Posts Tagged ‘żywice’

Frapin: Nevermore

wtorek, Lipiec 21st, 2015

Czasem zdarza się, że w coś się wpadnie i choć zachwyca to i emocjonalnie poniewiera, to brakuje słów, żeby wszystkie emocje opisać. W ciągu ostatnich kilku miesięcy zdarzyło mi się trzykrotnie wpaść po uszy i planuję wszystkie te obsesyjne miłości dzielnie spisać… Choć wszyscy wiemy, jak się u mnie kończą wszelkie obietnice dotyczące częstotliwości dodawania wpisów :3

 

dark-brown-flourish-border-line-hi.

Nie pamiętam już, kiedy po raz pierwszy przeczytałam o Nevermore, ale dokładnie pamiętam to uczucie: wiedziałam że będzie mój. Składu nie musiałam nawet czytać [i co właśnie z zaskoczeniem sobie uświadomiłam, nie pamiętam go do dziś] – nazwa, jak przystało na osobę od kilkunastu lat zakochaną w Edgarze Allanie Poe i jego dziełach, przesądziła sprawę i mój los. Przepadłam, zanim go jeszcze powąchałam.

Zastanawiam się, z której strony podejść do Nevermore, bo aż kusi, żeby zanurzyć się w „Kruku” E.A. Poe, ba, zanurzyć się w całej jego poezji i jak Vincent z filmiku Tima Burtona, już z niej nie wypływać. Ale ten zapach, choć melancholijny, nie jest wcale mroczny. Nie ma w nim horroru ani fantastyki, żadnych romantycznych i tragicznych tajemnic… Jest za to senne przemijanie i zapomnienie.

.
dach2

Nevermore pachnie jak stary, zapomniany kościółek gdzieś na skraju równie starej i zapomnianej drogi. Próchniejące stropy powoli, ale nieubłaganie tracą swoje cenne malowidła, ściany pokrywają się wilgocią i zieloną tapetą z mchów i porostów. Zniszczenia są wszechobecne, ale nadal wyglądają i pachną pięknie…

Pachną starym – przez lata okadzonym i zabalsamowanym palonymi żywicami oraz pastami konserwującymi – drewnem. Ciepłym, miękkim drewnem, przetykanym świeżo kiełkującą zielenią nieubłaganej natury, która koniec końców zawsze zwycięży. Przesyconym kadzidlanym dymem i przykurzonym drewnem, w którym tli się jeszcze aromat świeżo ściętych i oheblowanych desek, na których perliła się kiedyś żywica.
Starym drewnem, który pamięta jeszcze swoją młodość i siłę.

To najpiękniejszy drewniany [nie drzewny] zapach, jaki kiedykolwiek wąchałam i miałam przyjemność nosić. Ciepły i pylisty, a jednocześnie balsamiczny. Stary i zielony, smutny i napawający radosnym wzruszeniem. Ma w sobie coś z dzieciństwa, i to sądzę że dzieciństwa każdego z nas. Przytulny i kojący, wzbudza szacunek i zachwyt.

I tu chyba mogę wrócić do melancholijnego kruka, który uparcie wypowiadał tylko jedno słowo. Jest jak Nevermore: nieubłagany, dostojny, piękny, idealnie spojony z naturą. I już na zawsze, dzięki wierszom E.A. Poe – melancholijny.

 crow1

Nuty: aldehydy, czarny pieprz, gałka muszkatołowa, szafran, róża, ambra, cedr
Data powstania: 2014
Twórca: Anne-Sophie Behaghel
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie pochodzi z bloga liskamonet.blogspot.com
Gif – z serwisu tumblr.com

Lorenzo Villoresi: Piper Nigrum

wtorek, Marzec 10th, 2015

Ten pieprz, och ten pieprz! *-*

Kiedy biorę do ręki [wreszcie własny!] flakon Piper Nigrum, kończy się zawsze tak samo. Jak kot z kocimiętką, jak pies z ekhm, truchłem królika w trawie… Bez umiaru, niczym człowiek pierwotny, z amokiem w oczach mam ochotę się w tych perfumach wytarzać, wykąpać, wypić duszkiem i strzelić w krwioobieg.

.

requiem

 

Piper Nigrum to najkrócej mówiąc zioła doprowadzone do perfumeryjnej perfekcji.

Choć tytułowy pieprz obecny jest stale i na każdym etapie trwania fazy kompozycji, nie powiedziałabym że to on jest tu najważniejszy i najciekawszy… Zdecydowanie największe drżenie serca i tzw. opad majtów powodują u mnie anyż i goździki. Słodkie, balsamiczne i bezkresne. Kiedy raz zapadną w nos, zmysły bezwiednie będą za nimi podążać, nieczułe na inne nuty, piętrzące się w tej ziołowej masie.

Tutaj goździki to kremowa słodycz o barwie ciepłego mahoniu, gładka i apetyczna. Kobieca i zmysłowa.
Goździkowy epos.

.

No ale, ponieważ wypadałoby napisać coś więcej…

Rozgryzając ambitnie pieprzną głębię PN, zachwyca w niej przede wszystkim łagodny i kojący akord suszonych ziół. Mięta, lawenda, lebiodka – wszystkie te przyprawy są same w sobie dość ostre i bardzo łatwe do odróżnienia, ale po wysuszeniu nabierają charakterystycznie miękkiej, przykurzonej słodyczy. Takie właśnie jest serce PN. Kwiaty lawendy schną w dłoniach w ciągu kilku chwil, kruszejąc do popielatego pyłu. Gałka muszkatołowa i drzewny kardamon [tam musi być kardamon!] dodają starodawnej, kuchennej i orientalnej pikanterii. Takie kuchenne retro w wersji drapieżnej; jak kucharz-kochanek, uwijający się po kuchni w fartuszku. Wyłącznie w fartuszku ;]

.

Piszę o sercu zapachu, ale tak naprawdę w przypadku PN to określenie bardzo względne. Piper Nigrum to jednolita, pieczołowicie ukręcona w moździerzu mieszanka ziół i przypraw, w której [poza nokautującym wejściem smoka pieprzem i kardamonem] wszystkie nuty tworzą spójną, bogatą ale niezmienną w czasie kompozycję, w której na dodatek… przykro mówić – zabrakło miejsca na nuty bazy.

Możemy się kłócić i pojedynkować, zdania nie zmienię. W gęstym morzu goździków nie jestem w stanie dosięgnąć do dna tego zapachu. Żadnego cedru, żadnej ambry, żadnych kadzidlanych bobków. Możliwe, że wzburzone morze roztarło miękkie żywice w pył i ślad na zawsze po nich zaginął. Jak kiedyś po jednym neonku w moim akwarium.

 

clove-spice

Nuty:
głowy: dziki anyż, dziki koper, mięta pieprzowa, cytrusy, akordy zielone i iglaste
serca: czarny pieprz, oregano, gałka muszkatołowa, elemi, olibanum, petitgrain, liście goździka, morski rozmaryn, przyprawy
bazy: ambra, styraks, benzoes, balsam peru, mirra, cedr atlaski, nuty drzewne
Data powstania: 1999
Twórca: Lorenzo Villoresi
Koncentracja: woda toaletowa (o mocy wody perfumowanej, nawiasem mówiąc)

 

Gif pochodzi z filmu Requiem dla Snu.
Zdjęcie ze strony pipetea.com

 

P.S. Ciągle podejrzewam skalara.

Olympic Orchids: Blackbird

piątek, Styczeń 30th, 2015

Truizmem byłoby napisanie, jak niesamowite emocje potrafią wywołać lub wzbudzić perfumy. Spotykałam już zapachy smutne, melancholijne, złośliwe, prowokujące… Znowu truizm. Ale wiecie, o co mi chodzi.

Nie w każdym jest taka magia, nie każdy do mnie przemawia; niektóre prześlizgują się między myślami i rozpływają w powietrzu, niezapamiętane. A niektóre zapadają tak głęboko, że czuję, jak ciągną mnie w dół.

Na samo dno.

.

kojima

.

Nic nie zapowiadało tak efektownego upadku w ciemność.

Iglaste otwarcie jest zielone, miękkie i wilgotne, jak mech w poszyciu, jak rozpadająca się ze starości kora na drzewie. Dzikie, buchające drzewnością, kuszące. Słodycz sosnowych szpilek i leśnych owoców ustępuje po jakimś czasie kwaśnej, tak charakterystycznej nucie jodły syberyjskiej, ale w tym połączeniu – nie traci ona swojego piękna. Jest soczyście, zielono, leśnie do granic wytrzymałości i poczytalności.
Przekraczasz granicę drzew, wchodzisz głębiej w gęstą zieleń i nawet nie zauważasz, że światła jest coraz mniej, a z koron drzew nie dobiega żaden ptasi śpiew…

I przepadasz.
Nie ma drzew. Nie ma miękkiej zieleni ani orzeźwiającej, sosnowej żywicy.
Jest za to czerń, gęsty mrok, tak obezwładniający, że nawet nie myślisz o strachu. Czerń, która niczym najgęstsza melasa oblepia ciało i myśli, unieruchamiając je. Wspomnienie zielonego lasu ledwo zdąży się pojawić, już znika – delikatna, przestrzenna kadzidlana smużka rozpływa się w idealnej ciemności. Lepki, słodki mrok otula i ciągnie coraz głębiej. Zapadasz się.

Nie ma morału, nie ma epilogu. Przestajesz istnieć. Czerń trwa wiecznie.

Dawno już żaden zapach nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Jest prosty i tak ostry/intensywny, że za każdym razem doprowadza mnie do migreny, ale masochistycznie nie jestem w stanie się od niego oderwać. Jest prosty i jednostajny, ale w tym właśnie tkwi jego geniusz. Zapadam się w nim, znikam, jak w transie uciekam ze swojego ciała i dryfuję w ciemności. Bez myśli, bez uczuć, bez słów. Ja, Blackbird i moje demony.

 

Nuty: jeżyny, siano, liście, elemi, drewno i żywica cedrowa, ambra, absolut balsamu jodłowego, piżmo
Data powstania: 2013
Twórca: Ellen Covey
Koncentracja: perfumy (25%)

Grafika autorstwa boskiej Ayami Kojima.

Maison Francis Kurkdjian: Absolue pour le Soir

wtorek, Listopad 18th, 2014

Spodziewałam się naprawdę strasznych, traumatycznych przeżyć, po których będę się budzić w nocy z krzykiem i już nigdy nie zagram na skrzypcach. Miało być brudno, cieleśnie, zwierzęco – ba, miało być fizjologicznie i odpychająco. Spodziewałam się dzikiej bestii, która mnie zgubi i pożre.

dracula
Nie wiem, może pomyliła adresy czy co, może ja jeszcze poczekam?
.

Ten zapach ma w sieci absolutnie skrajne opinie; tyle samo osób go kocha, co nienawidzi. W moim otoczeniu zdecydowanie przeważa druga opinia, której zwykle towarzyszą niezwykle plastyczne torsje…

Pamiętam, że kiedy MFK pojawił się w Polsce, testowałam wszystkie kompozycje i zapachowi na wieczór – ani w wersji kolońskiej, ani absolutnej – nie miałam nic do zarzucenia. Apetyczny, gęsty miód podbity benzoesem [benzoes – i wszystko jasne] w absolucie co prawda trochę mnie przytłaczał i potrafił wykształcić własny, acz bardzo źle wychowany byt [to on pierwszy właził do pomieszczenia, dopiero potem wchodziłam ja] – ale jednak „było ok”.

Niedawno uparłam się na powtórkę, trochę zdezorientowana, o co tyle szumu i ostrzenia kołków. I niestety, jak to u mnie zwykle bywa, przepadłam.

.

Najbardziej zachwycające jest otwarcie: to najczystszy dym palącego się kadzidła frankońskiego. Ciepły i słodko-drzewny, ale z taką charakterystyczną gorzko-słoną nutą; orzeźwiający, a jednocześnie… apetyczny [wiadomo – benzoes]. Zagubionych w moim opisie odsyłam do najbliższego kościoła. Tu nie ma żadnej cytruskowej gry wstępnej – mirra, olibanum, benzoes atakują od pierwszych sekund, wpijając swoje narkotyczne zęby w miękkie ciało.

Gęsta, balsamiczna mieszanka powoli roztapia się na skórze, by po chwili ściekać z niej strugami złocistego miodu. Jest słodko, tak słodko, że włącza mi się bezwarunkowy odruch parzenia earl greya, a jednak ani na moment – nie mdląco czy nieprzyjemnie. W lepkich kroplach miodu można wyczuć odrobinę kadzidła oraz różę w wydaniu „konfiturowym”. Po dłuższej chwili znów wybija się żarzące się kadzidło, ale nie na długo – przygasa, oblane miodem… I tak tętni na skórze, nieśmiertelne w swojej mocy i uporze. Miód – kadzidło – miód z różą – kadzidło – miód – miód. Powtarzają się akordy falują, przenikają, pulsują, w idealnej harmonii.

Leżę, uwalona miodem i otumaniona kadzidłem, i czekam na tę obiecaną bestię…
… która okazuje się być nie krwiożerczą bestią z najgorszych horrorów klasy B, ale bestią baśniową. Samotną bestią z magiczną różą. I piękną miłością :)

belle-et-la-bete-1946-002-josette-day-jean-marais-faces-sideways

.
Nic na to nie poradzę, uwielbiam happy endy.

Nuty: benzoes syjamski, absolut kadzidła, miód różany, ylang ylang, kminek, cedr atlaski, sandałowiec
Data powstania: 2010
Twórca: Francis Kurkdjian
Koncentracja: woda perfumowana

 

Pierwsze zdjęcie to kadr z filmu „Bram Stoker’s Dracula” reż. Francisa Forda Copolli z 1992 roku.
Drugie – kadr z „La Belle et la Bête” Jeana Cocteau z 1946 roku.

Slumberhouse: Jeke

wtorek, Lipiec 8th, 2014

Ostatnimi, migrenowymi, czasy wieczory spędzam namiętnie w towarzystwie Henryka Boukołowskiego i Michaiła Bułhakowa ;) Mistrz i Małgorzata od zawsze była jedną z moich najukochańszych książek, a po dorwaniu się do audiobooka, uzależnienie i miłość wzrosły znacząco. Dla otoczenia wręcz… męcząco.

Teraz też: siedzę, słucham i… zastanawiam się, jaki zapach by tu pasował?
Nie zamierzam dopasowywać perfum do poszczególnych postaci [choć taki Azazello byłby prawdziwym wyzwaniem!], myślę bardziej o tym diabolicznym klimacie, panującym w powieści. Diabolicznym, pełnym sprytu, niezwykłego dowcipu i magii…
.

askew

Początek musiałby być mocny, dymny i wręcz odrzucający. Ale nie, nie, żadnej siarki. Wyobrażacie sobie Wolanda, jadącego siarą? Toż to kompletny brak profesjonalizmu ;)
Dymna nuta szybko by się rozwiała, sprawiając że widoczne i wyczuwalne stałyby się kolejne nuty; jak Behemot, leniwie rozwalające się na kanapie z kieliszkiem wódki w łapie. I z marynowanym grzybkiem nadzianym na widelec, w drugiej łapie, oczywiście.

Wódka, dużo wódki. Zimnej, podanej w oszronionej karafce, lekko gryzącej w gardło po piątej kolejce. Gorzkiej, ale na szczęście po chwili przełamanej lekką nutą białego wina (rozbitego w ilościach znacznych przez Stiopę w Jałcie) i czerwonego jak krew wina, pitego przez Procuratora. Po tym gorzkim początku nuty, coraz bardziej pijane i rozkosznie w swym pijaństwie szczęśliwe, rozsłodziłyby się i rozhulały.
Tytoń, tabaka, jakie Pan pali? Nasza marka?…
Czy pan w ogóle nie lubi kwiatów?…
Lubię róże.
Olejek różany, palmy i cyprysy.
Gęsty zapach róż, wręcz balsamiczny… Przechodzący w niesamowite, nieziemskie w swojej urodzie labdanum, ze wszystkimi fasetami, za które tak tę żywicę uwielbiam: jednocześnie kremowe, skórzane, koniakowe, śliwkowo-apetyczne, lekko korzenne i pikantne. Boskie labdanum wtula się z kolei w krągły i zmysłowy, mruczący benzoes. Tak, maść Małgorzaty musiała pachnieć labdanum i benzoesem.

Bo ja pachnąc Jeke, powoli odlatuję pod sufit.
.

slumberhouse

 

Nuty: jałowiec, goździki, czarna herbata Lapsang souchong, paczula, labdanum, benzoes, tytoń, wanilia
Data powstania: 2008
Twórca: b.d.
Koncentracja: ekstrakt perfum

 

P.S. Czy muszę mówić, że flakonu pragnę do bólu? <3

 

Pierwszy obraz autorstwa Christophera Conna Askew [http://www.sekretcity.com/]
Zdjęcie pochodzi z wątku o Slumberhouse na forum Basenotes.
A tutaj cała powieść: Mistrz i Małgorzata

Tak, dzisiaj bez gif-ów ;]

L’Artisan Parfumeur: Aedes de Venustas

czwartek, Marzec 6th, 2014

Załóżmy roboczo, że [podobnie jak Muminki] Nisha zapadła w sen zimowy i obudziła się dopiero wiosną…

willy wonka

… żeby od razu popaść w egzystencjonalne zwątpienie, spowodowane rosnącą zawartością perfumowej kolekcji [co nie uwalnia wbrew pozorom od codziennych dylematów pt. „nie mam czym pachnieeeeć”] i również rosnącym poziomem absurdu na świecie. Ale nie o tym miałam.

Wróćmy do szafy.

narnia

Perfumowej szafy!

.
.

Jak pewnie zauważyliście, miewam różne zapachowe ześwirowania. Lista chciejstw zmienia się jak w kalejdoskopie, choć przeważnie, jak przystało na nosicielkę wirusu mamoniozy, są to rzeczy które już znam i lubię. I oczywiście – mam.
Ale na tej liście są też pozycje od wielu lat niezmienne, w wielu przypadkach nie-do-zdobycia albo zwyczajnie poza moim finansowym zasięgiem. Jednym z takich zapachów był, jak sądziłam, Aedes de Venustas – limitowany l’artisanowy kadzidlak, stworzony dla tytułowego butiku. Naczytałam się o nim, ooo, ileż się naczytałam i ileż to razy brodę ocierałam, bo mi pociekło. Potem w końcu AdV poznałam i oczywiście było jeszcze gorzej.

A teraz, od dwóch dni, mam własny flakon.

Choć w ręce moje wpadł we wtorek koło południa [Escritoro, będę Ci wdzięczna do śmierci!], dopiero przed chwilą zebrałam się na odwagę porwania folii i wyjęcia mojego skarbu z pudełka.

wonka2

Yup.

 

Przypomnijcie sobie wszystko, co przeczytaliście o Aedes de Venustas i dodajcie do tego „Nisha czuje, że”. Ten zapach jest bardzo prosty w odbiorze; nuty są wyraziste i tak zgrabnie wykaligrafowane, że każdy je rozpozna i odczyta bez problemu. Tu nie ma miejsca na teoretyzowanie i kombinowanie.

Dużo pomarańczy, delikatne kyotowe kadzidło, przestrzeń. Słodycz [męskiego] Jubilation XXV, pieprzność Cristal de Roche, soczystość Seville a l’Aube. Otwarcie może nieco odrzucić lub zmigrenić [lub zastosować atak podwójny], ze względu na dość intensywne i gryzące połączenie mdlącego opoponaksu i słodkiego kardamonu. Na szczęście szybko łagodnieje, przechodząc w uroczy, „noszalny” i wygodny dymek. Dymek z pomarańczowym soczkiem i ciepłą, przytulną słodyczą gładkich lśniących żywic.

AdV jest łagodny i przyjemny. Nieprzekombinowany.
Kadzidlany, ale nie gryzący tak, że aż oczy łzawią.
Słodki, ale nie oblepiający gęstymi sokami albo morderczymi kwiatami.
Ciepły, jak tlące się żywice.
Leniwy.

 

Trochę jestem zaskoczona, że wcześniej nie zauważyłam podobieństwa do Jubilation XXV, skupiona na skojarzeniu z Kyoto. Tymczasem na skórze to połączenie obu powyższych kadzideł [które nawiasem mówiąc, jak przystało na nosicielkę wirusu mamoniozy, oczywiście że już mam -.-].

Nie zmienia to faktu, że jestem przeszczęśliwa. Marzyłam o własnym flakonie AdV, pięknym, fioletowo-dymnym i matowym, z apetycznie kadzidlaną zawartością… Marzenia się czasem spełniają! Czego i Wam życzę :)

 

aedes de venustas

Nuty:
głowy: pomarańcza, różowy pieprz, kardamon, kadzidło
serca: pieprz, róża, irys, cedr
bazy: paczula, kawa, opoponaks, benzoes [kocham benzoes!], mech dębowy
Data powstania: 2008
Twórca: Bertrand Duchaufour
Koncentracja: woda perfumowana

.

Gify z odmętów internetu, a piękne zdjęcie flakonu – z Fragrantiki.

Fragonard: Cette Nuit Là

niedziela, Wrzesień 22nd, 2013

Znacie to? Odkryjecie coś przypadkiem [np. z pomocą Cbr ^^], zakochacie się, stanie się waszym nowym signature scent, będziecie nadużywać aż zacznie płynąć w waszej krwi i… wtedy się okaże, że go wycofują.

loki

No właśnie.
Miałam tak z Pocałunkiem Smoka, a obecnie z Cette. Mówią, że do trzech razy sztuka…

.
Cette Nuit Là to zapach absolutnie magiczny. I perfekcyjny.
Po pierwsze i bardzo ważne: jest idealnie odwzorowanym aromatem kadzidełek nag champa – Intrigant Patchouli może się schować do szuflady. Po drugie: ma piękny flakon z fragonardowym słońcem na dnie i bardzo pocieszającą pojemność 200ml. Po trzecie i najważniejsze: jest od początku do końca, od rana do nocy, od słońca po wichurę – absolutnie mój. Każda faza CNL jest piękna i mogłaby trwać wiecznie [w zasadzie nie jest to duża przesada, bo mimo koncentracji wody toaletowej, ten zapach ma i moc i ogon i trwałość, których może mu pozazdrościć wiele wód perfumowanych], każdą nie mogę się nasycić.
.

cette nuit.

Zaskakuje od samego początku – brakiem standardowego cytrusowego otwarcia. Zamiast niego, od pierwszych sekund Cette otula miękkim kadzidłem: słodkim, ale nie przesłodzonym, gdyż w ryzach trzyma je nieco męskie, cierpko-gorzkie neroli. Jednak ta surowa kwiatowa nuta w końcu mięknie pod urokiem kremowych żywicznych nutek, które coraz rozkoszniej układają się na skórze. Po zaledwie kilku minutach Cette rozkwita takim bogactwem orientu, że nie jestem w stanie oderwać od siebie nosa, z oczami jak u kotka ze Shreka podziwiając spójność i kocią grację tej kompozycji.

Granice między nutami głowy, serca i bazy są zatarte – składniki dryfują leniwie, spotykając się, wymieniając, obijając o siebie i wracając. Pierwsze skrzypce należą bezsprzecznie do wyraźnie morskiej ambry i świetnego jakościowo sandałowca [słono-słodkiego, gładkiego i śmietankowego, mniam]. Między nimi przemykają pikantne przyprawy i żywice – wyczuwam budyniową wanilię, słodko-gorzką mirrę, czekoladową paczulę i zaskakująco zwierzęcą [taką lekko „brudną”] nutę piżma. Słodycz pogłębiają upojne białe kwiaty: jestem pewna, że wyczuwam tu narkotyczną nutę gardenii tahitańskiej czy chociaż ylang-ylang, niestety skład o nich milczy, wymieniając jedynie jaśmin. Który potwierdzam, jest. Stłamszony przez gardenię i ylang ;]

Ta równowaga utrzymuje się już do samego końca zapachu, czyli nawet i czternaście godzin – wspominałam, że jest nie do zdarcia. Baza jest może subtelnie bardziej pudrowa i zwierzęca, ale nie zauważam dużych zmian; żadnych potajemnych angielskich wyjść, wszystkie składniki są, tylko mniej ruchliwe ze zmęczenia ;]

Słodkie, urocze i drewniane.

śpiący kotek

.

Wydaje mi się, że gdyby nie resztki instynktu samozachowawczego, wbiłabym w siebie widelec z łakomstwa.
Cała kompozycja daje podobnie apetyczny [owszem tak, dla mnie najapetyczniejsze nuty w perfumach to te, które absolutnie nie nadają się do jedzenia] efekt, co perfumowany Pocałunek Smoka – paczulowo-drzewnego, budyniowego ciasta. Podobna gęstość, słodycz, choć Cette jest dużo mniej humorzaste i kapryśne. Pachnie za każdym razem równie pięknie. Słodko. Zawiesiście i gorąco.

Cette Nuit La wprowadza mnie w tak przyjemnie senny i miękki stan, że nawet nie chce mi się rozrywać na strzępy twórców decyzji o wycofaniu tego arcydzieła. Pokładam całą nadzieję w gołębiach, przelatujących nad ich głowami i w ich malutkich, nieprzewidywalnych przewodach pokarmowych.
Choć zasłużyli na co najmniej kormorany ;]

.

Nuty:
głowy: bergamotka, neroli, galbanum
serca: irys, jaśmin, róża bułgarska, liście fiołka, kminek, kolendra
bazy: sandałowiec, ambra, paczula, piżmo, skóra, wanilia
Data powstania: 2005
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda toaletowa

.

Smutny, acz nadal oko cieszący Loki wzięty z hiddlesgif.tumblr.com
Pierwsze zdjęcie pochodzi ze strony www.fragonard.com
Drugie zdjęcie pochodzi z serwisu critteristic.com


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates