Vibrational Perfumes: Tiger Eye

Jakiś czas temu buszując po stronie Lului, natknęłam się na zapachy Vibrational Perfume. Zaintrygowały mnie – a nawet bardziej niż zapachy, zaintrygowała mnie potencjalna zrzynka z flakonów Oliviera Durbano, którego z resztą uwielbiam.
Intryga zmieniła się w absolutną ciekawość i pomijając omdlewająco-ekstatyczne opisy, uznałam że coś co ma w składzie szałwię, pelargonię [czyżby chodziło o geranium?] i całą masę fajności w bazie [nie licząc podanego na stronie „bursztynu”, który wywołuje u mnie wywrot oczami], nie może być złe – więc wielce podjarana, dodałam próbkę do koszyka.

Ach, jakże się myliłam.

 

Widzicie te kamysie na dnie? Urocze są.
Liczyłam na coś co najmniej tak ciekawego jak zapachy Durbano [no bo jak już zrzynać, to na całego!], a okazało się że kamysie to taki gadżet, ratujący zapach przed kompletną klapą. Tak, klapą! Bo jest marnie, marniutko, słodkawo, nijako i massmarketowo.

Zaczyna się ostrą, kolońsko-cytrynową nutą, jak w co drugim produkowanym [bo to już nie jest tworzenie, tylko właśnie produkcja, jak w fabrykach cukierków…] zapachu dla „młodego, nowoczesnego i pewnego siebie mężczyzny”, potem dochodzi słodkawa, sztuczno-ziołowa nuta, która chyba powinna być szałwią i cedrem, a potem wszystko wpada do czarnej dziury rozpaczy bliżej nieokreślonej, słodkawo-kolońskiej masy, z której jestem w stanie wyłowić… NIC. Na upartego i wymuszonego stawiam na ambroxan, cashmeran, cinnamal, kephalis i najtańszy, lekko wiśniowy akord skórzany.

To jest tak nijaki niewypał, że aż nie mam pomysłu co mogłabym jeszcze o nim napisać. Nędza zapachowa. Flakon jak od Coco Mademoiselle… Przynajmniej cenę ma dość rozsądną. Dzięki temu może bez problemu konkurować z popłuczynami męskimi tworami Boss, Davidoff czy Azzaro – bo tam jest jego miejsce.

 

Nuty:
głowy: grejpfrut, cynamon, gałka muszkatołowa, bergamota, gorzka pomarańcza, skórka cytrynowa, mięta, lawenda, szałwia
serca: jaśmin, pelargonia, cedr, wetiwer, kolendra, kminek, kwiat pomarańczy
bazy: bursztyn (?), piżmo, skóra, wanilia, bób tonka, cynamon, drewno
Data powstania: b.d.
Twórca: Ramón Béjar
Koncentracja: woda perfumowana

 

Zdjęcie pochodzi ze strony www.lulua.pl

Tags:

9 komentarzy to “Vibrational Perfumes: Tiger Eye”

  1. Sabbath napisał(a):

    Cała seria jest taka. Niestety.

  2. Nat napisał(a):

    Boski tag :3
    Swoją drogą, łapię się na tym, że szukam jakiś njusów o dziwacznych perfumach, żeby Ci potem podesłać.

    • nisha napisał(a):

      Uznałam, że przypisanie zwykle używanych tagów do tego zapachu będzie zbytnim okrucieństwem.
      Podsyłaj, podsyłaj, upolowałaś już „zielone”? :)

      • Nat napisał(a):

        Podjęłam heroiczną walkę z sama sobą – żeby nie kupić. Albo kupić, ale dopiero za rok czy jakoś. Pożądam dziko tego zielonego.

  3. pirath napisał(a):

    czyli tag „crap bag” pasuje do zapachu jak ulał… szkoda, bo wizualnie flakon z kamyczkami prezentuje się nad wyraz korzystnie, jest jazzy, szykowny i chłodnawo minimalistyczny, czyli taki jakie pirathy kochają najbardziej… od zapachu wymagam już jednak znacznie więcej, a szczególnie gdy aspiruje do miana niszy… a nisza to słowo magiczne, słowo klucz które pewnie nie jednemu zamknęła usta przed wykonaniem grymasu rozpaczy na twarzy podczas wąchania tego cuda… jak to mawiają głupi się nie pozna a mądry pomyśli, że tak miało być i grunt że niszowy interes wciąż się kręci w najlepsze ;)
    dzięki za ostrzeżenie, bo tez zamierzałem pobuszować w zasobach lulua i galilu celem wyłowienia perełek do zrecenzowania… ;)

    ściskam serdecznie pirath

  4. nisha napisał(a):

    Ano niestety, też się spodziewałam czegoś intrygująco-niszowego… Szkoda. Pomysł był [choć lekko ściągnięty, ale był]. Z perełek polecam osobiście Parfumerie Generale [uwiellllbiam] i Ginestet.

    P.S. Przede mną próbka Amazingreen, aż boję się otworzyć ^^

Leave a Reply


WP Like Button Plugin by Free WordPress Templates