Posts Tagged ‘szlachetne cytrusy’

Opus Oils: Star Fucker

piątek, Wrzesień 12th, 2014

Mówią, że pierwsze skojarzenia są najlepsze.

Więc teraz jedyne co mi chodzi po głowie, kiedy wącham Star Fuckera, to Trent Reznor na tylnym siedzeniu samochodu. W skórze. I makijażu.

libertine

 

Ekhm. To może wrócę do samego zapachu. Który z pewnością najlepiej byłoby wąchać na męskiej skórze, np. Trenta Reznora, bo to kompozycja typowo męska w moim odczuciu.
Lawendowo-aromatyczna, z rześkim, intensywnie cytrusowym akordem, który jest zaskakująco i uparcie trwały, wchodząc aż do serca kompozycji. Dalsze cuda, które dzieją się z tym zapachem, są pewnie winą mojej wysładzającej wszystko skóry…  Chociaż, może tak miało być? Bo pomijając lekko gorzką, cytrusowo-ziołową dżentelmeńską nutę, Star Fucker nie ma w sobie absolutnie nic więcej z dżentelmena.

Im więcej czasu mija, tym bardziej widzę i czuję, że ten rześki, lawendowy paprociowiec był jedynie „przykrywką”, próbą zmylenia pościgu i ofiar. Z daleka widoczna sylwetka eleganckiego mężczyzny we fraku i cylindrze, z bliska okazuje się być ufryzowanym i teatralnie przebranym libertynem z ironicznym uśmiechem na twarzy. Jedno jego spojrzenie, lekki dotyk i wiesz, że to spotkanie zapamiętasz na długo. Może nawet do końca życia. O ile oczywiście przeżyjesz najbliższą noc.

Pod niewinną chmurką świeżutkich, radosnych cytrusków tkwi coś niezwykle gorszącego. Cielesna nuta skórzana, odrobinę fizjologiczna i zwierzęca; ciepła, duszna, jednoznaczna. Może nie aż tak jednoznaczna jak 1740 Markiz de Sade od Histoires de Parfums, ale poczekajcie – jeszcze kilka miesięcy i SF go prześcignie. O więcej niż głowę, if you know what I mean ;>

Co dalej dzieje się z naszym libertynem, trudno powiedzieć. Znika ze skóry dość szybko, zostawiając po sobie ledwo wyczuwalną cytrusową smużkę, którą obsesyjnie usiłuje zatrzeć swoją prawdziwą naturę. Otumaniona i osamotniona, usiłuję sobie przypomnieć co dokładnie działo się przez ostatnie dwie godziny, ale jedyne co tłucze mi się po głowie, to jego słowa…

do not want you to like me

I Trent Reznor w makijażu.

.

Nuty: limonka, zielona mandarynka, esencja cytryny, włoska bergamotka, dzika pomarańcza, absolut kwiatu pomarańczy, lawenda, jaśmin, sandałowiec, iso e super, ambra, wetiwer, oud (agar), mech dębowy
Data powstania: 2012
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda kolońska

.

Pierwszy gif pochodzi ze strony www.tumblr.com
Drugi gif: alysonwonder.tumblr.com

L’Artisan Parfumeur: Caligna

czwartek, Kwiecień 11th, 2013

Chodzę koło niej od kilku tygodni. Noszę, a raczej ponosiwuję [pardon, przedawkowałam kabaret Hrabi], ciągle planuję opisać i ciągle z tych planów nic nie wychodzi. Może przez jej delikatną naturę czy przyjemną ładność, która choć ładna jest i przyjemna, to mimo wszystko dość trudna do opisania? :)

Caligna… To ten typ zapachu, w którym siedzi się wygodnie na kanapie, z kopytami wyciągniętymi przed sobą i z myślą w głowie „cholera, jakie ja mam zajebiste hobby”. Zapach, który chce się nosić aż do śmierci dna we flakonie. Który niczym nie szokuje, po prostu jest wygodny od początku do końca i nie potrzebuje żadnych fajerwerków, krzyków i ekscesów, żeby zwrócić na siebie uwagę. Jest skromny i leniwy, słoneczny i ciepły, gładki, spójny, idealny… I nie mogę się doczekać, aż napiszę że „jest” w moim perfumowym zbiorze.

 clary sage

 

Początek soczyście – wręcz gorzko – cytrusowy [stawiam na werbenę, od niej zawsze ślinka mi cieknie] i intensywnie zielony. To zieleń mięsista, świeża i pełna słońca: dużo rozgniecionych liści, może figi, może porzeczki… Efekt – genialny. I bardzo apetyczny. I bardzo ulotny.
Soczystość i mięsistość dość szybko w tym pełnym słońcu niknie i choć nutka cytrusów ciągle jest gdzieś w tle wyczuwalna, to całe serce należy do wyczekiwanej gwiazdy wieczoru: szałwii.

Pisałam już, że szałwię kocham i wielbię? Daje w perfumach charakterystyczną nutkę ziołowego suszu vel sianka – łatwo ją wychwycić m.in. w Ambar del Pozo, Mandragore Annick Goutal czy mojej starej miłości, Kenzo pour Homme. Z początku lekko wodnista i yuzowa [niestety], szybko [na szczęście] się ociepla i nabiera tych cudownie słodkich, kruchych nut typowych dla suszonych ziół. Działa na mnie jak kocimiętka na futrzaki. No, może wyłączając głośne miauczenie.

 

A więc szałwia. W towarzystwie bardzo bladej, już zleżałej i wysłodzonej lawendy i coraz bardziej apetycznego, złocistego kwasku, który kojarzy mi się z dojrzałymi, mięsistymi [tak, kwiecień sponsoruje literka M jak mięsisty] owocami. Nuty sugerują co prawda skład zupełnie inny, ale kto by tam wieeerzył ;] Że marmolada jaśminowa? Marmolada byłaby słodsza i cięższa, a tu siedzi kwasek o konsystencji piórka zaledwie, subtelne białe lśnienie, pyłek kwiatowy w spokojnym morzu szałwii. Taką marmoladę to szałwia zjada na śniadanie.

Dalej w zasadzie nie mam już co pisać, bo widzę że jestem o krok od niebiańskiej ekstazy i pompatycznego pitolenia, czego chyba nikt by nie przeżył. Poza tym po raz kolejny skóra postanowiła się na mnie wypiąć i zatrzymuje Calignę na nutach serca. Dosłownie, szałwia+kwasek+marmoladowe tchnienie anielskie i tyle.
Ok, czasowy wzrost stężenia kwasku na upartego, aczkolwiek niechętnie, mogę wytłumaczyć odrobiną jodły czy innego iglaka [z naciskiem na innego iglaka, bo ciągle mam traumę po syberyjskim podkoszulku]. Poza tym: szałwia, szałwia, szałwia.

Napisałabym „do znudzenia”, ale to niemożliwe. Szałwii nie da się przedawkować.

 

Nuty:
głowy: figa
serca: szałwia muszkatołowa, marmolada jaśminowa
bazy: mastyks, szpilki sosnowe, mech
Data powstania: 2013
Twórca: Dora Baghriche-Arnaud
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.flowerspictures.org

Olivier Durbano: Pink Quartz

piątek, Styczeń 11th, 2013

Do niektórych zapachów trzeba dojrzeć, prawda? Wrócić. Dać drugą, trzecią, piątą szansę… Czuję że w najbliższym czasie czeka mnie dużo powrotów – różanych w szczególności.

Ten wpis miał być o Heliotrope, który opętał mnie tak bardzo, że przez kilkanaście dni byłam w stanie nosić go codziennie i conocnie, nie zważając na otoczenie ani fakt, że już czymś innym pachnę ;] Heliotrope pasował do wszystkiego i kropka. [A do czego nie pasował, to zagłuszał.]
Po czym – nie wiem nawet czemu, bo ciężko pomylić dziką fuksję z bladym różem – któregoś dnia sięgnęło mi się [może w ramach odświeżenia znajomości?] w perfumerii po Pink Quartz.

<werble>
Tak jakby mi mało Durbano było.

Olivier ma w moim sercu swoje stałe miejsce. Z wygrawerowaną tabliczką i reflektorem. Forever. Zaczęło się od piniowych cukierków [Jade], potem było kadzidło na herbatkę u babci [Cristal de Roche], a ostatnio przedziwnie ziołowo-skórzano-korzenny Heliotrope, którego naprawdę muszę kiedyś zrecenzować.
Więc może i to powinnam przewidzieć, na fali różanego szału?

pink quartz

Pink Quartz to kadzidło leniwe.
W sumie też byłabym leniwa, gdyby otaczały mnie takie luksusy i wspaniałości.

Otwarcie jest zaskakująco ciężkie. Gęsty, skrystalizowany, kremowy miód wtapia się w skórę, by po chwili… zniknąć, jak butelka dwójniaka zostawiona ze mną w jednym pokoju.
Na tęsknotę i ubolewanie nie ma jednak czasu, bo do głosu dochodzą cudowne róże. A właściwie różana konfitura, z metalicznym surowym chłodem w tle. Różaność pełna, mięsista i niespokojna: raz oleista jak olejek z róży stulistnej [ten miodowy akord…], raz świeża i rześka jak geranium [to z kolei zasługa palmarosy].
Nie za słodko?

Ano nie za słodko. Aksamitna kwiatowa słodycz jest tu zręcznie podbita soczystą zielonością różanych łodyg i pikantnymi nutami drzewnymi. Cytrusowe geranium wyrywa się na pierwszy plan, tłumiąc na moment oleistość i dając zmysłom odrobinę wytchnienia – ale nie na długo. Jeden głęboki wdech i Jej Wysokość Róża znowu wciąga mnie w swoje ciężkie od mięsistych płatków objęcia.

Otumaniona słodyczą, mam wrażenie jakby cała kompozycja nabierała coraz intensywniejszych barw, róże stają się bardziej krwiste, kolce ostrzejsze, ziemia dziwnie wilgotna… Stop, to tylko róże. To tylko niewinne róże.

 

Kadzidło ujawnia się dopiero w późnej bazie. Leniwie, niespiesznie, w doborowym towarzystwie. Klasyczne olibanum z klasycznym lekko cytrusowym akordem w głębi. Geranium i imbir – ciągle wyczuwalne – łagodzone przez słodką, podsuszoną paczulę i kremowo-puchatą ambrę; dają wrażenie obecności słodkiej szałwii.
Grejpfrut, nagle, bo czemu nie. I kurtyna, bo po kilku godzinach zapach na skórze blaknie, a róża z płatkowej bogini zmienia się w, włożone między strony najgrubszej oprawionej w skórę książki, zasuszone wspomnienie.

Czy muszę dodawać, że kolejny durbanowy flakon to jedynie kwestia czasu? ;]

 

Nuty:
głowy: bergamotka, różowy grapefruit, somalijskie kadzidło (olibanum), szafran, imbir
serca: palmarosa, róża damasceńska, indyjskie drzewo różane
bazy: absolut z róży indyjskiej, szara ambra, paczula, mirra, benzoes, białe piżmo
Data powstania: 2010
Twórca: Olivier Durbano
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.perfumeriaquality.pl

Annick Goutal: Nuit Étoilée

poniedziałek, Maj 14th, 2012

Wyczekiwałam, powąchałam, wzruszyłam ramionami. Zauważam, że to u mnie coraz powszechniejsza praktyka ;]
Tu wyjątkowo wróciłam, ze względu na jeden zgrzyt. A nawet zgrzyt niejeden.

 

Jest źle od samego otwarcia – niby typowe i klasyczne, jak sztuka perfumeryjna przykazuje, a więc hello, cytrusy, ale jakby tak… nie tylko cytrusy? Wąchając Nuit Étoilée mam dziwne wrażenie, że coś jest nie w porządku, chociaż wszystko pozornie wygląda pięknie i właściwie…

Jak w horrorach!
Wystarczy więc, że nie będę oglądać się za siebie i powinnam przeżyć.

 

Tymczasem nocą.


Gdzieś pod stertą kwaśnych cytryn, rześkiej werbeny [takie moje artystyczne założenie] i gorzkiej bergamotki [patrz wcześniejszy nawias] coś się psuje. Dosłownie. Kisi się. Kwaśnieje ciut za bardzo. Robaczywieje. Ta goryczka nie jest normalna, jest w niej coś fizjologicznego i niekoniecznie przyjemnego [podróżni bywający często na Dworcu Centralnym wiedzą zapewne, co mam na myśli]. Tak, właśnie „tak” fizjologicznego. Mięta nie poprawia sytuacji, wręcz ją pogarsza, dodając nutkę nachalnego odświeżacza, w myśl teorii „nieważne, co jadłem i piłem, po miętówce na pewno nikt nic nie zauważy”.

A potem następuje najgorsze – jodła syberyjska.

 

Jeżeli nie mieliście okazji wąchać esencji z gat. Abies sibirica, jesteście ludźmi szczęśliwymi. Jakże byłam naiwna, rzucając się na buteleczkę tego olejku i jakież było moje zdziwienie, kiedy sygnał od nosa dotarł w końcu do mózgu…
Jak pachnie? Hm. Wyobraźcie sobie solidnej postury robotnika w swoim klasycznym ubiorze na każdą okazję: podkoszulku, po całym dniu pracy w pełnym słońcu. Wyekstrahujcie z tej wizji podkoszulek. Nie, to jeszcze nie koniec. Podkoszulek rzućcie na fotel przed telewizorem, a następnie połóżcie na nim psa, po całym dniu zabawy w pełnym słońcu. Tak, sądzę, że już wystarczy. Jodła syberyjska w czystej formie pachnie jak przepocona, zmiętolona i zleżała [pod psem] koszulka. Sorry, naprawdę chciałabym żeby było inaczej, ale limit cudów na to stulecie wyczerpałam, zdając egzamin na prawo jazdy.

Mamy więc w efekcie końcowym nadpsute cytryny [chociaż jakby na to popatrzeć z drugiej strony, może to już limonki?] i fazę traumatycznego podkoszulka. Na szczęście jak wspominałam, gorzej już nie jest – nawet się nieznacznie poprawia. Upiorne nutki bledną, zostawiając całkiem przyjemny piernikowo-mleczny akord.
Coś jak mocno rozwodnione Le Feu albo połowa Etry. Miło, ale niewystarczająco miło żeby zatrzeć wcześniejsze wizje ;]

Strasznie niecierpliwie czekałam na ten zapach, a tu taka wtopa. Może na kimś innym będzie ładnie się układać… Ja niestety do iglaków szczęścia nie mam.

 

Nuty: cytryna, słodka pomarańcza, mięta pieprzowa, jodła syberyjska, absolut z nasion dzięgla
Data powstania: 2012
Twórca: Isabelle Doyen i Camille Goutal
Koncentracja: woda toaletowa

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.alzd.de

Clive Christian: 1872 for Women

wtorek, Styczeń 31st, 2012

Do recenzji 1872 Clive’a Christiana zbieram się bardzo powoli i ostrożnie. I długo.

Jeśli chodzi o tę markę, przechodziłam już przez wszystkie emocje; od cenowej niechęci, przez odrazę [X vel trauma], pogardliwe wrażenie „przerostu formy nad treścią” i machnięcie ręką, po zapoznanie się z historią marki i rosnące z tegoż powodu zainteresowanie. Luksusowe kuchnie mnie nie kręcą, ale cokolwiek co zahacza o epokę wiktoriańską i gorsety, może liczyć na swoje pięć minut w moim sercu. Clive wykorzystał je zaskakująco dobrze.

No, przynajmniej w jednej czwartej… Nie przemawia do mnie złoty No. 1, irysowy X [vel trauma] czy ciekawy, ale kompletnie na mnie nie leżący C. Ale szmaragdowozielony „1872” to zupełnie inna opowieść. Opowieść, która powinna nosić tytuł „mniej znaczy więcej”.

Oto bowiem cytrus doskonały. Kompozycja, która z pozoru wydaje się prosta, ale ma w sobie tyle dostojności i powściągliwego piękna, że z wrażenia aż zamieram z nosem przy nadgarstku.

Nie spodziewałam się tego. Cytrusów niepodobnych do wszystkiego, co do tej pory czułam w perfumach; miękkich i subtelnych, z kremowo-ziołową głębią. Odświeżających, a jednocześnie stonowanych i tak niesamowicie kobiecych. Róża i jaśmin nie pchają się na pierwszy plan, nie mieszają w tendencyjnie miodowy akord; spokojnie i z gracją krążą ukryte w głębi, czekając na swoją kolej i odkrycie ich wśród mieszających się i rozkwitających składników. W 1872 szczególnie upodobałam sobie konwalię – wyraźną, ale nie syntetyczną. Złagodzona fiołkiem i rozmarynem [poezja nie rozmaryn!!!] może w sobie rozkochać najbardziej opornego konwaliofoba.
Mimo dość dużej ilości nut ostrych i teoretycznie „męskich”, perfumy nie trącą wodą kolońską, ale nabierają wytrawnych, szlachetnych tonów. Tak, właśnie taki jest ten zapach. Szlachetny. Królewski.

Czuję, że zaczynam się ocierać o patos, ale nie potrafię inaczej opisać 1872; to niesamowite, jak ten zapach na mnie działa – wycisza, wysubtelnia i trwa bez końca, wprawiając mnie w absolutną zapachową nirwanę.
Chciałabym go kiedyś mieć w swoim zbiorze.

Również z powodu komplementów, które zbieram za każdym razem, kiedy go testuję… ;)

 

Nuty:
głowy: bergamotka, tangerynka, cytryna, ananas, borówka amerykańska, rozmaryn
serca: róża majowa, konwalia, jaśmin, fiołek, frezja
bazy: drzewo cedrowe, drzewo sandałowe, drzewo gwajakowe, paczula, piżmo, mech
Data powstania: 2001
Twórca: b.d.
Koncentracja: czyste perfumy

 

Zdjęcie pochodzi z oficjalnej strony Clive’a Christiana: clive.com


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates