Posts Tagged ‘szałowa szałwia’

L’Artisan Parfumeur: Caligna

czwartek, Kwiecień 11th, 2013

Chodzę koło niej od kilku tygodni. Noszę, a raczej ponosiwuję [pardon, przedawkowałam kabaret Hrabi], ciągle planuję opisać i ciągle z tych planów nic nie wychodzi. Może przez jej delikatną naturę czy przyjemną ładność, która choć ładna jest i przyjemna, to mimo wszystko dość trudna do opisania? :)

Caligna… To ten typ zapachu, w którym siedzi się wygodnie na kanapie, z kopytami wyciągniętymi przed sobą i z myślą w głowie „cholera, jakie ja mam zajebiste hobby”. Zapach, który chce się nosić aż do śmierci dna we flakonie. Który niczym nie szokuje, po prostu jest wygodny od początku do końca i nie potrzebuje żadnych fajerwerków, krzyków i ekscesów, żeby zwrócić na siebie uwagę. Jest skromny i leniwy, słoneczny i ciepły, gładki, spójny, idealny… I nie mogę się doczekać, aż napiszę że „jest” w moim perfumowym zbiorze.

 clary sage

 

Początek soczyście – wręcz gorzko – cytrusowy [stawiam na werbenę, od niej zawsze ślinka mi cieknie] i intensywnie zielony. To zieleń mięsista, świeża i pełna słońca: dużo rozgniecionych liści, może figi, może porzeczki… Efekt – genialny. I bardzo apetyczny. I bardzo ulotny.
Soczystość i mięsistość dość szybko w tym pełnym słońcu niknie i choć nutka cytrusów ciągle jest gdzieś w tle wyczuwalna, to całe serce należy do wyczekiwanej gwiazdy wieczoru: szałwii.

Pisałam już, że szałwię kocham i wielbię? Daje w perfumach charakterystyczną nutkę ziołowego suszu vel sianka – łatwo ją wychwycić m.in. w Ambar del Pozo, Mandragore Annick Goutal czy mojej starej miłości, Kenzo pour Homme. Z początku lekko wodnista i yuzowa [niestety], szybko [na szczęście] się ociepla i nabiera tych cudownie słodkich, kruchych nut typowych dla suszonych ziół. Działa na mnie jak kocimiętka na futrzaki. No, może wyłączając głośne miauczenie.

 

A więc szałwia. W towarzystwie bardzo bladej, już zleżałej i wysłodzonej lawendy i coraz bardziej apetycznego, złocistego kwasku, który kojarzy mi się z dojrzałymi, mięsistymi [tak, kwiecień sponsoruje literka M jak mięsisty] owocami. Nuty sugerują co prawda skład zupełnie inny, ale kto by tam wieeerzył ;] Że marmolada jaśminowa? Marmolada byłaby słodsza i cięższa, a tu siedzi kwasek o konsystencji piórka zaledwie, subtelne białe lśnienie, pyłek kwiatowy w spokojnym morzu szałwii. Taką marmoladę to szałwia zjada na śniadanie.

Dalej w zasadzie nie mam już co pisać, bo widzę że jestem o krok od niebiańskiej ekstazy i pompatycznego pitolenia, czego chyba nikt by nie przeżył. Poza tym po raz kolejny skóra postanowiła się na mnie wypiąć i zatrzymuje Calignę na nutach serca. Dosłownie, szałwia+kwasek+marmoladowe tchnienie anielskie i tyle.
Ok, czasowy wzrost stężenia kwasku na upartego, aczkolwiek niechętnie, mogę wytłumaczyć odrobiną jodły czy innego iglaka [z naciskiem na innego iglaka, bo ciągle mam traumę po syberyjskim podkoszulku]. Poza tym: szałwia, szałwia, szałwia.

Napisałabym „do znudzenia”, ale to niemożliwe. Szałwii nie da się przedawkować.

 

Nuty:
głowy: figa
serca: szałwia muszkatołowa, marmolada jaśminowa
bazy: mastyks, szpilki sosnowe, mech
Data powstania: 2013
Twórca: Dora Baghriche-Arnaud
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.flowerspictures.org

Jesus del Pozo: Ambar

środa, Wrzesień 26th, 2012

Właśnie sobie uświadomiłam, że jakieś dwa miesiące temu od pewnego Cudownego Człowieka dostałam dwie unikatowe próbki, o których, jak mi wstyd, na śmierć zapomniałam. Przypomniał mi o nich osobiście [tzn. zjawił się i sobie przypomniałam], skutkiem czego powstały powyższe dwa zdania i… na kolejne dwa tygodnie zapomniałam o całej akcji. Dzisiaj wreszcie wpis odkurzam, ale akcję-dwie-próbki, jak mi wstyd, przekładam na termin jeszcze późniejszy.
Coś mi wpadło w oko i nos. Coś absolutnie nieoczekiwanego :3

Nie, serio, wsiąkłam w Ambar.

 

 

Mam świra na punkcie bursztynu. Jest ciepły, miękki, „przytulny”, naturalny, ma piękne odcienie i jeszcze czasem robal się w środku trafi. Uwielbiam i kupuję bez grama rozsądku, choć gram bursztynu coraz droższy, żeby później głaskać, ściskać, obracać i międlić. Taki ze mnie świr. Nie znałam zapachu JdP, ale odkąd zobaczyłam zapowiedzi w sieci [a potem recenzję Sabb], wiedziałam że chcę go mieć – a wszystko przez ten flakon…

Widzicie zdjęcie reklamowe? To nie PSP, tak właśnie Ambar prezentuje się na żywo. Genialny kształt flakonu i genialna barwa szkła, bursztynowy do bólu głowy z zachwytu. Ma idealnie gładkie, opływowe jak bursztyn kształty, świetny bursztynowy korek – i ta zawieszka ze sznureczkiem! Normalnie czad. I jak cudnie leży w dłoni. Trochę to trwało, ale wreszcie się doczekałam i od wczoraj jak świr łażę po domu z własnym flakonem w rękach, nie mogąc się nazachwycać ;]

 

Aczkolwiek pierwsze spotkanie z zawartością nie było tak zachwycające, ba! zapowiadało się na rozczarowanie roku. Oczekiwałam [ach, te perfumowe oczekiwania, książki można o nich pisać] zapachu ciepłego, słodkawego, nie żeby ambrowego od razu – ale na pewno przytulnego i kremowego… tymczasem dostałam chłodną lawendą po pysku.
Nie będę się kłócić czy na pewno była to lawenda, może szałwia, choć nigdy jej o takie okrucieństwo nie podejrzewałam, może szałwia z herbatą, a może irys [wróg publiczny numer jeden] udający szałwię i herbatę – nie wiem, grunt że zabolało i zasmuciło. To ma być mój świetlisty bursztyn?
Jednak już po chwili po agresywnej nucie nie było śladu, a na jej miejscu pojawiły się kojące ziółka. Szałwia jaką lubię, czyli słodkawa, lśniąca srebrzyście, niby leniwa ale humorzasta [tutaj na szczęście w dobrym nastroju], wytrawna i dostojna herbata, dodająca charakterystycznego jaśminowego akordu i… ekhm… nie wiem, czy przejdzie mi to przez gardło…

ŁADNY. IRYS.

Ugh, jakoś poszło.
Tak, w Ambar jest irys i nie, nie jest on traumatyczny. Pozostawiony bez towarzystwa paczuli i przypraw, jakoś traci całą swoją butność i odwagę, nie kozaczy, nie rozpycha się, nie wymachuje cherlawymi piąstkami przed nosem; jest naturalny, zielonkawy, o delikatnych kremowych płatkach. Da się? Da się.

A potem jest coraz lepiej: jakby zza drzew wyłoniło się złociste słońce, ogrzewając i rozleniwiając całą kompozycję. Robi się świetliście, ciepło, miękko i wygodnie, zapach szeleszczących liści i kasztanów miesza się ze słodkawym zapachem szpilek iglaków, ziemi i wilgotnej kory drzew… Whooops, wróć, za daleko poszłam w las :)

 

Jest przytulnie, ale nadal nie słodko: w bazie pierwszych skrzypiec nie gra wcale [domniemana] ambra, tylko wygładzone kremowe drewienko. Cedr nie do końca mi pasuje do tego akordu, choć też potrafi być wypolerowany i przytulaśny, ale to raczej gwajak albo spokojny sandałowiec [jak w Eccelso], odrobinę ukwiecony i tym właśnie kwieciem złagodzony.

Ambar ma w sobie, w zasadzie przez cały czas trwania kompozycji, jakąś irytującą [syntetyczną?] nutę, która kojarzy mi się z upartym uparcie z jaśminem. Słodko-gorzką, lekko chropowatą i zadziorną. I choć nie cierpię sztuczności w perfumach, ten składnik wcale Ambar nie pogrąża – wręcz przeciwnie, ciągle pobudza moje zblazowane komórki do zastanawiania się, skąd znam ten akord, podszczypuje i nie pozwala uciąć jesiennej drzemki w jesiennym słońcu.

I z kawałkiem bursztynu w kieszeni.

 

Nuty:
głowy: kardamon, bergamotka, mandarynka
serca: irys, piwonia, herbata
bazy: cedr, szałwia, bursztyn [ambra?]
Data powstania: 2010
Twórca: Marie Salamagne
Koncentracja: woda toaletowa

 

Pierwsze zdjęcie pochodzi ze strony www.trendenciasbelleza.com
Drugie – to miniatura tapety dostępnej o tutaj.

Parfums De Marly: Pegasus

piątek, Czerwiec 29th, 2012

Kurde, coś mi nie idzie. Trzeci dzień wyrzyguję się na klawiaturę i nie wynika z tego nic, poza rosnącą frustracją i auto-niezadowoleniem. A takie cudo ostatnio poznałam! Całkowicie niespodziewanie i to wzięło mnie tak gwałtownie i intensywnie, że po raz pierwszy w życiu nie chciałam się umyć. Serio.

Nasze pierwsze spotkanie nie wypadło zbyt korzystnie, ale w końcu w przypadku perfum pierwsze wrażenie jest najmniej ważne… Pewnie na zdjęciach prasowych flakon będzie wyglądać majestatycznie i elegancko, ale na żywo lustrzane bling bling z nadmiarem wytłoczeń a la szkła Creeda to pierwszorzędny – koszmarek.

Ale przymknijmy na to oko [dosłownie].

… W zasadzie drugie wrażenie też nie należało do najbardziej udanych. Że niby fougère? Kolońska męskość do sześcianu, tak męska że pewnie wyrosną mi po niej wąsy? Mimo wszystko przetestowałam. Na skórze. Własnej!

Pegasus. Ładna nazwa.

Początek – szałwia, mnóstwo szałwii. Uwielbiam ten składnik, niestety rzadko kiedy jest on zjadliwie ukręcony – do tej pory jedynie Silver Wind Wood wprowadził mnie w absolutną euforię [reszcie bliżej do pawia]. Szałwia trwa przez cały początek i serce kompozycji, czasem nieznacznie drewniejąc [wetiwer?] lub wysładzając się [herbaciany susz? herbata z cukrem? Lipton Ice Tea? – ach, lawenda]. Urzekła mnie ta prostota, głównie z powodu wiecznego szałwiowego niedosytu. Prostota irysa raczej nie wywołałaby równie euforycznego efektu ;]
Po kilku godzinach, mając nadzieję że Pegasus nie wykończy nikogo na siłowni kopniakiem między oczy, wskoczyłam na bieżnię.

I o matko! Biegam i zaczynam się coraz bardziej nerwowo rozglądać. To nie mogę być ja, niemożliwe. To nie jest mój poranny Dark Purple [nawiasem mówiąc, nie jestem w stanie odessać się od tego zapachu!], znam go na różany wylot — to coś obłędnie kremowego. Słodycz upajająca i zmysłowa, na granicy słodkości akceptowalnej i przesadzonej. Nie mogłam się skupić na ćwiczeniach, trochę ciężko było mi chodzić z nosem przyklejonym do zgięcia łokcia. Równowagę traciłam ;] I aż żal było wpełzać pod prysznic…

Ta niespodziewana zmiana w kompozycji zwaliła mnie z nóg. Nigdy nie wąchałam tak genialnej i apetycznej bazy, która przy całej swojej śmietankowej słodyczy zachowywałaby jednocześnie lekkość i rozkoszność. Nie wiem z której strony to ma być mocne fougère ani jakim cudem określono to jako zapach męski. Chyba że dla takich niepokornych bab jak ja, które wreszcie ze spokojnym sumieniem będą mogły zlewać się zapachem for men, pachnąc wyjątkowo – jak women ;]

 

Nuty:
głowy: bergamotka, heliotrop, kminek
serca: lawenda, jaśmin, gorzkie migdały
bazy: ambra, wanilia, drzewo sandałowe
Data powstania: 2011
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda toaletowa

Zdjęcie pochodzi ze strony beautyaffair.duesseldorf-affairs.de


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates