Veld’s: Prends Moi

Daily Nat Presents, czyli recenzja gościnna autorstwa Nat :)
Bez zbędnych wstępów – obiecany z jednego komentarza opis odchudzających perfum. Kurtyna w górę!

———

To będzie przydługa historia wiodąca krętymi ścieżkami asocjacji.

Zacznę od tego, że regularnie czytam portale feministyczne. Między innymi Jezebel (jezebel.com).
Generalnie zgadzam się z podejściem, że przemysł kosmetyczny i modowy robi kosmiczną kasę nie tyle na kobiecej próżności, co na wzbudzaniu u kobiet strachu przed starością, nadwagą, cellulitem, zmarszczkami i generalnym nieprzystawaniem do kompletnie nieosiągalnego ideału. Im bardziej nie przystajesz, tym więcej kasy wydasz, żeby się dopasować, ale skoro produkty i tak nie zatrzymają upływu czasu, będziesz szukać kolejnych, lepszych, skuteczniejszych, droższych, z magią w sloganie reklamowym. Wydasz więcej i będziesz wydawać jeszcze więcej w miarę jak czas i grawitacja nieubłaganie zrobią z ciebie zwiędłą wiedźmę. Im bardziej nie działa, tym większy pęd do poszukiwań kolejnych magicznych „esencji z kupy jednorożca”.
Niezłe błędne koło, co?

Pod koniec lipca w serwisie Jezebel pojawiła się notatka na temat pierwszych (podobno) perfum odchudzających, trafnie zatytułowana World’s First Weight Loss Perfume Smells Like Depressing Bullshit (w luźnym przekładzie: Pierwsze na świecie perfumy odchudzające pachną jak przyprawiająca o depresję gówniana bzdura). Pod tym wielce celnym tytułem, kryła się prasówka zapachu Prends Moi firmy Veld’s.
Według słów firmy:

Zaprojektowana, aby „odchudzać dostarczając jednocześnie przyjemności”, kompozycja perfum PRENDS MOI została oparta na wynikach zaawansowanych badań w zakresie aromaterapii oraz neurokosmetyki i zawiera aktywne składniki, takie jak Betaphroline, który w kontakcie z keratynocytami (komórkami w zewnętrznej warstwie skóry) stymuluje uwalnianie β-endorfiny znajdującej się w skórze. Neuroprzekaźniki nadają komunikat o odczuwanej przyjemności (impuls z komórki nerwowej do innej komórki nerwowej lub komórki mięśnia, narządu lub innych tkanek) do hipokampu („mózgu zapachowego”) wyzwalając natychmiastowo uczucie dobrego samopoczucia, zmniejszenie stresu oraz większe zadowolenie, co w efekcie zmniejsza potrzebę podjadania i w ten sposób uruchamia działanie odchudzające.*
To ostatnie nazwano w prasówce slimming action, normalnie science-fiction, le slimming action, bitches! Drżycie już z ekscytacji?

Akurat jeśli chodzi o betaphroline, jest to substancja o naukowo potwierdzonym działaniu. Według dostępnych w Internecie danych substancja ta stymuluje proces lipolizy poprzez aktywowanie cyklazy adenylowej i jednocześnie zmniejsza aktywność enzymu G3PDH, biorącego udział w lipogenezie. Sugerowana dawka do 2-8%. Zapamiętajcie te dane. (źródło)
Poza tym cudownym wynalazkiem, według etykiety, perfumy zawierają takie substancje aktywne, jak karnityna, wyciąg ze spiruliny oraz kofeina. To też dobrze zapamiętać.

I call bullshit on this science, po naszemu – gówno prawda. I to już wiadomo z opisu i prasówki. Po pierwsze, zgodnie z informacjami z katalogu surowców, zalecana dawka to 2-8%. Na opakowaniu Prends Moi nie ma stosownej informacji ile procent cudownego odchudzacza producent nam zaserwował. Być może jest go te 2%, być może 0,00002%. Po drugie, wyciąg ze spiruliny i kofeina – czy ktoś w ogóle badał czy, ile i z jakim skutkiem działają obie te substancje wchłaniane w naskórek/naczynia włosowate skóry? I znowu, ani słowa o stężeniu, a z etykiety trudno jednoznacznie wywnioskować ile tego jest poza tym, że na pewno ilości śladowe.

Nieważne, stupid bitches will buy this shit. Prestidigitacja i robienie dobrego wrażenia.

W ramach eksperymentu (i ponieważ gówno specyfik był w promocji za pół ceny) kupiłam sobie 100ml butelkę. Nie, nie wierzę w cudowne działanie. Nie, naprawdę nie wyparłam tego w podświadomość i nie dałam się nabrać. Nie wierzę i nigdy nie uwierzę w takie środki. W sumie bardziej byłam ciekawa samego zapachu niż domniemanego efektu placebo.

Po kilku saltach miedzy kontami, adresami i kartami butelczyna została nabyta, wysłana i przyniesiona przez pana listonosza.

Pudełeczko niczego sobie, srebrne i lustrzane, opakowane estetycznie bez niepotrzebnych ozdobników, nic specjalnego. Butelka prosta, ucharakteryzowana na lustro – weneckie – można sprawdzić poziom zawartości. Tak, aż macie ochotę przejrzeć się w tym gabinecie luster. Smoke and mirrors, pic na wodę.
Plusem jest naprawdę dobry atomizer. Nie ma mowy o żadnym zacinaniu się, „sikaniu”, wylewaniu się perfum bokiem. Zdecydowanie mój faworyt, jeśli chodzi o atomizery. Świetnie aerozoluje zapach i pozwala na równe wypsikanie wszystkich miejsc, które chcemy sobie psiknąć. Ten atomizer znalazł się na samej górze listy moich ulubionych i na samej górze listy najlepszych atomizerów. Tak, mam takie listy. Atomizer to w perfumach ważna rzecz. Generalnie kolana mi miękną, kiedy pomyślę, jak subtelnie psika ten atomizer.

A teraz, skoro dostaliście już gęsiej skórki – czas na zapach!

Ach, och i robię sobie dobrze. Cztery spore psiki. Pierwsze wrażenie – nuty głowy to nienachalne cytrusy z nutką goryczki i słodyczy i morska bryza. Jakaś sugestia miąższu jakiegoś niezidentyfikowanego owocu. Jakiś kwiatek? Cytrusy wietrzeją dość szybko. Owoców jest coraz więcej. Ta początkowa goryczka zmienia się w świeżą morską nutę. Och BARDZO morską. I jakoś dziwnie znajomą… zaraz, zaraz – czemu to takie SŁONEEEE. Owoce z kwiatami utopione w soli, w morzu soli. Hura, już wiem skąd ta sól! Ogórek małosolny! Dygresja: nie wiem czy to moja skóra tak wariuje, ale to naprawdę ma zapach ogórka małosolnego. Koniec dygresji. Nowa interpretacja nuty morskiej – morze ogórków. Szkoda, że ten ogórek pływa z kwiatami i owocami. Apogeum fazy OGÓR przypada na jakieś 20 minut od psiknięcia. Oho, piżmo wyczuwam. Całe szczęście ogóry odpływają już w siną dal. Nadal subtelnie je czuję, ale nie zbiera mi się na pionowy strzał zawartością żołądka. Wolę sól taką, jak w Dune czy Elixir des Merveilles Hermesa. Elegancką, wyrafinowaną, zgraną z resztą kompozycji.

Po około godzinie nie ma już, całe szczęście, śladu po ogórkach. Na tym etapie bardzo przypomina mi Womanity, tylko mniej pudrowe, słodsze i okraszone spoconymi stopami. Dobra, przesadzam, nie jest aż tak źle. Może to spocone pachy, a nie stopy. W każdym razie piżmo. Bobrze jąderka i inne pyszności. Dziwny jest ten zapach: piżmowy, ale nie pudrowy, z mocnym akcentem ylang-ylang, ale nie do końca kwiatowy. W bazie – kropelka, jedna jedyna kropelka tłustej paczuli. To zakończenie symfonii smrodu zapachów jest już nawet przyjemne. Ta ostatnia faza przypomina mi też – o dziwo, wielkie dziwo – popłuczyny Monsoon (skąd inąd, TO były znakomite perfumy i bardzo za nimi tęsknię). Ogółem, zapach nie wyróżnia się jakoś szczególnie – o ile nie psikniemy sobie więcej, w nadziei uzyskania ciała nastoletniej modelki (chyba prościej było by walnąć takową w głowę ciężkim przedmiotem i zapakować do bagażnika). Z czasem odkryłam jak najłatwiej i w sumie bezboleśnie aplikować ten specyfik – dwa psiki rano, po kilku godzinach dopsikać raz, dwie – trzy godziny później znowu jeden psik i tak przez cały dzień. W ten sposób zapach nie męczy zatok i nie muszę się marynować w ogórach.

 

Celem eksperymentu miało być też sprawdzenie, czy ten wynalazek działa – czy schudnę choć kilka deko. Używałam zapachu codziennie przez prawie trzy tygodnie. I wiecie co – JAJCO! Nie schudłam nic. Zero, null. Nawet jakoś szczególnie zrelaksowana nie byłam. Natomiast cały czas miałam stan podgorączkowy – sprawdziłam jednego dnia nie psikając się rano i rzeczywiście, około dwóch godzin po zaaplikowaniu podskoczyła mi temperatura. Tak więc na tym froncie przynajmniej nie zanotowała zaskoczenia. Olej z węża, maść na powiększenie penisa, perfumy na odchudzanie. Być może, jeśli ktoś jest wyjątkowo podatny na sugestię, ten zapach na niego zadziała zgodnie z obietnicami producenta, nie wykluczam. Cuda w medycynie się zdarzają. Być może komuś też podoba się taka kompozycja. Jak na razie podejrzewam, że perfumy działają zgodnie z intencjami producenta – nabijają kieszeń pieniędzmi naiwnych, którzy uwierzyli w magię. Depressing bullshit, indeed.

MŻ-WR** for life. Sprawdziłam, działa. I na pewno będzie taniej.

* – własne, luźne tłumaczenie prasówki
** – Mniej żreć – więcej ruchu


———

Nuty:
głowy: bergamotka, mandarynka, grejpfrut
serca: ylang-ylang, jaśmin, lilak
bazy: paczula, wanilia, drzewo sandałowe, białe piżmo
Data powstania: 2011
Twórca: Robertet
Koncentracja: b.d.

 

Zdjęcia autorstwa Nat.

3 komentarze to “Veld’s: Prends Moi”

  1. Nat napisał(a):

    Aż tyle napisałam? W Wordzie to ledwo 2 stronki :D
    Trochę zjechałam ten zapach, ale. 1. w sumie należy się za taki banał, 2. MNIE akurat się nie podoba. Z opinią jak z dupą, wiadomo.
    Monsoonopodobność niestety była złudna, ponieważ zmieszało się to to z perfumami z bluzki.
    A co do ogórów – niestety, na mnie prawie wszystkie morskie nuty wychodzą jak ogórek małosolny (tyle, że w mniejszym stężeniu).
    A tak w ogóle to się cieszę, że Nisho kochana znalazłaś czas i wrzuciłaś :)

    • nisha napisał(a):

      No, trochę tego wyszło – wyrobiłaś normę także za mnie :) Ilościowo i zjechaniościowo :D
      Mam nadzieję, że z akapitami wszystko ok, dodawałam tekst na przysłowiowym kolanie, w pracy. Zdjęcia dodam, jak tylko je sobie ładnie pozmniejszam.
      Ściskuchy :)

  2. Magda napisał(a):

    Ubawiłam się doskonale :)

Leave a Reply


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates