Posts Tagged ‘zieleń’

Montale: So Iris Intense

niedziela, Marzec 5th, 2017

Są takie zapachy, po poznaniu których ma się ochotę zapalić papierosa.


If you know what I mean.

.

Przyznam się Wam, że już od dłuższego czasu nie spodziewa(ła)m się po Montale niczego. Brak oczekiwań = brak rozczarowań, co w przypadku coraz większej ilości niszowych perfum okazuje się wychodzić na zdrowie dla moich nerwów i ambicji. Montale zaczął iść w ilość, pakując zapachy do coraz bardziej szkaradnych kolorystycznie flakonów (spodziewałam się, że po gradientowym złoto-różusiu nie może być nic gorszego, ale wtedy pojawił się gradientowy złoto-majtowy turkusik…), więc straciłam do niego serce i trochę porzuciłam (nie powiem, z ulgą dla moich oczu i wyczucia gustu).

Widząc kolejną baterię blaszanych nowości od Montale (niespodzianka, gradienciki!), już, już miałam z pogardą je ominąć… kiedy zobaczyłam w nazwie jednego „iris”.
Nie żebym była irysową fetyszystką. Irys to jeden z bardziej traumatycznych składników jakie znam, szczególnie w – przerażająco przeważająco stosowanej – wersji pudrowo-szminkowo-tłustej (przysięgam, że na samą myśl mi niedobrze). A jednak do irysa mam jakąś dziwną słabość i sentyment, chyba ze względu na Hiris Hermesa. Możliwe że podświadomie szukam dla niego jakiegoś godnego, pięknego zamiennika, który nie przenicuje mi żołądka, ale rozkocha i uzależni… Było kilka całkiem udanych irysowych spotkań (znacząco strzela oczami w stronę Iris des Champs), ale brakowało motyli w brzuchu (nie mylić z motylami w żołądku).
Poza tym, orientalny, oudowy i mocarny Montale i iryski? To jakby My Dying Bride wydał album z bajkami dla dzieci. No helooł!

.

So Iris Intense jest piękny, czysty, irysowy i drewniany.

Zero ociężałej pudrowości. Lekko soczysta, melancholijna zieloność (klimat Zagorsk) łagodnie, kremowo rozlewa się na skórze i wysycha do przepięknych, równie łagodnych i szlachetnych nut drzewnych, nie gubiąc przy tym ani płateczka z irysowego bukietu.
Czysto, prosto, naturalnie. Żadnego obskurnego buduaru i zleżałych czerwonych szminek.

To nie jest zapach skomplikowany i zmienny – i być może to jest jego największa zaleta, bo nic tu irysa nie przytłacza i nie ujmuje jego piękna. Bazowa nuta drewienek przypomina mi nieco klasyka He Wood Dsquared2, z tą różnicą że w HW drewienka są bardziej wypolerowane i słodsze (w końcu połączono je z fiołkiem).

Można na upartego przyczepić się, że niewiele się dzieje, ale powiedzmy sobie szczerze – czasem fajnie jest dla odmiany pachnieć czymś nieskomplikowanym i „czystym”.

Ja jestem całkowicie kupiona. I chrzanić złoto-majtowy turkusik, chcę cały flakon!
(Najwyżej przemaluję go farbą w spray’u.)
(W sumie już ją nawet mam.)

Nuty: irys, sandałowiec, piżmo
Data powstania: 2017
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda perfumowana

.

Gif pochodzi z filmu „Marzyciele”, a macro-pornowe zdjęcie irysa z portfolio Silvii Spedicato (https://500px.com/silviaspedicato)

Frapin: Nevermore

wtorek, Lipiec 21st, 2015

Czasem zdarza się, że w coś się wpadnie i choć zachwyca to i emocjonalnie poniewiera, to brakuje słów, żeby wszystkie emocje opisać. W ciągu ostatnich kilku miesięcy zdarzyło mi się trzykrotnie wpaść po uszy i planuję wszystkie te obsesyjne miłości dzielnie spisać… Choć wszyscy wiemy, jak się u mnie kończą wszelkie obietnice dotyczące częstotliwości dodawania wpisów :3

 

dark-brown-flourish-border-line-hi.

Nie pamiętam już, kiedy po raz pierwszy przeczytałam o Nevermore, ale dokładnie pamiętam to uczucie: wiedziałam że będzie mój. Składu nie musiałam nawet czytać [i co właśnie z zaskoczeniem sobie uświadomiłam, nie pamiętam go do dziś] – nazwa, jak przystało na osobę od kilkunastu lat zakochaną w Edgarze Allanie Poe i jego dziełach, przesądziła sprawę i mój los. Przepadłam, zanim go jeszcze powąchałam.

Zastanawiam się, z której strony podejść do Nevermore, bo aż kusi, żeby zanurzyć się w „Kruku” E.A. Poe, ba, zanurzyć się w całej jego poezji i jak Vincent z filmiku Tima Burtona, już z niej nie wypływać. Ale ten zapach, choć melancholijny, nie jest wcale mroczny. Nie ma w nim horroru ani fantastyki, żadnych romantycznych i tragicznych tajemnic… Jest za to senne przemijanie i zapomnienie.

.
dach2

Nevermore pachnie jak stary, zapomniany kościółek gdzieś na skraju równie starej i zapomnianej drogi. Próchniejące stropy powoli, ale nieubłaganie tracą swoje cenne malowidła, ściany pokrywają się wilgocią i zieloną tapetą z mchów i porostów. Zniszczenia są wszechobecne, ale nadal wyglądają i pachną pięknie…

Pachną starym – przez lata okadzonym i zabalsamowanym palonymi żywicami oraz pastami konserwującymi – drewnem. Ciepłym, miękkim drewnem, przetykanym świeżo kiełkującą zielenią nieubłaganej natury, która koniec końców zawsze zwycięży. Przesyconym kadzidlanym dymem i przykurzonym drewnem, w którym tli się jeszcze aromat świeżo ściętych i oheblowanych desek, na których perliła się kiedyś żywica.
Starym drewnem, który pamięta jeszcze swoją młodość i siłę.

To najpiękniejszy drewniany [nie drzewny] zapach, jaki kiedykolwiek wąchałam i miałam przyjemność nosić. Ciepły i pylisty, a jednocześnie balsamiczny. Stary i zielony, smutny i napawający radosnym wzruszeniem. Ma w sobie coś z dzieciństwa, i to sądzę że dzieciństwa każdego z nas. Przytulny i kojący, wzbudza szacunek i zachwyt.

I tu chyba mogę wrócić do melancholijnego kruka, który uparcie wypowiadał tylko jedno słowo. Jest jak Nevermore: nieubłagany, dostojny, piękny, idealnie spojony z naturą. I już na zawsze, dzięki wierszom E.A. Poe – melancholijny.

 crow1

Nuty: aldehydy, czarny pieprz, gałka muszkatołowa, szafran, róża, ambra, cedr
Data powstania: 2014
Twórca: Anne-Sophie Behaghel
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie pochodzi z bloga liskamonet.blogspot.com
Gif – z serwisu tumblr.com

L’Artisan Parfumeur: Caligna

czwartek, Kwiecień 11th, 2013

Chodzę koło niej od kilku tygodni. Noszę, a raczej ponosiwuję [pardon, przedawkowałam kabaret Hrabi], ciągle planuję opisać i ciągle z tych planów nic nie wychodzi. Może przez jej delikatną naturę czy przyjemną ładność, która choć ładna jest i przyjemna, to mimo wszystko dość trudna do opisania? :)

Caligna… To ten typ zapachu, w którym siedzi się wygodnie na kanapie, z kopytami wyciągniętymi przed sobą i z myślą w głowie „cholera, jakie ja mam zajebiste hobby”. Zapach, który chce się nosić aż do śmierci dna we flakonie. Który niczym nie szokuje, po prostu jest wygodny od początku do końca i nie potrzebuje żadnych fajerwerków, krzyków i ekscesów, żeby zwrócić na siebie uwagę. Jest skromny i leniwy, słoneczny i ciepły, gładki, spójny, idealny… I nie mogę się doczekać, aż napiszę że „jest” w moim perfumowym zbiorze.

 clary sage

 

Początek soczyście – wręcz gorzko – cytrusowy [stawiam na werbenę, od niej zawsze ślinka mi cieknie] i intensywnie zielony. To zieleń mięsista, świeża i pełna słońca: dużo rozgniecionych liści, może figi, może porzeczki… Efekt – genialny. I bardzo apetyczny. I bardzo ulotny.
Soczystość i mięsistość dość szybko w tym pełnym słońcu niknie i choć nutka cytrusów ciągle jest gdzieś w tle wyczuwalna, to całe serce należy do wyczekiwanej gwiazdy wieczoru: szałwii.

Pisałam już, że szałwię kocham i wielbię? Daje w perfumach charakterystyczną nutkę ziołowego suszu vel sianka – łatwo ją wychwycić m.in. w Ambar del Pozo, Mandragore Annick Goutal czy mojej starej miłości, Kenzo pour Homme. Z początku lekko wodnista i yuzowa [niestety], szybko [na szczęście] się ociepla i nabiera tych cudownie słodkich, kruchych nut typowych dla suszonych ziół. Działa na mnie jak kocimiętka na futrzaki. No, może wyłączając głośne miauczenie.

 

A więc szałwia. W towarzystwie bardzo bladej, już zleżałej i wysłodzonej lawendy i coraz bardziej apetycznego, złocistego kwasku, który kojarzy mi się z dojrzałymi, mięsistymi [tak, kwiecień sponsoruje literka M jak mięsisty] owocami. Nuty sugerują co prawda skład zupełnie inny, ale kto by tam wieeerzył ;] Że marmolada jaśminowa? Marmolada byłaby słodsza i cięższa, a tu siedzi kwasek o konsystencji piórka zaledwie, subtelne białe lśnienie, pyłek kwiatowy w spokojnym morzu szałwii. Taką marmoladę to szałwia zjada na śniadanie.

Dalej w zasadzie nie mam już co pisać, bo widzę że jestem o krok od niebiańskiej ekstazy i pompatycznego pitolenia, czego chyba nikt by nie przeżył. Poza tym po raz kolejny skóra postanowiła się na mnie wypiąć i zatrzymuje Calignę na nutach serca. Dosłownie, szałwia+kwasek+marmoladowe tchnienie anielskie i tyle.
Ok, czasowy wzrost stężenia kwasku na upartego, aczkolwiek niechętnie, mogę wytłumaczyć odrobiną jodły czy innego iglaka [z naciskiem na innego iglaka, bo ciągle mam traumę po syberyjskim podkoszulku]. Poza tym: szałwia, szałwia, szałwia.

Napisałabym „do znudzenia”, ale to niemożliwe. Szałwii nie da się przedawkować.

 

Nuty:
głowy: figa
serca: szałwia muszkatołowa, marmolada jaśminowa
bazy: mastyks, szpilki sosnowe, mech
Data powstania: 2013
Twórca: Dora Baghriche-Arnaud
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.flowerspictures.org

L’Artisan Parfumeur: Séville à L’Aube

niedziela, Listopad 4th, 2012

Długo na ten zapach czekałam… może nawet zbyt długo? Odkąd przeczytałam o nim pierwsze wzmianki do momentu, kiedy wreszcie powąchałam i zdobyłam próbkę, minęło kilka dobrych miesięcy. Zdążyłam w ciągu nich zapomnieć, że czekam, ponownie się zapalić, wiedząc że zbliża się do granic Polski i ostudzić po ostatniej bombie, jaka wybuchła z panem D. w roli głównej (odsyłam do wpisu Sabb). Ale, to już przemilczę.

Bo oto wreszcie…

 

Ha! Wachlarze. Wiedzieli, jak mnie podejść!
Śrubkowaty korek, prosty, typowy dla marki flakon, mały zgrzyt przez dopisek „edition limitée”, o czym by tu jeszcze napisać, odwlekając jak się da przejście do opisu zapachu?… ;]

 

Po pierwszym teście byłam na absolutne nie. W sumie po drugim i trzecim również.
Kwiat pomarańczy [mam uraz po Kurkdjianie, a przede wszystkim po Beyond Love Kiliana, który to rozlał mi się w kosmetyczce, przez co pędzel, mimo nawet kilkukrotnego prania i codziennego użytku twarzowego, CIĄGLE PACHNIE KWIATEM POMARAŃCZY] trzymający za gardło kremowo-białe kwiatki jaśminu. A kadzidło? Wosk pszczeli? Umiar?
Ale byłam uparta. Każde poznane l’artisanowe dzieło Duchaufoura – każde! – mnie zachwyciło, dziewięć zachwytów zakończyło się flakonem, więc do diabła, tym razem nie może być inaczej. Wdech, wydech, pora się wgryźć.

 

Prawda jest taka, że z kwiatem pomarańczy niewiele da się zrobić. Jeśli już jest, to morduje lub przynajmniej terroryzuje wszystkie inne składniki, dominuje, rozstawia po kątach, nie zejdzie z tronu nawet za potrzebą, no po prostu nic go nie rusza ani nie wzrusza. Także w Séville à L’Aube nie daje o sobie zapomnieć, ale… ma konkurencję. Jaśmin też ciężko nazwać składnikiem subtelnym i towarzyskim – zachowuje się podobnie do kwiatu pomarańczy, choć może nie aż tak ostentacyjnie… Więc owszem, kwiat pomarańczy trzyma za gardło jaśmin, ale cóż to za zwycięstwo, jeśli przeciwnik trzyma przy twoich el grande cojones całkiem porządnej wielkości nóż? Impas.

Coś mnie drapie w gardle, ale boję się odchrząknąć, bo jeszcze zwrócę ich uwagę. Wyglądają dość groteskowo – jednemu od tego duszenia bieleją knykcie, drugiemu ręka zaczyna niebezpiecznie drżeć… Na szczęście do niczego nie dochodzi i – po chwili trwającej wieczność – nasi bohaterowie pierwszoplanowi rozchodzą się w znaczącym milczeniu, leczyć urażone dumy i szukać rękawiczek do chlaśnięcia się po gębach w celu wyzwania na kolejny groteskowy pojedynek.

I wtedy zauważam drzewko mandarynkowe. Nie żeby nagle pojawiło się w obłoku magicznego dymu – cały czas tam stało, skromne i urocze, zasłonięte przez tych dwóch pieniaczy, uginając się pod ciężarem własnych owoców.
O tak, serce Séville à L’Aube należy do soczystych, słonecznych i słodkich mandarynek. To niesamowite, że kwiaty prawie całkowicie znikają, gdzieś w tle zostaje może delikatna zielona smużka jaśminu, ale to cytrus gra teraz pierwszą rolę. Znacznie ciekawszą, bardziej wielowymiarową i „prawdziwą” niż w l’artisanowej Mandarine. Brawa również dla subtelnej lawendy, która potęguje wytrawną, niedojrzałą zieloność jaśminu i sprawia, że drzewko mandarynkowe daje taki przyjemny cień.
Okolica skąpana jest w promieniach słońca, wokół panuje cisza, którą przerywa jedynie szum traw i cykanie świerszczy, czuję się jakbym znowu była w moim greckim raju, tym razem bez ciążącego jak chmura gradowa terminu wylotu… *Zzzz*.

Budzę się o zachodzie słońca. Ciągle jest przyjemnie ciepło, trawy nabrały złocistej barwy, moja skóra pachnie słońcem, a mandarynki są wprost przepyszne. Moszczę się w trawie czekając na coś nowego, na godne zwieńczenie dnia: powiew dymu z okolicznych domów, smużkę kadzidła z drewnianego kościółka, no może chociaż na jedną miodną pszczołę?
Niestety. Z zapowiadanych hucznie żywicznych składników, w bazie mamy tylko trochę śmietankowego,  magnolio-benzoesowego puchu, nic więcej. Zapach dość szybko niknie, trzy godziny i po mandarynkowo-kremowym akordzie nie ma ani śladu, co dziwi mnie niezmiennie od tygodnia – przecież to woda perfumowana! Nawet toaletowe trzymają się na mnie cały dzień, a tu taka skucha!

 

I nie wiem, co o nim myśleć. Nie potrafię się określić.
Z jednej strony to klasyczne rozczarowanie, bo SaLA pachnie kompletnie inaczej niż go sobie wyobrażałam: połowa nut jest tylko „na papierze”, a druga połowa na skórze odstawia jakieś cyrki. Z drugiej strony – to jest naprawdę niezły zapach, bardzo słoneczny i śródziemnomorski [uprzedzając pytania, wiem gdzie leży Sewilla], typowo cytrusowo-zielony, z upajającą kremowo-biało-płatkową bazą…
Póki jest. Bo znika naprawdę szybko.

 

Nuty:
głowy: pieprz, liście drzewa cytrynowego, petitgrain
serca: kwiat pomarańczy, jaśmin, magnolia, lawenda
bazy: wosk pszczeli, benzoes, olibanum
Data powstania: 2012
Twórca: Bertrand Duchaufour
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony achat-dijon.com

Humiecki & Graef: Skarb

sobota, Kwiecień 21st, 2012

Wprowadzona w nastrój liryczny odrobiną znaczącą ilością Martini Rosso i ścieżką dźwiękową Vampire Hunter D, postanowiłam coś nielirycznie zjechać. Niestety, w pudełku same obiecujące sample: Sonoma Scent Studio, Molvizar, Le Labo… Do diabła, nagle się skubańce pochowały, jestem pewna że miałam coś, co mi się nie spodobało i co postanowiłam usmażyć we własnym jadzie. W desperacji sięgnęłam po moją ostatnią nieudaną randkową parę.

Pora złożyć Skarb w ofierze.

No i tak siedzimy razem, w niezręcznej ciszy. Żałuję, że widziałam plakaty reklamowe, przez co zamiast intrygującego, tajemniczego faceta widzę naprzeciwko siebie rozdziamdzianego i załzawionego chłopaczka, którego coś kłujnęło w usta [pewnie stąd te łzy]. Choć to i tak lepszy obraz niż plakat do Askew [no ja bym to zdjęcie inaczej skadrowała].
A myślałam, że po Tomie Fordzie i Manfredzie w białych skarpetkach i klapkach nic mnie bardziej nie zżenuje. Same niespodzianki.

O czym to ja?… A, Skarb.

Siedzę, wącham i stwierdzam, że to się nam nigdy nie uda. Nie nadajemy na tych samych falach, nie rozumiemy się kompletnie, nic nie iskrzy. Ja potrzebuję trzęsienia ziemi i rzucenia na łóżko jeeezu wróć, trzęsienia ziemi i zapachowego szału składników, a nie anemicznego liźnięcia po skórze wodnistą nutką i wzruszonego tchnienia kadzidłem. Mnie to nie bierze. To nie jest płaczący mężczyzna. Widziałam raz, dwa razy może, widok jest fascynujący i jednocześnie rozdzierający serce. To są emocje i sytuacje, do których nie chce się wracać.
Wysoko mierzyli, próbując coś takiego zamknąć w zapachu, ale niestety – zamiast zapowiadanych łez mężczyzny widzę teatralne łzy nieszczęśliwie zakochanego, acz perfekcyjnie wystylizowanego głównego bohatera opery mydlanej z dekoltem w SEREK.

Od strony technicznej: kompozycja zaskakująco i rozczarowująco podobna do Candour. Jest podobnie fizjologicznie, mleczno-zielono, mdląco, niby drzewnie, zbyt przejrzyście. I płasko. Rozważałam możliwość zamienienia próbek, ale nie, Skarb czcionką nie do niezauważenia – czyli mimo Martini wzrok mam bez zarzutów. Nos też, od wczoraj karmię go Amouage’ami.
Planowałam bliżej poznać Blask, ale straciłam cierpliwość do tworów H&G, więc chyba pożegnam je chłodno i tęsknić nie będę.

 

Nuty: absynt, mirt, lubczyk, ekstrakt z jęczmienia, piżmo, akordy wodne, nasiona marchwi, kadzidło, mirra, paczula, irys, rumianek, suszona śliwka
Data powstania: 2007
Twórca: Christophe Laudamiel
Koncentracja: woda toaletowa skoncentrowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.thelabelfinder.de

Humiecki & Graef: Candour

czwartek, Kwiecień 5th, 2012

Tak, padło na Candour. Mam zacięcie do zaczynania od końca i sporą dawkę niecierpliwości we krwi.

Kiedy testowałam wszystkie zapachy na szybko, na blotterze i niekoniecznie w odpowiednich warunkach zewnętrznych [perfumeria = zapachowa sieczka w powietrzu], ten właśnie złapał mię za serce najmocniej. W warunkach pokojowych i poprysznicowych natomiast, Candour chwyta, owszem – ale za żołądek.
I ścina z nóg z zaskoczenia, widać tylko błysk ostrza.

Nie odmawiam mu urody. Potrafi być piękny, o ile akurat nie jest brzydki ;]

Za piękną nutę głowy odpowiada w dużej mierze trawiasty, mokry i soczysty tatarak, którego akord zachwycił mnie dawno temu w Calamus Comme des Garcons. Ta urocza, tutaj dodatkowo ufiołkowiona i obtoczona w zielonym galbanum zieleninka przełamana jest niestety czymś mniej już pięknym – plastikowo brzmiącą konwalią i mlekiem. Wyjątkowo – nie kokosowym, ale podobnie jak znienawidzony przeze mnie kokos – dającym na skórze lepki, „fizjologiczny” akord.

Uczepili się tej nuty potwornie, straszy mnie z coraz bardziej niepozornych zapachów i doprowadza do fobii, skutkiem czego boję się otworzyć lodówkę, w której na drzwiach stoi karton mleka. Błagam, dajcie sobie spokój z tymi mlecznymi nutami, bo są, nie owijając w karton, ohydne.

 

Wracając do niezdecydowanego w odbiorze siebie Candour – baza ponownie pięknieje. Wysładza się, nabiera kwiatowo-korzennych nut i zaskakująco zbliża się do Platine J.Ch.Brosseau. Już bez Kokosa-Barbarzyńcy [wystarczy jedno straszydło na flakon…], za to z mnóstwem ulepnych kwiatowych pyłków, które dosłownie zatykają i podduszają swoją mocą. Nuta jednocześnie straszna i fascynująca, o ile pod ręką ma się gorzką herbatę i bieżącą wodę w razie przedawkowania.

Naprawdę chciałam, żeby mi się podobał i żeby był tak boski, jak go początkowo widziałam wąchając blotter.
Niestety – nazwa zapachu zobowiązuje, nie ma zmiłuj.

 

Nuty: nuty zielone, tatarak, irys, imbir, galbanum, liście fiołka, liście drzewa oliwnego, szałwia, lawenda, migdał, kardamon, mleko, wanilia, drzewo sandałowe, konwalia.
Data powstania: 2012
Twórca: Christoph Hornetz oraz Christophe Laudamiel
Koncentracja: woda toaletowa

 

Zdjęcie pochodzi ze strony plantsgallery.blogspot.com


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates