatych kształtów. Na kwaskowe śliwki opada mgiełka z mrożonych płatków róży i cukru-pudru; miałkiego, słodkiego, stapiającego się z soczystymi owocami. Wyobraźcie sobie misę przeciętych na połówki śliwek węgierek, posypanych słodkim puchem. Tak. WŁAŚNIE TAK.

Baza ku mojemu ogromnemu smuteczkowi, jest bardzo delikatna i niknie z każdą minutą. Wanilia, miód, żywice? Możliwe że gdzieś są, ale niestety nie na mojej skórze – jedyne co do mnie dociera, to bardzo skromne i grzeczne geranium. Nuta śliwek trwa przez wszystkie fazy zapachu, zmieniając się z owocowej eksplozji w delikatną strużkę słodkiego soku. Jak na mój nos – śliwkowo-jabłkowego. Z grzecznym geranium u boku.

 

Spytacie, co ma to wszystko do nazwy forbidden games?
Jeśli chodzi o grzeszność tego zapachu, to obżarstwo vel nieumiarkowanie mamy tu w żółtej koszulce lidera.
Nie sposób oprzeć się tym smakowitym akordom, nie sposób przestać spijać ich ze skóry. Chce się więcej, WIĘCEJ, intensywniej, nieważne że sok oblepia skórę i skleja włosy, a podbródek wystaje jak u Jabby the Hutt – przyjemność smaku jest zbyt duża, żeby z niej dla takich szczegółów rezygnować.

Nie wiem czy którykolwiek z pozostałych dwóch zapachów serii TGGE przebije to owocowe szaleństwo. Nie żebym mnie to martwiło. Szkatułka i tak kiedyś będzie moja, nieważne z którym soczkiem w środku!

 

Nuty:
głowy: jabłko, brzoskwinia, śliwka, cynamon
serca: róża bułgarska, geranium burbońskie, jaśmin
bazy: wanilia, miód, opoponaks
Data powstania: 2012
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.thenonblonde.com


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates