Posts Tagged ‘zioła ziółka’

Frapin: Speakeasy

środa, Grudzień 12th, 2012

Zauważam u Frapin ciekawą tendencję do tworzenia zapachów, które coraz bardziej dosłownie i wyraźnie pachną jak „po spożyciu”. Spożyciu mieszanym, szalonym i jeszcze nie zakończonym ;] 1697 miał w sobie sporą dawkę owocowej nalewki i… czekoladowego… koniaku?
Speakeasy to jeden chwiejny krok dalej.

speakeasy

Pierwszy łyk to rum.
Słodki, dębowy, ciemny. Z wyraźnie drzewnym, wytrawnym posmakiem i smużką tabaki w tle. Choć nosi mi się go dobrze, czuję że będzie to zapach wybitnie męski – nawet mimo tej lepkawej słodyczy. Tak; facet, papieros i Speakeasy. Trochę jak dosłodzony L’eau de Navigateur.
Wychylam szklankę.

Następnie na stół wjeżdża orzechówka.
Pewności mieć nie mogę, rum troch przytępił zmysł smaku, ale czuję znajomy ciepło-suchy aromat włoskich orzechów i odrobinę cynmonu, który w tej upojnej i coraz słodszej mieszance przypomina mi… Aziyadé.
Aż sama ze zdumienia przetarłam oszy – tak, Aziyadé, jak setkę strzelił i piorun trzasnął. Nodobra, to na drugą nószkę.

Po nieoszekiwanym wykończniu orzchówki, polewają metaxę.
To bęzzie cięszki wieczór.
Usjiuusłiuu… usiłując usstać ze szklanką w pozycji niewylewającj,  deletkuję się gęstym, winnnm aromatem, łagodnym siołowym suszem i… jakby rószą? A mosz to mięta. Albo mięta s rószą. Ładne. Poprszjeszcz?

Spekaesy to piękny, choć na dłuszszą metę wymagający zapach, niewprwawionych chwytająsy za gardło jednostajną słodyszą. Niemniej pszyjemnie się nim czassm zresetować. Napszykłat codziennie.

 

Nuty:
głowy: rum, dawana, pomarańcza, limonka
serca: mięta, geranium
bazy: skóra, czystek (labdanum), styrak, tytoń, żywica liatry, nieśmiertelnik, bób tonka, białe piżma
Data powstania: 2012
Twórca: Marc-Antoine Cortichiatto
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjće pochozzi ze strony http://www.basenotes.net

Lubin: Korrigan, Galaad i Akkad

niedziela, Listopad 25th, 2012

Pamiętam szał uniesień, kiedy po raz pierwszy przeczytałam o nowych zapachach Lubin. Poeci tego nie opiszą! Flakony, nazwy, historie i składy nut, wszystko powodowało u mnie gorączkę nerwowego oczekiwania. Wreszcie mam, stoją przede mną trzy spore sample, które od kilku dni z lubością oglądam, odkręcam i testuję. Efekty? Uczuciowo zróżnicowane ;]

 

Korrigan

Wiązałam z nim chyba największe nadzieje. Karmelowa nuta pieczonego chleba, whiskey, szafran, drewniana baza, którą dodatek oudu może albo zmoczyć i zepsuć, albo wysuszyć i dopieprzyć… I wszystko to w nim znalazłam. No, prawie.

Otwarcie  jest dość mocno karmelowe i chlebkowe, co za pierwszym razem mnie przeraziło, szczególnie po Jeux de Peau Lutensa i moich ostatnich doświadczeniach perfumiarskich. Niedawno pracowałam z „laktonem klonowym” [nie wiem, jak brzmi jego polska nazwa, ale chodzi o ten składnik], który pachnie obłędnie pysznie, niestety bardzo nie lubi dzielić się przestrzenią z jakimkolwiek innym składnikiem – jest zaborczy i zabójczy. Psuł wszystko, za co się wzięłam, zagłuszał najmocniejsze nuty i sprawiał, że każda kompozycja pachniała w gruncie rzeczy tak samo…
Nie wiem czy użyto go w Korriganie, ale efekt jaki uzyskuję na skórze każe mi tak przypuszczać. Chlebek nie zostawi was ani na krok. Będzie trwać przez całą kompozycję, od wspomnianego otwarcia, przez coraz chłodniejszą i suchą nutę serca, w której obok chlebka próbuje zaistnieć lawenda i wytrawna ambretta, po bazę – niby drzewną, zgrabnie dosuszoną [uff, zero wilgoci!] oudem, ale ciągle słodką i jadalną. Muszę przyznać, że przejście z chłodu serca do szafranowego ciepła bazy [tak, dopiero bazy] jest zaskakujące i bardzo ciekawe; z drugiej strony mimo szczerych chęci i godnego podziwu własnego wysiłku, nie jestem w stanie wyczuć tu ani kropelki whiskey. Kto wysiorbał, przyznać się?!

Kiedy wszystkie nuty przeminą, chlebek pozostanie. Niczym samotny strażnik teksasu, trwać będzie nawet wtedy, kiedy przejadą napisy końcowe i wszyscy opuszczą salę. Jest uroczy, pysznościowy i bardzo miły, ale nie tego oczekiwałam po charakternych Korriganach.

Nuty:
głowy: jagody jałowca, szafran, koniak
serca: lawenda, ambretta (ketmia piżmowa), destylat whisky
bazy: cedr, oud, skóra, wetiwer, piżmo
Data powstania: 2012
Twórca: Thomas Fontaine
Koncentracja: woda perfumowana

Galaad

O tak, moc orientu: bogactwo złocistych przypraw i żywic, słodycz i moc, od której kręci się w głowie.
Zapach od samego początku tak mocny, że aż ciężko wyodrębnić z niego jakiekolwiek nuty czy składniki. W głowie ma się przede wszystkim pełne orientalnego przepychu obrazy. Galaad jest niesamowicie spójny i gęsty.

Mirra i złocisty, lekko drzewny miód, rozgrzany do czerwoności kardamon, ambra za którą dam sobie nos uciąć – po co komu nuty głowy, przejdźmy od razu do sedna serca! Jest intensywnie i głośno, mirra obezwładnia i wciąga do środka kompozycji, która ciągle gorąca i przyprawowa, zrzuca słodkie piórka i przeistacza się w… przystojnego nieznajomego, nonszalancko skręcającego papierosa. Od tabaki aż kręci w nosie; jest lekko pudrowa i słodkawa, na szczęście przed kompletnym zasłodzeniem ratuje ją dodatek skóry. Takiej znoszonej i cielesnej, lekko cierpkiej i bardzo zmysłowo… „męskiej”. Takiej, przez którą lekko się rumienię i poprawiam na krześle. Oto, co zdolne ręce i nos potrafią wyczarować z nudnego, z-lodówki-wyskakującego oudu!

To już kres naszej podróży. W powietrzu unosi się zapach wyschniętych traw, skórzanego siodła i przywleczonej przez wiatr odległej smużki kadzideł. Nieznajomy z zabójczym uśmiechem skręca kolejnego papierosa…

Nuty:
głowy: kardamon, cyprys, rozmaryn
serca: esencja i absolut mirry, miód, balsam copahu
bazy: oud, cedr atlaski, cypriol, tytoń Burley
Data powstania: 2012
Twórca: Delphine Thierry
Koncentracja: woda perfumowana

Akkad

Najlepsze zostawiłam sobie na deser. Bo to się skończy flakonem.

Jak głupio zabrzmiałoby stwierdzenie: „tak pachnie Mezopotamia”? Pewnie bardzo, szczególnie dla tych którzy mają o historii większe pojęcie niż nieco roztrzepany biotechnolog, ale dla mnie to jest właśnie zapach starożytności. Akkad ma w sobie coś z Kyphi, ale nie tak dosłownie… khem, mumijnego.
Jest zapachową sprzecznością. Z jednej strony kusi ziołowymi olejkami, słodkimi balsamicznymi żywicami i kremowo-puchatą ambrą, z drugiej – ciągle zachowuje dostojny, profesjonalny dystans. Wiedząc, jaki jest boski, nie czuje potrzeby narzucania się i egzaltowanego podkreślania swojej wyjątkowości; po prostu robi to, do czego został stworzony: jest boski ;)

Zachwyca mnie w nim przede wszystkim olibanum, które pachnie identycznie jak po zapaleniu, słodko-pikantnie-piaskowo. Nie potrafię „namacalnie” określić tego aromatu, wiem tylko że do tej pory perfumy czysto frankońskie musiałam omijać szerokim łukiem, bo doprowadzały mnie do nieprawdopodobnej, natychmiastowej migreny. Teraz, dzięki Akkadowi, mogę rozkoszować się tym zapachem bez wizji wciskania gałek ocznych do środka czaszki. Yay!

Ale nie ma co się oszukiwać – Akkad to przede wszystkim morze pięknej, kremowej ambry. Mając w składzie zarówno ambrę, jak i styraks i labdanum, które do tworzenia akordu ambry wykorzystywane są w pierwszej kolejności – ekstremum ambrowe jest nieuniknione. Nie oznacza to, że robi się nudno. Cały czas przez ambrową błogość przesączają się smużki dawnych czasów: ziołowo-paczulowy pył zmieszany z olejkami, palone żywice, kadzidlane maści i woskowe stożki, roztapiające się w kontakcie z ciepłem skóry… Wszystko pachnące, luksusowe, bezcenne i rozgrzane słońcem południa.

Nie ma co pisać. Trzeba powąchać.

Nuty:
głowy: mandarynka i bergamotka z Włoch, esencja szałwii muszkatołowej
serca: esencja kardamonu, elemi, kadzidło frankońskie, styrak
bazy: ambra, czystek (labdanum), wanilia, paczula
Data powstania: 2012
Twórca: Delphine Thierry
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcia pochodzą z portalu fragrantica.com.pl

Jesus del Pozo: Ambar

środa, Wrzesień 26th, 2012

Właśnie sobie uświadomiłam, że jakieś dwa miesiące temu od pewnego Cudownego Człowieka dostałam dwie unikatowe próbki, o których, jak mi wstyd, na śmierć zapomniałam. Przypomniał mi o nich osobiście [tzn. zjawił się i sobie przypomniałam], skutkiem czego powstały powyższe dwa zdania i… na kolejne dwa tygodnie zapomniałam o całej akcji. Dzisiaj wreszcie wpis odkurzam, ale akcję-dwie-próbki, jak mi wstyd, przekładam na termin jeszcze późniejszy.
Coś mi wpadło w oko i nos. Coś absolutnie nieoczekiwanego :3

Nie, serio, wsiąkłam w Ambar.

 

 

Mam świra na punkcie bursztynu. Jest ciepły, miękki, „przytulny”, naturalny, ma piękne odcienie i jeszcze czasem robal się w środku trafi. Uwielbiam i kupuję bez grama rozsądku, choć gram bursztynu coraz droższy, żeby później głaskać, ściskać, obracać i międlić. Taki ze mnie świr. Nie znałam zapachu JdP, ale odkąd zobaczyłam zapowiedzi w sieci [a potem recenzję Sabb], wiedziałam że chcę go mieć – a wszystko przez ten flakon…

Widzicie zdjęcie reklamowe? To nie PSP, tak właśnie Ambar prezentuje się na żywo. Genialny kształt flakonu i genialna barwa szkła, bursztynowy do bólu głowy z zachwytu. Ma idealnie gładkie, opływowe jak bursztyn kształty, świetny bursztynowy korek – i ta zawieszka ze sznureczkiem! Normalnie czad. I jak cudnie leży w dłoni. Trochę to trwało, ale wreszcie się doczekałam i od wczoraj jak świr łażę po domu z własnym flakonem w rękach, nie mogąc się nazachwycać ;]

 

Aczkolwiek pierwsze spotkanie z zawartością nie było tak zachwycające, ba! zapowiadało się na rozczarowanie roku. Oczekiwałam [ach, te perfumowe oczekiwania, książki można o nich pisać] zapachu ciepłego, słodkawego, nie żeby ambrowego od razu – ale na pewno przytulnego i kremowego… tymczasem dostałam chłodną lawendą po pysku.
Nie będę się kłócić czy na pewno była to lawenda, może szałwia, choć nigdy jej o takie okrucieństwo nie podejrzewałam, może szałwia z herbatą, a może irys [wróg publiczny numer jeden] udający szałwię i herbatę – nie wiem, grunt że zabolało i zasmuciło. To ma być mój świetlisty bursztyn?
Jednak już po chwili po agresywnej nucie nie było śladu, a na jej miejscu pojawiły się kojące ziółka. Szałwia jaką lubię, czyli słodkawa, lśniąca srebrzyście, niby leniwa ale humorzasta [tutaj na szczęście w dobrym nastroju], wytrawna i dostojna herbata, dodająca charakterystycznego jaśminowego akordu i… ekhm… nie wiem, czy przejdzie mi to przez gardło…

ŁADNY. IRYS.

Ugh, jakoś poszło.
Tak, w Ambar jest irys i nie, nie jest on traumatyczny. Pozostawiony bez towarzystwa paczuli i przypraw, jakoś traci całą swoją butność i odwagę, nie kozaczy, nie rozpycha się, nie wymachuje cherlawymi piąstkami przed nosem; jest naturalny, zielonkawy, o delikatnych kremowych płatkach. Da się? Da się.

A potem jest coraz lepiej: jakby zza drzew wyłoniło się złociste słońce, ogrzewając i rozleniwiając całą kompozycję. Robi się świetliście, ciepło, miękko i wygodnie, zapach szeleszczących liści i kasztanów miesza się ze słodkawym zapachem szpilek iglaków, ziemi i wilgotnej kory drzew… Whooops, wróć, za daleko poszłam w las :)

 

Jest przytulnie, ale nadal nie słodko: w bazie pierwszych skrzypiec nie gra wcale [domniemana] ambra, tylko wygładzone kremowe drewienko. Cedr nie do końca mi pasuje do tego akordu, choć też potrafi być wypolerowany i przytulaśny, ale to raczej gwajak albo spokojny sandałowiec [jak w Eccelso], odrobinę ukwiecony i tym właśnie kwieciem złagodzony.

Ambar ma w sobie, w zasadzie przez cały czas trwania kompozycji, jakąś irytującą [syntetyczną?] nutę, która kojarzy mi się z upartym uparcie z jaśminem. Słodko-gorzką, lekko chropowatą i zadziorną. I choć nie cierpię sztuczności w perfumach, ten składnik wcale Ambar nie pogrąża – wręcz przeciwnie, ciągle pobudza moje zblazowane komórki do zastanawiania się, skąd znam ten akord, podszczypuje i nie pozwala uciąć jesiennej drzemki w jesiennym słońcu.

I z kawałkiem bursztynu w kieszeni.

 

Nuty:
głowy: kardamon, bergamotka, mandarynka
serca: irys, piwonia, herbata
bazy: cedr, szałwia, bursztyn [ambra?]
Data powstania: 2010
Twórca: Marie Salamagne
Koncentracja: woda toaletowa

 

Pierwsze zdjęcie pochodzi ze strony www.trendenciasbelleza.com
Drugie – to miniatura tapety dostępnej o tutaj.

Parfumerie Generale: PG14 Iris Taizo

sobota, Wrzesień 8th, 2012

Wracam.

Parfumerie Generale ma w sobie to coś, co ma również Hermes i L’Artisan – to nie jest sinusoida czy równia pochyła, ich zapachy ciągle trzymają świetny poziom i styl. Rzadko komu udaje się nie przejechać i zepsuć na fali chwilowej popularności. I jeszcze te proste, urocze flakony…

Tak, uwielbiam PG [nie licząc Cuir Venenum, które litościwie wepchnęłam w Short Stories]. Natomiast ten zapach przejdzie do mojej prywatnej historii pt. „gorzkie żale” – nie znałam, chciałam kupić w ciemno, ale przeraziłam się irysem w składzie. Mogłam do wszystkich diabłów kupić. Teraz żałuję ;]

Akt I – Wróg u bram
Otwarcie jest… cóż, brutalnie irysowe. Nie jest to może najbardziej traumatyczna wersja irysa, ale nadal mnie przeraża – pudrowo-gorzką nutą, lekko spaczulowioną i wytrawioną drewnem. Podgrzany ciepłem skóry wydaje się lepić i dusić.
Łez jeszcze nie ronię, ale tak jakby „coś mi wpadło do oka”.

Akt II – Starcie tytanów
Koniec hegemonii irysa następuje nagle i zaskakująco szybko. Irys on – irys off.
Zapach ewoluuje jak pozostawione na słońcu zielsko – ostry, gryzący aromat znika; susz nabiera lekkości, słodyczy i pylistości. Do głosu dochodzi uroczy kardamon, znane i kochane z [nie-zreformułowanej] Dolce Vity kadzidełkowe połączenie wanilii i orientalnych drzew i świetliste, słodkie ciepełko. Iris Taizo łagodnieje, wycisza się i siada na leżaku opatulony kocykiem, grzejąc się w jesiennym słońcu. Jakże mu tego zazdroszczę ;]

Akt III – Delicatessen
Im dłużej Iris Taizo siedzi na skórze, tym mocniej upodabnia się do wspomnianej wcześniej [i nie zepsutej jeszcze „poprawkami”] Dolce Vity. Jest tak samo korzenno-słodki, bardzo ciepły i miodowy, kobiecy, z lekkim kocim pazurem.

To zabawne: gdybym zdobyła odlewkę IT miesiąc temu, rzuciłabym pewnie w kąt – nie, lepiej nie, jeszcze bym ją stłukła i musiała się mordować z zapachem dłużej niż z najgorszą grypą ;] Ale że moje kości już czują jesień, wszystko mi nią pachnie… Dolce Vita stała się moją codzienną towarzyszką, skrzętnie reglamentowaną ze względu na rychły koniec „starego” flakonu. A Iris Taizo wkroczył w moją jesienną melancholię w najlepszym możliwym momencie, dzięki czemu ma naprawdę dużą szansę na ciepłą posadkę w kolekcji. Piękny jest.
Kocham jesień!

 

Nuty: kardamon, miód figowy, irys, egzotyczne drzewo jinkoh z Indonezji, meksykańska wanilia, kadzidło kyara (olibanum), nuty drzewne
Data powstania: 2006
Twórca: Pierre Guillaume
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie pochodzi ze strony luckyscent.com

Hermès: Terre Pure Perfume

piątek, Lipiec 20th, 2012

Jeśli nie chcesz mojej zguby,
Amouage’a kup mi, luby!

Do takiego właśnie wniosku doszłam niedawno z pewnym czarującym mężczyzną, w trakcie rozmowy o serii bibliotecznej Amouage. Przez Opus VI do serca [Nishy] ;]

Żarty żartami, ale jakiś czas później zaczęłam się zastanawiać, czy jest jakiś zapach który działałby na mnie równie mocno i który – noszony przez mężczyznę – trafiłby we mnie, wraz z osobą mu towarzyszącą, jak szczała Amora. Lub piorun – w wersji bardziej optymistycznej.
Bo Opus VI jest tylko mój. Pamiętajcie!

 

Tylko jak ten szczał sprawdzić? Na moim drogim Drugim Połówku? On nie musi mieć na sobie perfum, żeby na mnie działać… On w zasadzie nic na sobie mieć nie musi…

Ekhm, wracając do problemu. Dumałam, ryjąc w próbkach i odlewkach, aż w końcu mnie olśniło. Po kiego szukać daleko i głęboko w niszy, skoro najlepszy przykład mam tuż obok siebie? Dosłownie.

Yup.
Terre d’Hermès.

Uwielbiam Hermèsa. Uwielbiam jego charakterystyczną nutę, która jak filigranowy podpis w rogu obrazu, jest zauważalna w większości kompozycji. Za ten efekt w dużej mierze odpowiedzialny jest Jean-Claude Ellena, ale ta powtarzalność wyjątkowo mi się nie nudzi. Hermès to Hermès. Kocham go.


Terre
w wersji skoncentrowanej po prostu miażdży. Mocą, pieprzną zielonością, specyficznie kwaśnawym wetiwerem i gęstą słodyczą lekko pudrowych, ale nadal mocno drzewnych ziół. Między roślinami wyczuwalny nilowy ogródek, bo czemu nie. I ta żywiczna kremowość w bazie, bogowie!
Tak, to bierze Nishę.

Otwarcie jest bardzo… szybkie. Cytrusy trwają z siedem sekund, czyli pewnie tyle ile na mnie w spotkaniu z mężczyzną-w-Terre trwałoby ubranie.
Grzecznie, nie narzekając na swoją przykrótką rolę, ustępują miejsca nasłonecznionej, łąkowej zieloności ziół. Rozmaryn, geranium, grejpfrut, wetiwer, pieprz [duużo pieprzu] –  serce należy do nich.
W głębi starzejącego się serca, nagrzaną słońcem łąkę wita chłodny wieczór, cień drzew i wilgoć pobliskiego, górskiego strumienia. Mokry mech, kora drzew, ciemnozielone liście… Baza jest coraz ciemniejsza i słodsza, a jednocześnie – coraz bardziej „męska”, ostra. Mimo wszystko, Terre nosi mi się wyśmienicie. Dla tego zapachu nie ma złej skóry.

I co najbardziej mnie zadziwia: mimo że Terre sprzedaje się lepiej niż ciepłe bułeczki, nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek wyczuła go na jakimś anonimowym przechodniu. Nie, na pewno nie mogłam – inaczej pisali by o mnie w gazetach: „Związała i wykorzystała!”, „Przerażeni mężczyźni boją się wychodzić z domów po zmroku. Bary świecą pustkami!”. Nieee, na pewno nie miałam przyjemności.

A szkoda :}
To najlepszy zapach dla faceta; genialnie stapia się ze skórą, genialnie ewoluuje i doprowadza mnie do szaleństwa. Hermesowa perfekcja.

 

Nuty: grejpfrut, pomarańcza, krzemień, pieprz, oleander [bay rose – ?], geranium, wetiwer, paczula
Data powstania: 2009
Twórca: Jean-Claude Ellena
Koncentracja: perfumy

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.dandiz.fr

Amouage: Interlude Man & Interlude Woman

czwartek, Lipiec 5th, 2012

Rozważam strategię.
Zacząć od zachwytów, a na koniec zjechać – czy na odwrót, najgorsze walnąć na początek i na spokojnie próbować znaleźć te dobre strony? Tak, zdecydowanie przemawia do mnie druga opcja; więc: TO JUŻ BYŁO.
Co oczywiście nie jest od razu i koniecznie „kompletnie złe”, ale w przypadku takiej marki jak Amouage, trochę rozczarowuje.

Recenzując Opus VI, zauważyłam że wyczuwam w nim wiele wcześniejszych kompozycji tej marki, wiele znanych mi już akordów i składników. I wszystko fajnie pięknie, kiedy zapach się podoba… W sumie jak się nie podoba, sprawa też jest prosta, bo łatwo wtedy można uzasadnić potok słów krytyki.
Ale powiedzmy sobie szczerze: ileż razy można coś powielać? Ile razy można zachwycać się i kupować w gruncie rzeczy – to samo? Wystarczą mi dyskusje z rodzicielką, która twierdzi że jestem cała w czerni, podczas gdy według mnie mam na sobie co najmniej trzy różne… no. Odcienie. Czerni. Różne! Np. brązową czerń albo bardzo ciemną szarość…

… zapada niezręczna cisza, zrozumienie otoczenia na poziomie ujemnym…

Ok, zmieńmy temat.

 

 

Wiecie, mam taki mały maleńki odchył. Nienawidzę niebieskiego. I czerwonego. I brązowego. Żółty w sumie też jest wstrętny, w pomarańczowym nikt nie wygląda dobrze, a biały to zło pierwotne. Nie potrafię nawet zaakceptować czy kupić perfum, które mają niebieskie opakowanie. Ani czerwone. Ani brązowe. Żółte w sumie… Po prostu nie lubię niebieskiego.

Ale w tych szafirkach Amouage jest coś tak głęboko majestatycznego, że nawet przeglądając zdjęcia w sieci mimowolnie przybieram fizys ameby i ślinię się jak pies do kiełbasy. PIĘKNE SĄ. Paczcie sami. Gaaah.

 

No tak, miałam zacząć od złych wiadomości.

Złe wiadomości są takie, że Interlude Man pachnie jak Opus IV + Opus VI, a Interlude Woman jak Acqua Fiorentina + Hajj.
Dobre wiadomości są takie, że Interlude Man pachnie jak Opus IV + Opus VI. Kropka. Coś, co chociażby stało koło AF, nie ma prawa być dobre. Nigdy.
I to tyle, jeśli chodzi o suspens.

 

Interlude Man

Rozpoczyna się pięknie, bo czarnym dymem i kardamonem.
Usiłując wyprzeć z głowy skojarzenie z Fvmidvsem, skupiam się na kardamonie, podbitym odświeżającą miętową żywicą [Opus IV kłania się nisko] i pieprzno-korzennym, coraz słodszym labdanum [Opus VI odbija piłeczkę]. Dym spowija skórę, unosi się nisko nad całą kompozycją chowając przed wzrokiem – i nosem – pozostałe składniki. W końcu resztki tlącej się materii gasną i okazuje się, że powodem całego zajścia było stare, powalone drzewo, sczerniałe od ognia i lśniące rozgrzaną żywicą agarową.

Interlude H jest ciepły, bardzo ciepły, cielesny i tętniący. Przed nadmiarem słodyczy broni go ostry, słony i przeraźliwie suchy oud. Nie jest to mój ulubiony składnik, co rozpoznaję po szpikulcu wbijającym mi się za prawe oko za każdym razem kiedy biorę wdech z I., ale z heroicznym masochizmem przyznać muszę, że to najlepszy oud, jaki w życiu wąchałam. Jednocześnie najbardziej zabójczy.

Po zaledwie dwóch godzinach Interlude znika za mgiełką słodkiej, skórzano-puchatej paczuli i z oudowego molocha staje się uperfumowaną skórzaną rękawiczką. Czarną.

 

Nuty:
głowy: bergamotka, oregano, pieprz [korzennik?]
serca: kadzidło, ambra, labdanum, opoponaks, mirra
bazy: skóra, paczula, oud, drzewo sandałowe
Data powstania: 2012
Twórca: Pierre Negrin
Koncentracja: woda perfumowana

 

Interlude Woman

I tu zaczynają się schody – jak ocenić zapach, od którego świeczki stają w oczach?
Nie z zachwytu, dodam.

Interlude F to w moim odczuciu kolejna po [również damskim] Honour ofiara europeizacji marki. Nie oszukujmy się, to nie jest już stary dobry Amouage, tylko owockowo-kwaskowy napój [nawet nie sok!], z syntetycznie upudrzonym, zabarwionym chemią na haluno-zielono i kwaśnym kiwi w roli głównej.

Ono nie zna litości i zdecydowanie nie wie, kiedy ze sceny zejść – trwa więc przez wszystkie fazy kompozycji, doprowadzając moje prawe oko do granic wytrzymałości. Nawet nuty kawy nie wytrzymały tej presji i się ukwasiły, a kadzidła i róża zwiały przy pierwszej nadarzającej się okazji. Przymykając [prawe] oko na kiwi-podobny twór syntetyczny, można wychwycić trochę orzechowo-miodowego akordu sianka. Pyszności. Póki nie wróci kiwi-po-twór, oczywiście, a wierzcie mi – ono zawsze wraca

 

Nuty:
głowy: bergamotka, imbir, grapefruit, nagietek lekarski
serca: kadzidło, róża, kwiat pomarańczy, jaśmin, orzech włoski, kawa, kiwi, drzewo sandałowe, miód, nieśmiertelnik, opoponaks
bazy: wanilia, skóra, mech dębowy, ambra, benzoes, bób Tonka, piżmo, oud, drzewo sandałowe
Data powstania: 2012
Twórca: Karine Vinchon Spehner
Koncentracja: woda perfumowana

 

Podsumowując… Czego nigdy w zasadzie nie robiłam…
Czy jestem zadowolona? Nie.
Czy kupiłabym Interlude Man? Oczywiście, że tak. W celu zrozumienia odsyłam do fragmentu o czarnych ubraniach lub zapraszam do obejrzenia mojej kolekcji sześćdziesięciu różów do policzków [nieee, nie mam takiego, ten jest zupełnie inny!]. Niektórych rzeczy nie da się zmienić ;]

 

Zdjęcie pierwsze pochodzi z profilu marki Amouage na Facebooku
Zdjęcie drugie – betterthandiamond.com

Rancé 1795: Triomphe Millesime

czwartek, Lipiec 5th, 2012

Od godziny siedzę w oparach Triomphe i uroczyście oświadczam, że Napoleon miał dobry gust. A pani Jeanne ma niezaprzeczalny talent, skoro stworzyła coś tak uroczego z irysem w roli [prawie że] głównej.

 

Nie radzę sugerować się składem nutowym. Ani przydzieloną rodziną zapachową, Triomphe to zdecydowanie bardziej zapach aromatyczny niż fougere. Do jego najbliższych krewnych zaliczyłabym Musk Etro, który nabiera podobnie pieprzno-piżmowych nut. I jest podobnie… unisexowy.
Ciekawe, co by na to powiedział Napoleon ;]

 

 

Początek nie zachwyca, jak to często niestety bywa. Irysowy proszek do prania kręci w nosie, a kwiat pomarańczy wydaje się być welurową imitacją prawdziwego kwiatu pomarańczy. A może mam przesyt po Kurkdjianie?
Syntetyczne, na siłę świeże nuty głowy szybko uciekają, zwalniając scenę dla pieprzu – a ten jest nad wyraz udany. Wyczuwalny, ale nie za ostry, złagodzony zielonym, wytrawnym irysem i wetiwerowo-ziemistymi nutami drzewnymi. Na tym etapie Triomphe ma dużo wspólnego z 1681 Carthusii. Kadzidła nie wyczuwam, choć może to ten wetiwerowy w moim odczuciu dymek. Jest ciekawie i spokojnie, bez wybuchów, fajerwerków czy zbędnych popisów.

A potem robi się absolutnie błogo.
Irys coraz bardziej drewnieje, pieprz wietrzeje i ostatecznie, jak po podmuchu gorącego wiatru na pustyni, rozwiewa się. Pozostaje rozgrzany piasek i kawałki wysuszonych drzew. I to drewienkowe piżmo! Właśnie takie jak w Musk Etro, suche, ani trochę pudrowe czy kwiatuchowe, ze wspomnieniem pieprzu i cieniem geranium, apetycznie przyprawowe, no ach. I tak trwa.

 

Muszę ze skruchą przyznać się, że markę Rancé omijałam zawsze szerokim łukiem, ale odkąd pojawiła się seria Riche z boskim Pres de Toi na czele, wpadłam w rance’owy wir z jak najbardziej pozytywnymi skutkami.
A zatem – to jeszcze nie koniec!

 

Nuty:
głowy: bergamotka, neroli, czarny pieprz
serca: irys florencki, kadzidło
bazy: drzewo sandałowe, drzewo cedrowe, wetiwer, piżmo
Data powstania: 2009
Twórca: Jeanne Sandra Rancé [pierwowzór autorstwa Français Rancé]
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.woodfordes-perfumery.co.uk


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates