Posts Tagged ‘żywice’

Fragonard: Cette Nuit Là

niedziela, Wrzesień 22nd, 2013

Znacie to? Odkryjecie coś przypadkiem [np. z pomocą Cbr ^^], zakochacie się, stanie się waszym nowym signature scent, będziecie nadużywać aż zacznie płynąć w waszej krwi i… wtedy się okaże, że go wycofują.

loki

No właśnie.
Miałam tak z Pocałunkiem Smoka, a obecnie z Cette. Mówią, że do trzech razy sztuka…

.
Cette Nuit Là to zapach absolutnie magiczny. I perfekcyjny.
Po pierwsze i bardzo ważne: jest idealnie odwzorowanym aromatem kadzidełek nag champa – Intrigant Patchouli może się schować do szuflady. Po drugie: ma piękny flakon z fragonardowym słońcem na dnie i bardzo pocieszającą pojemność 200ml. Po trzecie i najważniejsze: jest od początku do końca, od rana do nocy, od słońca po wichurę – absolutnie mój. Każda faza CNL jest piękna i mogłaby trwać wiecznie [w zasadzie nie jest to duża przesada, bo mimo koncentracji wody toaletowej, ten zapach ma i moc i ogon i trwałość, których może mu pozazdrościć wiele wód perfumowanych], każdą nie mogę się nasycić.
.

cette nuit.

Zaskakuje od samego początku – brakiem standardowego cytrusowego otwarcia. Zamiast niego, od pierwszych sekund Cette otula miękkim kadzidłem: słodkim, ale nie przesłodzonym, gdyż w ryzach trzyma je nieco męskie, cierpko-gorzkie neroli. Jednak ta surowa kwiatowa nuta w końcu mięknie pod urokiem kremowych żywicznych nutek, które coraz rozkoszniej układają się na skórze. Po zaledwie kilku minutach Cette rozkwita takim bogactwem orientu, że nie jestem w stanie oderwać od siebie nosa, z oczami jak u kotka ze Shreka podziwiając spójność i kocią grację tej kompozycji.

Granice między nutami głowy, serca i bazy są zatarte – składniki dryfują leniwie, spotykając się, wymieniając, obijając o siebie i wracając. Pierwsze skrzypce należą bezsprzecznie do wyraźnie morskiej ambry i świetnego jakościowo sandałowca [słono-słodkiego, gładkiego i śmietankowego, mniam]. Między nimi przemykają pikantne przyprawy i żywice – wyczuwam budyniową wanilię, słodko-gorzką mirrę, czekoladową paczulę i zaskakująco zwierzęcą [taką lekko „brudną”] nutę piżma. Słodycz pogłębiają upojne białe kwiaty: jestem pewna, że wyczuwam tu narkotyczną nutę gardenii tahitańskiej czy chociaż ylang-ylang, niestety skład o nich milczy, wymieniając jedynie jaśmin. Który potwierdzam, jest. Stłamszony przez gardenię i ylang ;]

Ta równowaga utrzymuje się już do samego końca zapachu, czyli nawet i czternaście godzin – wspominałam, że jest nie do zdarcia. Baza jest może subtelnie bardziej pudrowa i zwierzęca, ale nie zauważam dużych zmian; żadnych potajemnych angielskich wyjść, wszystkie składniki są, tylko mniej ruchliwe ze zmęczenia ;]

Słodkie, urocze i drewniane.

śpiący kotek

.

Wydaje mi się, że gdyby nie resztki instynktu samozachowawczego, wbiłabym w siebie widelec z łakomstwa.
Cała kompozycja daje podobnie apetyczny [owszem tak, dla mnie najapetyczniejsze nuty w perfumach to te, które absolutnie nie nadają się do jedzenia] efekt, co perfumowany Pocałunek Smoka – paczulowo-drzewnego, budyniowego ciasta. Podobna gęstość, słodycz, choć Cette jest dużo mniej humorzaste i kapryśne. Pachnie za każdym razem równie pięknie. Słodko. Zawiesiście i gorąco.

Cette Nuit La wprowadza mnie w tak przyjemnie senny i miękki stan, że nawet nie chce mi się rozrywać na strzępy twórców decyzji o wycofaniu tego arcydzieła. Pokładam całą nadzieję w gołębiach, przelatujących nad ich głowami i w ich malutkich, nieprzewidywalnych przewodach pokarmowych.
Choć zasłużyli na co najmniej kormorany ;]

.

Nuty:
głowy: bergamotka, neroli, galbanum
serca: irys, jaśmin, róża bułgarska, liście fiołka, kminek, kolendra
bazy: sandałowiec, ambra, paczula, piżmo, skóra, wanilia
Data powstania: 2005
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda toaletowa

.

Smutny, acz nadal oko cieszący Loki wzięty z hiddlesgif.tumblr.com
Pierwsze zdjęcie pochodzi ze strony www.fragonard.com
Drugie zdjęcie pochodzi z serwisu critteristic.com

o żywicach nieco inaczej

sobota, Wrzesień 21st, 2013

Powrócona na ojczyzny łono, strzaskana na heban jak nigdy i sił pełna (NOT!)… już tęsknię za słonecznym Korfu. Niestety codzienność wzywa. Planowałam zacząć od nowości L’Artisana, niestety w połowie dnia do mojej czaszki zapukała taka migrena, że aktualnie jedyne co mam ochotę planować, to z której strony zacząć odrąbywać sobie głowę. Witaj, o szara rzeczywistości! Witaj, migreno!

go away

Nie działa. To może inaczej.

Jak myślicie, czym pachnie Grecja?

Mała dygresja [wiem, nic nowego], bo co najmniej kilka osób czytając to może się zastanawiać co do diabła chłodolubna Nisha, dla której optymalna pogoda to złota-deszczowa-jesień, a wymarzona lokalizacja – Islandia, chce od Grecji? Ano sama Nisha nie wie, ale za musakę i smażone kalmary oraz tzatziki z czarnymi oliwkami da się pokroić.

Wracając do pytania, które jest porażająco ogólne i na które odpowiadać można godzinami, stronami i trzynastozgłoskowcami – chciałam wspomnieć o dwóch pachnących sprawach, a konkretnie o dwóch żywicach kadzidlanych, które w Grecji są cudownie powszechne i dostępne czasem w dość zaskakującej formie.

Czym jest żywica, pisać nie muszę. A jeśli muszę, to odsyłam do skryptu; tym bardziej, że wyjątkowo nie chodzi mi o teorię, ale codzienną praktykę.

.

Po pierwsze, mastyks vel „łzy Chios”.

mastyks2

To zielonkawa, z czasem coraz bardziej blada, cytrynowa lub wręcz biała żywica o łagodnym i odświeżającym smaku zapachu. I smaku ;] Pochodzi z Chios, jednej z Wysp Egejskich, rozsianych po wschodniej stronie kontynentu. Nazwa najprawdopodobniej pochodzi od greckiego czas. żuć  [μάσημα], choć istnieje też wersja dotycząca czas. chłostać [μαστίγωση], jako że wyjątkowo tę żywicę pozyskuje się nie nacinając pień drzewa, ale właśnie dziubiąc go i chłostając. Zastygająca żywica przybiera często formę łez…

Ale, bo miało nie być teorii ;]
Co prawda w tym roku nie dane mi było nacieszyć się mastyksem [Wyspy Jońskie nie podzielają chyba wschodniego szaleństwa], ale smażąc tyłek rok temu na Thassos, chłonęłam go na potęgę.
Mastyks naprawdę nadal stosowany jest w kuchni, szczególnie w deserach – lody mastyksowe [nikt nie chciał, całe moje!], likiery, pasty, guma do żucia [yup!] oraz mastyksowe rachatłukum, które można kupić również w naszym szarym kraju. Polecam rozejrzeć się po sklepach z suszonymi owocami i orientalnymi przysmakami, swojego czasu regularnie robiłam mastyksowy napad na takie stoisko w warszawskiej Arkadii.

Ale, ponieważ nie samymi słodyczami człowiek żyje…. Poznajcie mastihę, 100% Grecji w Grecji :)

Cmastichazęsto mylona jest ouzo, ze względu na zapach [w ouzo mocno anyżkowy] – ale to zupełnie inna historia; mastiha jest od niego dużo łagodniejsza i słodsza. Dodana do wody, zmienia ją w mleko. Produkowana jest dwuetapowo: najpierw wytwarzana jest wino-podobna baza, która następnie poddawana jest procesom podwójnej destylacji i filtracji z korzeniami drzewa mastyksowego – albo po prostu „doprawiana” żywicą w trakcie destylacji.

Innym greckim alkoholem, w którym znajdziemy żywicę jest retsina – jednak tutaj chodzi o żywicę z sosny alpejskiej, która najprawdopodobniej zupełnie przypadkowo dostała się do alkoholu, który dojrzewał w drewnianych beczkach. A że smak się Grekom spodobał, to tak już zostało ;]

Mastyks polecam z całego serca, bo smak ma niesamowity i pyszny, a i badania dowodzą, że na ciało wpływa nie gorzej niż na ducha ^^

.

.

Po drugie – mirra

myrrh

Grecja pachnie mirrą. To z jej aromatem unoszą się do bogów greckie modlitwy.

Przekonać się o tym mogłam w najstarszym klasztorze Korfu, położonym na najwyższej górze (906 m n.p.m.) wyspy – Pantokratorze [Παντοκράτωρ], z której widać caaałe zielone Korfu i odległe szczyty Albanii. Poświęcony i dedykowany Przeobrażeniu Pańskiemu, ten malutki XIV-wieczny klasztor pełen jest pięknych ikon, srebrnych kadzielnic i drewnianych ław. I ten zapach *-* Gotowa byłam biegać za mnichami i błagać o garść kadzidła które tam palą, na szczęście moje rozpaczliwe modły zostały wysłuchane i z Pantokratora wywiozłam solidny woreczek żywicy – oraz woskowe, ręcznie formowane mirrowe kostki, które odkryłam w sklepiku tuż obok klasztoru.

kadzidła

Żywica otoczona jest aromatyzowanym pudrem i ma dość surowy, kadzidlano-cierpki zapach, z kolei woskowe kostki są słodkie i kremowe – wydaje mi się, że to mieszanka żywic i akordu ambry w przypadku tej ciemniejszej; żywic i kwiatów – w jaśniejszej. Wąchałam też trzecią mieszankę, ale była zbyt owocowo-propolisowa i miała okropny żarówiasty kolor ;]
I o ile z grudkami nie będę miała problemu, zastanawiam się nad wykorzystaniem wosków. Stopić? Wcierać? ;] Albo może zostawić, niech sobie w szafce pięknie pachną?… Dam znać, jak wypadną testy palenia.

Drugą ciekawostką, na jaką trafiłam w greckich klasztorach i kościołach, były mirrowe olejki. O takie:

olejki

Genialna sprawa. Żadnych ulotek, żadnych informacji o składzie, nic – jest ryzyko, jest zabawa :D
Nie wiem kto to produkuje, z jakich składników ani jakimi metodami. Ciężko cokolwiek znaleźć w sieci.

Choć oba olejki są mirrowe, mocno się różnią. Prawy kupiłam podczas zwiedzania pięknej starówki w Korfu, w sklepie obok małej kapliczki. Ma dość rześki, słodko-cytrusowy aromat [coś jak amouage’owy Attar] i zabójczą trwałość. Ciemniejszy to kolejna pamiątka z Pantokratora, choć widziałam go w wielu innych miejscach. Jest bardzo słodki, kremowy, zmieszany z czymś ambropodobnym i sandałowcowym. Przypomina mi trochę Pocałunek Smoka albo Alamut. Trwałość jeszcze bardziej zabójczo zabójcza.

Może to nic specjalnego, ale ja jestem przeszczęśliwa, że udało mi się takie żywiczne skarby zdobyć :)

.

Niestety żadnych innych pachnących ciekawostek nie zaobserwowałam. Rządzi oliwa z oliwek i kumkwat, ale gdziekolwiek mnie w przyszłym roku los nie rzuci [marzy mi się Bułgaria i Kazanłyk *-* ], będę dzielnie wypatrywać i ścigać wszystko co pachnie i na drzewo nie ucieka :D

.

.

Pierwsze zdjęcie pochodzi z bloga www.eirinika.gr
Drugie z www.greeceandgrapes.com
Trzecie: meridianbotanicals.com
Pozostałe moje.

Van Cleef & Arpels: Bois d’Iris

poniedziałek, Lipiec 15th, 2013

Jeżeli ze względu na nazwę spodziewaliście się masakry, rzezi niewiniątek i okrucieństwa nie do przyjęcia, okropnie Was dzisiaj rozczaruję. Ten irys jest całkiem (z)nośny. Albo ja w bardzo złej formie ;]

van cleef&arpels

Może ze względu na to bois w nazwie? Bo trzeba przyznać, że irys przywalony stosem drewna traci swoje mordercze zapędy i potulnieje. Staje się kremowy i zielonkawy [ale nie marchewkowy], świetlisty i ciepły, taki milusi i trochę nawet żywiczno-skórzany [taką nutę miękkiej skóry często nadaje nie przedobrzony fiołek].
Nie wiem czy słusznie, ale wyczuwam spore podobieństwo do Iris Taizo Parfumerie Generale, który też o dziwo lubię i o zgrozo, noszę czasem z lubością. Ten sam miks miodowej Dolce Vity, gładkiego He Wood i odrobiny pudrowej wanilii.

Szkoda tylko, że zapach mimo swojej estraordynarnej otoczki, tak szybko wypłaszcza się na skórze i niknie… Pół godziny (PÓŁ GODZINY!) i na skórze zostaje lekko plastikowa wanilia. Znika cała świetlistość, miękkość i apetyczne drewna polane miodem, tak pyszne że ma się ochotę wsadzić w nie łyżkę. Trochę jestem rozczarowana. Nie przepadam co prawda za uczuciem wyrywania mózgu przez ucho z wrażenia albo przerażenia, ale niechby się cokolwiek zadziało!

A to tylko mała iskra, gasnąca zanim zdąży cokolwiek rozgrzać.

 

Nuty: irys, mirra, labdanum, kadzidło, ambra, morskie drewna (driftwood), wetiwer, ambra, wanilia, cukier
Data powstania: 2009
Twórca: Emilie Coppermann
Koncentracja: woda perfumowana

 

Oriflame: Elixir Amber Night

piątek, Lipiec 5th, 2013

Ekhm. Załóżmy, że to będzie jeden z tych zaplanowanych, próbkowych wpisów, ok?
Choć prawdę mówiąc, jest to wpis flakonowy, który bezczelnie się między próbki wcisnął. Kilka dni temu nie wiedząc w zasadzie po jaką cholerę i absolutnie nie nauczona doświadczeniem, kupiłam go w ciemno, zapłaciłam i po przyłożeniu głowy do poduszki, natychmiast o nim zapomniałam. Dotarł całkiem szybko i jeszcze szybciej mnie zachwycił.

Ja to w ogóle jakaś chwytliwa jestem.

amber elixir night

 

Po pierwsze – flakon. Przeciwnicy Ori i Avonu zaraz się rozkrzyczą, że to plagiat, podróba i jak tak można. Z jednej strony zgadzam się z nimi, bo podobieństwo do Black Orchid jest bardzo duże, aaaaleee ponieważ zapach to zupełnie inna bajka, a na dodatek zawsze podobał mi się kształt i faktura szkła BO, ale samego BO nie cierpię pasjami [o czym zaświadczyć może mój udomowiony paw i ta recenzja] – będę go bronić. Niech pierwszy, kto nie ma torebki/zegarka/okularów stylizowanych na coś high-endowego i super-exclusivnego [i jest tego pewien], niech pierwszy rzuci bezą! I trafi. Khehe.

Ale mniejsza ze szkłem, które jest naprawdę urocze, śliczne i dobrze wykonane. Co z zawartością?

 

Otóż zawartość zaskakuje. Przede wszystkim dużą zmiennością nut.
Otwarcie – pudrowe, różane, w stylu Ombre Rose l’Original Brosseau, czyli dość lepkie i ciężkie. Po chwili uświadamiam sobie, że ta lepkość to wcale nie pudrowe róże, ale coraz mocniej wiercące w nosie żywice. Słodkie, ale pieprzne, lekko karmelowe, z nutą słonecznej ambry [choć ze względu na duże podobieństwo w tym miejscu do Ambar, nie wiem czy nie powinnam napisać „z nutą słonecznego bursztynu”].
Następnie do głosu dochodzi surowe, wręcz cierpkie kadzidło, które zmienia zapach po raz kolejny. Rozgrzane ciepłem skóry, odsłania swoje słodsze, kremowe oblicze. Spowite w miękkie futerko i milutkie, wypolerowane nuty drzewne, trwa na skórze zaskakująco długo.

Gdybym miała opisać ten zapach i to, jak się czuję kiedy go na sobie mam, pokazałabym to zdjęcie:

sleeping cat

Dodam, że późna baza ponownie się wykadzidla, tym razem w wersji lekko dymnej i mocno przestrzennej.

Kremowo-futerkowy kameleon :)
Zakochanam. Planuję zapas. Walka z rozsądkiem jeszcze trwa.

 

Nuty:
głowy: bergamotka, dzika róża, kadzidło
serca: irys, ambra, benzoes syjamski
bazy: paczula, wanilia burbońska, sandałowiec
Data powstania: 2013
Twórca: b.d.
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcie flakonu pochodzi ze strony blog.ubintervip.pl
Kotek w formie tapety z: www.new-wallpapers.net

Olivier Durbano: Heliotrope

piątek, Luty 22nd, 2013

Boli mnie głowa i nie mogę spać…
Więc piszę.

Kilka tygodni temu na angielskiej Fragrantice odezwała się do mnie dziewczyna o piórze lekkim i umyśle bystrym. Szybko się okazało, że nadajemy na wspólnych falach, tak sympatycznie że perfumowe dyskusje prowadzimy do tej pory.
D. któregoś pięknego dnia napisała do mnie: „Widzę też, że masz w swojej kolekcji Oliviera Durbano. A „widziałaś” może ich ostatni wyczyn pt. „Heliotrop”?  Zaprawdę powiadam Ci – nigdy nie zrozumiem jak firma wypuszczająca tak cudne i charakterne zapachy mogła popełnić tak totalnie nijakie coś…
Wyszczerzyłam się do monitora, albowiem ponieważ akurat od kilku dni skakałam w myślach z radości, że zdobyłam flakon Heliotrope…

Obyło się bez pojedynku ;]

 

Ale faktem jest, że Heliotrope jest dziwny. Po prostu.
Gdybym miała wybrać jedno słowo, które w pełni by go opisywało: byłoby to właśnie – DZIWNY.

Nasze pierwsze spotkanie nie należało do udanych.
Zaaplikowany na przedramię jednym skromnym psiknięciem atomizera, był blady jak roztopowa kałuża i taki… nijaki. Niby skórzany, ale zbyt niemrawo, niby żywiczny, ale zbyt nieśmiało. Machnęłam ręką, poszłam dalej.
W końcu Heliotrope trafił do perfumerii i mogłam go przetestować na porządnie.
Oczywiście tego nie zrobiłam.

 

Nie pamiętam, w jakich okolicznościach w końcu po niego sięgnęłam – chyba z czystej przyzwoitości, zgodnie z masochistyczną i wymagającą nieraz ogromnych poświęceń* zasadą „nie znasz, nie krytykuj”.
(* – Zmierzch, 50 twarzy Grey’a, Justin Bieber, Mon Parfum Cheri)
(Tak, naprawdę to przeczytałam. I naprawdę usiłowałam tego posłuchać. A ostatnie nawet zrecenzowałam.)

Dobra, to może jakieś zdjęcie w ramach zmiany tematu na przyjemniejszy?

heliotrope

Chyba kolor płynu mnie tak zafascynował. Mam słabość do tej barwy: perfumy Trouble, Watch M.Micallef, ekstrakt Must… Choć nie cierpię intensywnych [i nienaturalnych, czyt. nie złocistych] barw soczków czy flakonów, w tej czerwieni jest coś pociągającego.

Nastąpiło drugie podejście.
Nastąpiło objawienie.

Otóż uwaga, informuję, warunkiem koniecznym do testu Heliotrope jest aplikacja do nieprzytomności. Ten zapach musi poddusić, żeby w pełni rozwinąć swoje krwiste skrzydła. A ma co rozwijać.

Niesamowite otwarcie jest jednocześnie mineralne i jadalne. Intensywne nuty żywiczne zachowują się, jakby chciały być zjedzone; układają się w pucharku i dekorują bitą śmietaną. No, prawie ;] Chłód imbiru zrównoważono ognistą papryczką, wytrawność elemi przeciwstawiono słodyczy mandarynek. Skrajności wciśnięte do jednego flakonu – tego nie da się wąchać ze spokojnym sercem.
A właśnie, serce. Decydując się na jeden z biegunów, wybucha gorącem przypraw i narkotyczną, kwiatową stroną Nagarmothy. Jest dziwnie zmysłowo, a jednocześnie zachowawczo; jakbym miała z Heliotrope tajemny szyfr, którego nikt inny nie zna i nie rozumie: dla mnie wręcz erotyczny, dla reszty świata niezauważalny, najwyżej dziwny. Tak jakby tylko mój… ^^

A pod ognistymi podmuchami leży [z czasem coraz bardziej wyczuwalna] piękna, jasna, perfekcyjnie wyprawiona skóra, balsamiczny benzoes i wypolerowane drewno. Żywiczne popioły, choć już stygnące, ciągle zachwycają i powodują szybsze bicie serca. Stapiają się z moją skórą, wygodne i oswojone.

 

Heliotrope jest piękny, bo nieoczywisty.
Nie ma tu wyraźnej nuty „typowo” kadzidlanej, nie ma niczego za co można się leniwie chwycić i przejechać na tym do końca. Żadnego pierwszego planu. Może dlatego nie jest aż tak popularny?

 

Nuty:
głowy: elemi, kadzidło frankońskie, imbir, czerwona mandarynka, papryka chili, dzięgiel
serca: szafran, magnolia, cypriol (nagarmotha), heliotrop
bazy: mirra, cedr, sandałowiec, piżmo, szara ambra, benzoes
Data powstania: 2012
Twórca: Olivier Durbano
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi z bloga sorceryofscent.blogspot.com

Lubin: Korrigan, Galaad i Akkad

niedziela, Listopad 25th, 2012

Pamiętam szał uniesień, kiedy po raz pierwszy przeczytałam o nowych zapachach Lubin. Poeci tego nie opiszą! Flakony, nazwy, historie i składy nut, wszystko powodowało u mnie gorączkę nerwowego oczekiwania. Wreszcie mam, stoją przede mną trzy spore sample, które od kilku dni z lubością oglądam, odkręcam i testuję. Efekty? Uczuciowo zróżnicowane ;]

 

Korrigan

Wiązałam z nim chyba największe nadzieje. Karmelowa nuta pieczonego chleba, whiskey, szafran, drewniana baza, którą dodatek oudu może albo zmoczyć i zepsuć, albo wysuszyć i dopieprzyć… I wszystko to w nim znalazłam. No, prawie.

Otwarcie  jest dość mocno karmelowe i chlebkowe, co za pierwszym razem mnie przeraziło, szczególnie po Jeux de Peau Lutensa i moich ostatnich doświadczeniach perfumiarskich. Niedawno pracowałam z „laktonem klonowym” [nie wiem, jak brzmi jego polska nazwa, ale chodzi o ten składnik], który pachnie obłędnie pysznie, niestety bardzo nie lubi dzielić się przestrzenią z jakimkolwiek innym składnikiem – jest zaborczy i zabójczy. Psuł wszystko, za co się wzięłam, zagłuszał najmocniejsze nuty i sprawiał, że każda kompozycja pachniała w gruncie rzeczy tak samo…
Nie wiem czy użyto go w Korriganie, ale efekt jaki uzyskuję na skórze każe mi tak przypuszczać. Chlebek nie zostawi was ani na krok. Będzie trwać przez całą kompozycję, od wspomnianego otwarcia, przez coraz chłodniejszą i suchą nutę serca, w której obok chlebka próbuje zaistnieć lawenda i wytrawna ambretta, po bazę – niby drzewną, zgrabnie dosuszoną [uff, zero wilgoci!] oudem, ale ciągle słodką i jadalną. Muszę przyznać, że przejście z chłodu serca do szafranowego ciepła bazy [tak, dopiero bazy] jest zaskakujące i bardzo ciekawe; z drugiej strony mimo szczerych chęci i godnego podziwu własnego wysiłku, nie jestem w stanie wyczuć tu ani kropelki whiskey. Kto wysiorbał, przyznać się?!

Kiedy wszystkie nuty przeminą, chlebek pozostanie. Niczym samotny strażnik teksasu, trwać będzie nawet wtedy, kiedy przejadą napisy końcowe i wszyscy opuszczą salę. Jest uroczy, pysznościowy i bardzo miły, ale nie tego oczekiwałam po charakternych Korriganach.

Nuty:
głowy: jagody jałowca, szafran, koniak
serca: lawenda, ambretta (ketmia piżmowa), destylat whisky
bazy: cedr, oud, skóra, wetiwer, piżmo
Data powstania: 2012
Twórca: Thomas Fontaine
Koncentracja: woda perfumowana

Galaad

O tak, moc orientu: bogactwo złocistych przypraw i żywic, słodycz i moc, od której kręci się w głowie.
Zapach od samego początku tak mocny, że aż ciężko wyodrębnić z niego jakiekolwiek nuty czy składniki. W głowie ma się przede wszystkim pełne orientalnego przepychu obrazy. Galaad jest niesamowicie spójny i gęsty.

Mirra i złocisty, lekko drzewny miód, rozgrzany do czerwoności kardamon, ambra za którą dam sobie nos uciąć – po co komu nuty głowy, przejdźmy od razu do sedna serca! Jest intensywnie i głośno, mirra obezwładnia i wciąga do środka kompozycji, która ciągle gorąca i przyprawowa, zrzuca słodkie piórka i przeistacza się w… przystojnego nieznajomego, nonszalancko skręcającego papierosa. Od tabaki aż kręci w nosie; jest lekko pudrowa i słodkawa, na szczęście przed kompletnym zasłodzeniem ratuje ją dodatek skóry. Takiej znoszonej i cielesnej, lekko cierpkiej i bardzo zmysłowo… „męskiej”. Takiej, przez którą lekko się rumienię i poprawiam na krześle. Oto, co zdolne ręce i nos potrafią wyczarować z nudnego, z-lodówki-wyskakującego oudu!

To już kres naszej podróży. W powietrzu unosi się zapach wyschniętych traw, skórzanego siodła i przywleczonej przez wiatr odległej smużki kadzideł. Nieznajomy z zabójczym uśmiechem skręca kolejnego papierosa…

Nuty:
głowy: kardamon, cyprys, rozmaryn
serca: esencja i absolut mirry, miód, balsam copahu
bazy: oud, cedr atlaski, cypriol, tytoń Burley
Data powstania: 2012
Twórca: Delphine Thierry
Koncentracja: woda perfumowana

Akkad

Najlepsze zostawiłam sobie na deser. Bo to się skończy flakonem.

Jak głupio zabrzmiałoby stwierdzenie: „tak pachnie Mezopotamia”? Pewnie bardzo, szczególnie dla tych którzy mają o historii większe pojęcie niż nieco roztrzepany biotechnolog, ale dla mnie to jest właśnie zapach starożytności. Akkad ma w sobie coś z Kyphi, ale nie tak dosłownie… khem, mumijnego.
Jest zapachową sprzecznością. Z jednej strony kusi ziołowymi olejkami, słodkimi balsamicznymi żywicami i kremowo-puchatą ambrą, z drugiej – ciągle zachowuje dostojny, profesjonalny dystans. Wiedząc, jaki jest boski, nie czuje potrzeby narzucania się i egzaltowanego podkreślania swojej wyjątkowości; po prostu robi to, do czego został stworzony: jest boski ;)

Zachwyca mnie w nim przede wszystkim olibanum, które pachnie identycznie jak po zapaleniu, słodko-pikantnie-piaskowo. Nie potrafię „namacalnie” określić tego aromatu, wiem tylko że do tej pory perfumy czysto frankońskie musiałam omijać szerokim łukiem, bo doprowadzały mnie do nieprawdopodobnej, natychmiastowej migreny. Teraz, dzięki Akkadowi, mogę rozkoszować się tym zapachem bez wizji wciskania gałek ocznych do środka czaszki. Yay!

Ale nie ma co się oszukiwać – Akkad to przede wszystkim morze pięknej, kremowej ambry. Mając w składzie zarówno ambrę, jak i styraks i labdanum, które do tworzenia akordu ambry wykorzystywane są w pierwszej kolejności – ekstremum ambrowe jest nieuniknione. Nie oznacza to, że robi się nudno. Cały czas przez ambrową błogość przesączają się smużki dawnych czasów: ziołowo-paczulowy pył zmieszany z olejkami, palone żywice, kadzidlane maści i woskowe stożki, roztapiające się w kontakcie z ciepłem skóry… Wszystko pachnące, luksusowe, bezcenne i rozgrzane słońcem południa.

Nie ma co pisać. Trzeba powąchać.

Nuty:
głowy: mandarynka i bergamotka z Włoch, esencja szałwii muszkatołowej
serca: esencja kardamonu, elemi, kadzidło frankońskie, styrak
bazy: ambra, czystek (labdanum), wanilia, paczula
Data powstania: 2012
Twórca: Delphine Thierry
Koncentracja: woda perfumowana

Zdjęcia pochodzą z portalu fragrantica.com.pl

Annick Goutal: Nuit Étoilée

poniedziałek, Maj 14th, 2012

Wyczekiwałam, powąchałam, wzruszyłam ramionami. Zauważam, że to u mnie coraz powszechniejsza praktyka ;]
Tu wyjątkowo wróciłam, ze względu na jeden zgrzyt. A nawet zgrzyt niejeden.

 

Jest źle od samego otwarcia – niby typowe i klasyczne, jak sztuka perfumeryjna przykazuje, a więc hello, cytrusy, ale jakby tak… nie tylko cytrusy? Wąchając Nuit Étoilée mam dziwne wrażenie, że coś jest nie w porządku, chociaż wszystko pozornie wygląda pięknie i właściwie…

Jak w horrorach!
Wystarczy więc, że nie będę oglądać się za siebie i powinnam przeżyć.

 

Tymczasem nocą.


Gdzieś pod stertą kwaśnych cytryn, rześkiej werbeny [takie moje artystyczne założenie] i gorzkiej bergamotki [patrz wcześniejszy nawias] coś się psuje. Dosłownie. Kisi się. Kwaśnieje ciut za bardzo. Robaczywieje. Ta goryczka nie jest normalna, jest w niej coś fizjologicznego i niekoniecznie przyjemnego [podróżni bywający często na Dworcu Centralnym wiedzą zapewne, co mam na myśli]. Tak, właśnie „tak” fizjologicznego. Mięta nie poprawia sytuacji, wręcz ją pogarsza, dodając nutkę nachalnego odświeżacza, w myśl teorii „nieważne, co jadłem i piłem, po miętówce na pewno nikt nic nie zauważy”.

A potem następuje najgorsze – jodła syberyjska.

 

Jeżeli nie mieliście okazji wąchać esencji z gat. Abies sibirica, jesteście ludźmi szczęśliwymi. Jakże byłam naiwna, rzucając się na buteleczkę tego olejku i jakież było moje zdziwienie, kiedy sygnał od nosa dotarł w końcu do mózgu…
Jak pachnie? Hm. Wyobraźcie sobie solidnej postury robotnika w swoim klasycznym ubiorze na każdą okazję: podkoszulku, po całym dniu pracy w pełnym słońcu. Wyekstrahujcie z tej wizji podkoszulek. Nie, to jeszcze nie koniec. Podkoszulek rzućcie na fotel przed telewizorem, a następnie połóżcie na nim psa, po całym dniu zabawy w pełnym słońcu. Tak, sądzę, że już wystarczy. Jodła syberyjska w czystej formie pachnie jak przepocona, zmiętolona i zleżała [pod psem] koszulka. Sorry, naprawdę chciałabym żeby było inaczej, ale limit cudów na to stulecie wyczerpałam, zdając egzamin na prawo jazdy.

Mamy więc w efekcie końcowym nadpsute cytryny [chociaż jakby na to popatrzeć z drugiej strony, może to już limonki?] i fazę traumatycznego podkoszulka. Na szczęście jak wspominałam, gorzej już nie jest – nawet się nieznacznie poprawia. Upiorne nutki bledną, zostawiając całkiem przyjemny piernikowo-mleczny akord.
Coś jak mocno rozwodnione Le Feu albo połowa Etry. Miło, ale niewystarczająco miło żeby zatrzeć wcześniejsze wizje ;]

Strasznie niecierpliwie czekałam na ten zapach, a tu taka wtopa. Może na kimś innym będzie ładnie się układać… Ja niestety do iglaków szczęścia nie mam.

 

Nuty: cytryna, słodka pomarańcza, mięta pieprzowa, jodła syberyjska, absolut z nasion dzięgla
Data powstania: 2012
Twórca: Isabelle Doyen i Camille Goutal
Koncentracja: woda toaletowa

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.alzd.de


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates